Puchar Świata w skokach - kryzys omija Zakopane

Idzie lepsze. Trzecie miejsce Polaków w konkursie drużynowym i ósme Kamila Stocha w indywidualnym, a trybuny wypełnione po brzegi - to jasne sygnały, że skoki mają się dobrze.
Jeśli Polacy mieli zażegnać dławiący ich w tym sezonie kryzys, to tylko tutaj. "Kamil, dziękujemy, dałeś z siebie wszystko" - krzyczał spiker, a Stoch uśmiechnął się i pomachał kibicom. Nie skakał najdalej, tym razem nie stanął na podium, ale przełamał złą serię. I pokazał, że ciągle można na niego liczyć. Wkrótce najpewniej wróci do rywalizacji z najlepszymi.

- Nie skupiałem się na tym, że muszę być np. w pierwszej trójce. Koncentrowałem się na tym, co mam zrobić - wyjaśnił.

Kilka chwil wcześniej Austriak Stefan Kraft odebrał puchar za zwycięstwo od prezydenta Andrzeja Dudy. - Podczas rozgrzewki wiedziałem, że ktoś ważny przyjechał, bo zrobiło się zamieszanie - mówił Michael Hayboeck, który zajął drugie miejsce. Trzeci był Peter Prevc. Słoweniec, za którym pod Giewont przyjechała duża grupa rodaków, liczył na więcej, bo prowadził po pierwszej serii.

Jedyne miejsce na świecie

Polacy w tym sezonie skakali słabo, ale w Zakopanem nie było śladu po kryzysie. Kibice się nie zniechęcili, wypełnili trybuny do ostatniego miejsca, a wejściówki można było kupić tylko u tzw. koników. - Dobra, sprzedam po normalnej cenie. 50 zł i wchodzicie na skocznię - zachęcał pan w średnim wieku.

Pod skocznię tłumy wypełniły już o godz. 13 (konkurs rozpoczął się o 16). "To jest kraina czarów" - krzyczał prowadzący imprezę. A zagraniczni skoczkowie potwierdzali te słowa. - Polscy kibice są fantastyczni. Zakopane to jedyne miejsce na świecie, gdzie dzieją się takie rzeczy - zachwycał się Andreas Stjernen, który z kolegami z reprezentacji Norwegii wygrał konkurs drużynowy.

Już po piątkowych treningach i kwalifikacjach pojawiła się nadzieja na to, że magia Zakopanego znów zadziała. Przed laty Wielka Krokiew pozwalała wracać do formy Adamowi Małyszowi, rok temu Kamilowi Stochowi, i tym razem było tak samo. Dwukrotny mistrz olimpijski jak zwykle nie składał obietnic, ale powtarzał, że wszystko wraca na właściwe tory.

Pozostali Polacy też latali daleko. Andrzej Stękała, który po raz pierwszy wziął udział w konkursie PŚ na Wielkiej Krokwi, opowiadał, że jest "wniebowzięty", bo z kolegami zajęli trzecie miejsce w rywalizacji drużynowej. I w niedzielę po skokach też zaciskał pięści z radości. Do drugiej serii awansowało aż sześciu Polaków.

Głowa na karku Morgensterna

Konkursy w Zakopanem to oczywiście nie tylko skoki. Pucharowy weekend to raj dla drobnych przedsiębiorców, którzy próbują sprzedać niemal wszystko. Na Krupówkach od piątku do niedzieli było tłoczno jak w ulu, a stragany z kibicowskimi gadżetami i nie tylko stały niemal wszędzie. Największą popularnością jak zwykle cieszyły się plastikowe trąbki, które słychać nawet w środku nocy.

Na obecności tłumów skwapliwie skorzystali nie tylko górale, ale też m.in. Thomas Morgenstern. W 2014 roku po groźnym wypadku zakończył karierę, więc był tylko gościem, ale się nie nudził. Korzystał z uroków nocnego życia, ze sceny pod skocznią zaśpiewał piosenkę, a dzień później spotkał się z kibicami oraz dziennikarzami w restauracji "Piekiełko", by promować książkę. Na spotkanie przyszły tłumy, a biografie "Moja walka o każdy metr" sprzedawały się jak ciepłe bułeczki.

To był więc kolejny dobry weekend ze skokami w Zakopanem. Kłopot w tym, że nie wiadomo, kiedy będzie kolejna okazja, by zachwycać się występami najlepszych zawodników. Konkursów pod Giewontem nie ma w kalendarzu na 2017 rok. Wygasa certyfikat skoczni i potrzebny jest remont. Nie ma pewności, czy uda się go zrobić na czas.