Australian Open. Ojciec Agnieszki Radwańskiej: Serena Williams nie jest dobrym francuskim winem

- Oby jeszcze pan Bóg nam pomógł i sprowadził do Melbourne upał, bo Agnieszka lubi grać w dużym słońcu - dodaje Robert Radwański.
Jarosław K. Kowal: Agnieszce w końcu się uda?

Robert Radwański: Jestem właśnie w drodze do Berlina i pamiętam, jak kilka ładnych lat temu Agnieszka grała z Williams podczas turnieju w tym mieście. Oby nie był to zły omen i oby tamten wynik się nie powtórzył [w 2008 roku Polka przegrała 1:6, 3:6 - przyp. red.]. Łatwo nie będzie, faworytką oczywiście jest Serena. Ale ciągle powtarzam, że Amerykanka nie jest dobrym francuskim winem i nie będzie coraz lepsza. Może najwyższa pora przerwać tę serię zwycięstw, zagrać bez kompleksu.

To dobrze, że pańska córka nie jest faworytką i niczego nie musi?

- Pewnie, że lepiej przystępować do meczu w takiej roli. Oby jeszcze pan Bóg nam pomógł i sprowadził do Melbourne upał, bo Agnieszka lubi grać w dużym słońcu, a Serenie może to przeszkadzać. Do tego oczywiście musi dojść bardzo dobra gra córki, co do tego nie mam wątpliwości. Jeśli Williams będzie miała tzw. dzień konia, wtedy i pan Bóg może nie pomóc.

Widzi pan po Agnieszce, że po ostatnich wynikach promienieje?

- W słońcu na pewno. Jest profesjonalistką i do końca po niej nie widać emocji. I całe szczęście! Czasami oczywiście zachowuje się jak kobietka, ale generalnie jej postawa jest pozytywna. Dobrze by tylko było, by mecz został ustawiony na przyzwoitą godzinę, by polscy kibice nie musieli zrywać się w środku nocy.

Pół żartem: tym bardziej że dotąd informacje o występach pańskiej córki z trudem przebijały się przez wieści z mistrzostw Europy piłkarzy ręcznych.

- Nie do końca tak było. Zresztą wszyscy jesteśmy fanami. Wiem, że chłopcy z reprezentacji też kibicują Agnieszce, a do niej docierają wiadomości z Krakowa, przecież interesuje się sportem. Zresztą mam nawet bilety na finał w Tauron Arenie i jeśli Polacy w nim zagrają, to na pewno zjawię się na trybunach. Szkoda, że do Australii nie da się zdążyć, bo najkrótszy lot trwa 25 godzin. Na szczęście na miejscu jest bardzo dużo Polonii. Znam tamtejszych kibiców i naprawdę potrafią prowadzić fanatyczny doping.

Więc gdzie będzie pan oglądał mecz?

- Jeszcze nie wiem. W hotelu albo pubie sportowym. Może znajdzie się jakaś polska knajpa? Wiem, że w Berlinie funkcjonował "Klub Polskich Nieudaczników". Trzeba przyznać - nazwa kusi. Więc wymyślę coś. O ile tylko nie przyjdą po mnie w kajdankach z futerkiem i mnie nie aresztują. Bo przecież w Polsce jest zagrożona demokracja (śmiech).

Wieści od córki pan ma?

- Kontakt oczywiście mamy, ale - proszę mi wierzyć - porozumiewamy się raczej w żołnierskim stylu i elaboratów do siebie nie piszemy. Śmiejemy się ostatnio i robimy zakłady, kto pierwszy podczas meczu zemdleje, bo w Australii upały robią swoje. Kiedyś była plaga bijatyk między Serbami i Chorwatami, teraz jest plaga omdleń.

Niewiele zabrakło, a Agnieszki nie byłoby już w turnieju. Jak przeżył pan jej mecz z Anną-Leną Friedsam w 1/8 finału?

- Słabszy dzień musiał przyjść. Po drugie byłem przekonany, że Niemka nie jest w stanie grać przez cały mecz na wysokim poziomie. Już przy stanie 5:3 dla Friedsam w trzecim secie byłem pewien, że Agnieszka wróci do gry, że wszystko jest do odkręcenia. I tak się stało, bo Niemka nie jest jeszcze gotowa pod względem tenisowym i fizycznym.





Więcej o: