Adam Waczyński podbija koszykarską Hiszpanię. A później NBA?

Właśnie tak, w dość dużym skrócie, wygląda ostatnia dekada Adama Waczyńskiego.
Dla wielu torunian to ciągle kumpel z młodzieżowej drużyny WAX, w której się wychował koszykarsko. Dla innych - wyrośnięty sporo ponad rówieśników chłopak z toruńskiego Gimnazjum nr 21. Dla innych - ten mały Adaś, który uwielbiał grywać w koszykówkę ze znacznie starszymi od siebie i dołączył do drużyny dorosłych kolegów ojca. Z kolei dla rozkochanych w koszykówce Hiszpanów to już koszykarz, którego mało kto potrafi zatrzymać w lidze nawet gdy się go łapie za ręce, nogi i za pas.

"Gdybyś musiał opisać się komuś, kto cię nie zna - skąd się wziął Adam Waczyński?" - zapytał niedawno w wywiadzie dla Sport.pl Łukasz Cegliński. A Waczyński - w swoim swobodnym stylu - odpowiedział: "Może z choinki się urwał? A poważnie, to z Torunia, z Polski. Chłopak miał talent, podpatrywał dziadka i ojca, którzy grali, a potem byli trenerami koszykówki. I ciężko pracował". Zastrzega, że może nie przez 12 godzin dziennie, ale za to efektywnie, wykorzystując każdą minutę treningu. Owe słowa o tym, iż nie harował po kilkanaście godzin wydają się być czystą kurtuazją. Ktokolwiek mówi o Waczyńskim zwraca uwagę na jego pracowitość i gotowość do tego, by godzinami rzucać do kosza i trenować już po zajęciach wszelkie inne formy zdobycia punktów.

Efekt końcowy to jego wyjatkowość. Dziś jest najlepszym strzelcem najsilniejszej ligi Europy - w Hiszpanii. Co ważne: wraz z jego wynikami idą sukcesy drużyny, a dziennik "Marca" pisze o nim jako o "Wielkim Waczyńskim". Magazyn "Gigantes del Basket" przyznał mu właśnie nagrodę najlepszego debiutanta ligi hiszpańskiej. Uznaje się go za jednego z dziesięciu najlepszych rzucających obrońców kontynentu. Mistrzostwa Europy skończył niedawno jako ich 11. strzelec.

Kariera koszykarska Waczyńskiego rozwija się wręcz modelowo, bez błędów, kroków wstecz albo nadmiernego hurraoptymizmu. Jako dziecko grywał z dorosłymi. Miał 7 lat, gdy na treningach drużyny oldbojów podawał piłki do 50. i 60-latków. Później stał się liderem małego klubu, który założył jego tata - były koszykarz AZS Toruń, Witold Waczyński (z kolei jego ojciec, a dziadek Adama Waczyńskiego to Szczepan - również były koszykarz, trener, sędzia i działacz). Kolejny krok to terminowanie w Prokomie Treflu Sopot. Gry wiele nie było, ale podpatrywanie gwiazd - a Prokom był wtedy zatrudnić graczy nieosiągalnych dla konkurencji - musiało dać efekt. Niekoniecznie koszykarski: raczej nabranie odpowiednich nawyków, budowało wiarę w to, że lata wyrzeczeń i treningów mogą się opłacić. Wyjechał na Zachód z wiarą, że jest w stanie wybić się ponad grono innych talentów szukających tam szczęścia. Miał rację. "Z chęci. Z marzeń" - tak Waczyński odpowiada na pytania, skąd właściwie postęp, który wybił go nagle do grona najważniejszych postaci hiszpańskiej koszykówki.

Fizyczna metamorfoza

Waczyński się zmienia. Kiedyś był typem strzelca szukającego miejsca za zasłonami partnerów, chętnie biegającego do kontrataków, ale unikającego siłowych starć z przeciwnikami. Nie był tytanem fizyczności; wydawało się, że gra kontaktowa to dla niego zło konieczne. Im dalej był od kosza, tym czuł się pewniej. Teraz Waczyński to czasami taran prący do przodu za wszelką cenę. Pcha głowę tam, gdzie inny bałby się nogę. Wciska w najmniejsze luki w defensywie. Wręcz prowokuje przeciwników, by spróbowali zmierzyć się z nim na łokcie - najlepiej tak, by mógł przy okazji wymusić ich przewinienie. Metamorfoza Waczyńskiego pod tym względem jest niezwykła - tak, jak i jego zmiana możliwości fizycznych. Z koszykarza szczupłego, wręcz chuderlawego i patykowatego, stał się graczem mocnym, umięśnionym, ale nie tracącym nic ze swojej szybkości, zwrotności.

I w ten sposób, zyskując status gwiazdy, Waczyński wychodzi już poza granice samego zawodowego sportu. W nowy rok wszedł już jako koszykarski nośnik reklamowy - podpisał kontrakt z producentem marki Under Armour, której twarzą jest również najlepszy koszykarz świata: Steph Curry. I tak jak on, torunianin ma promować logo UA gdzie tylko będzie mógł - od telewizji po wszelkie eventy. A przed kamerami czuje się jak ryba w wodzie. Kiedy reportaż o nim tworzyła telewizja śniadaniowa - robi to tylko w przypadku bardzo charakterystycznych i rozpoznawalnych nie tylko przez fanów sportu zawodowego - opowiadał chętnie zarówno o czasach młodości jak i przyszłości.

Waczyński sam przyznaje, że dziś gra na 50-60 proc. możliwości tego, co chciałby pokazywać na parkietach w przyszłości. Ma jeszcze wiele czasu by się rozwijać. Choć wydaje się być rutyniarzem - od niemal dekady jest w zawodowym światku koszykarskim - to ledwie 26-latek. To wiek idealny dla tych, którzy są już koszykarsko ukształtowani i mogą wejść na kolejny poziom - ligi NBA. Marzenia te nie muszą być mrzonką - zresztą sam Waczyński przyznaje, iż jego agenci pracują nad tym, by mógł pokazać się za oceanem. To wcale nie jest abstrakcją: świetna gra w Hiszpanii pozwalała się wybić do NBA już niejednemu graczowi. I to o kompletnie innej charakterystyce niż Waczyński. Ten ma wszystko to, co Amerykanie w koszykówce uwielbiają: wojowniczy charakter, skłonność do poświęceń, skromność i gotowość do nauki przez lata. A jest w kogo inwestować - szczyt formy może przyjść za kilka sezonów.