Górnik Zabrze. Sebastian Steblecki: Uznałem, że to nie na moje nerwy [ROZMOWA]

- Liga holenderska to przede wszystkim większy profesjonalizm. Będąc tam na co dzień, widząc to wszystko od środka, człowiek tym profesjonalizmem po prostu się zaraża - mówi Sebastian Steblecki, który tej zimy zamienił SC Cambuur Leeuwarden na Górnika Zabrze.
Do Holandii wyjechał w sierpniu 2014 roku. Zaczął obiecująco, bo pierwszą bramkę w barwach SC Cambuur Leeuwarden zdobył już w debiucie. I choć później grywał w kratkę, pierwszy sezon w Eredivisie - mimo wszystko - dawał nadzieję, że Sebastian Steblecki sobie w niej poradzi. Co innego miniona jesień. Ledwie dwa ligowe występy sprawiły, że 24-latek spakował się i wrócił do Polski. A że akurat Górnik Zabrze szukał nowego skrzydłowego...

Kamil Kwaśniewski: Nie był pan jeszcze gotów na tę Holandię?

Sebastian Steblecki: Dzisiaj, po fakcie, można by wiele mówić. Wiadomo - mądry Polak po szkodzie. Ja jednak nie podchodzę do tego w ten sposób. Traktuję to jako bardzo dobre doświadczenie. Inna kultura, nowy język... Oczywiście, miałem nadzieję, że piłkarsko będzie lepiej, ale to, czego się tam nauczyłem, może mi tylko pomóc.

Co przede wszystkim?

- Większy profesjonalizm. Będąc tam na co dzień, widząc to wszystko od środka, człowiek tym profesjonalizmem po prostu się zaraża. Ale proszę mnie źle nie zrozumieć - nie mówię, że w Polsce tego profesjonalizmu nie ma. Taki wyjazd jednak zmienia podejście. Dzisiaj zwracam już uwagę na znacznie więcej szczegółów.

Z punktu widzenia zawodnika - polską ligę od holenderskiej dzieli przepaść?

- Może nie przepaść, ale różnica jest wyraźna. Technika, taktyka, tempo gry... To wszystko przemawia za Holandią.

Choć bramkarza Ajaksu Amsterdam pan pokonał.

- Fajny moment. Było takich kilka. Szczególnie zapamiętałem wejście na boisko w wyjazdowym meczu z Feyenoordem Rotterdam. Przegrywaliśmy, graliśmy w osłabieniu i choć wiele nie zdziałałem, to stadion De Kuip zrobił na mnie duże wrażenie. No i jeszcze spotkanie z Go Ahead Eagles. Też zacząłem na ławce, ale w końcówce zdobyłem zwycięską bramkę. O tamtej wygranej zrobiło się głośno, bo była dla nas piątą z rzędu u siebie. To podobno klubowy rekord.

Kiedy po raz pierwszy pomyślał pan, że czas zmienić pracodawcę?

- Zeszłej jesieni długo nie grałem, ale w końcówce otrzymałem dwie szanse. Co prawda z ławki, ale jednak. Pierwszej nie wykorzystałem, drugą - już tak. Trener powiedział, że w następnym meczu, z NEC Nijmegen, wystąpię od początku. Przez cały tydzień byłem przygotowywany do gry. Trener mówił mi, żebym dbał o dietę, motywował mnie. A na dzień przed meczem poinformował, że musi dokonać w jedenastce jednej zmiany. Chodziło o mnie. Wtedy uznałem, że to nie na moje nerwy, zwłaszcza że to nie był pierwszy taki przypadek. Już wcześniej bywało, że miałem dostać szansę, a dostawałem... kopa w tyłek. Akurat pojawił się temat transferu do Zabrza. Wszystko załatwiliśmy bardzo szybko.

Wiosną - tak jak i cały Górnik - ma pan coś do udowodnienia.

- Nie myślę tak. Chcę po prostu cieszyć się grą, wrócić do regularnych występów, bo tego bardzo mi brakowało.

W przedostatniej drużynie polskiej ligi będzie o to nieporównywalnie łatwiej.

- Górnik miał słaby początek jesieni, ale już jej końcówka pokazała, jak duży potencjał drzemie w tym zespole. Wysokie zwycięstwo u siebie z Piastem Gliwice czy wygrana na terenie Jagiellonii Białystok mówią same za siebie.

O utrzymanie w lidze jest pan spokojny?

- Reforma ligi sprawiała, że spokojny nie może być nikt. Kiedy podzielą punkty, nawet drużynie z dziewiątego miejsca zostaje przecież tylko symboliczna przewaga nad strefą spadkową. Z drugiej strony - mimo że Górnik jest dziś przedostatni, do grupy mistrzowskiej traci tylko cztery punkty. Dlatego jestem optymistą. Zwłaszcza że w Zabrzu stworzyła się fajna mieszanka doświadczonych i młodych zawodników.