Krzysztof Demko po Euro w Danii: Cieszę się, że moje serce jeszcze pracuje

- Pracuję z reprezentacjami Polski 11 lat, ale takiego turnieju jak w Danii nigdy nie przeżyłem. Cieszę się, że moje serce jeszcze pracuje - mówi Krzysztof Demko, fizjoterapeuta reprezentacji Polski kobiet, świeżo upieczonej czwartej drużyny mistrzostw świata i Korony Handball.
Paweł Matys: Zmęczony?

Krzysztof Demko: Fizycznie nie, ale psychicznie owszem! Pierwszy raz od 11 lat jestem zmęczony piłką ręczną. Działam z seniorską reprezentacją Polski dwa lata, a wcześniej siedem z grupami młodzieżowymi. Zaliczyłem wiele imprez mistrzowskich, ale takiego turnieju jak w Danii nigdy nie przeżyłem. Był niesamowity pod względem emocji i huśtawki nastrojów. To coś nieprawdopodobnego.

Na zmęczenie miały wpływ złe warunki panujące w Danii?

- Po zameldowaniu się w Naestved, gdzie spędzaliśmy fazę grupową, odcięliśmy się grubą kreską od warunków tam panujących. Postanowiliśmy, że nie będziemy zwracać na to uwagi, by nie miało to negatywnego wpływu na naszą pracę. Było parę uciążliwych rzeczy, np. mieszkaliśmy w domkach, które są fajne, ale... na lato. Było pięć stopni na zewnątrz, a nad Morzem Północnym wieje silny wiatr i było zimno. Musieliśmy chodzić w kurtkach, czapkach, szalikach, a to jest męczące. Ciężko nam było również z integracją drużyny, bo dziewczyny były zakwaterowane w dwóch, trzech domkach i nie mogły usiąść jako zespół i np. cieszyć się z wygranej.

A oprócz czwartego miejsca, co zapamiętasz z dobrej strony?

- Olbrzymie wrażenie zrobił blisko 20-kilometrowy most Storebaltsbroen. Jedzie się nim i końca nie widać.

Odpowiedzialność na sztabie medycznym w decydujących meczach jest większa? Odczuwasz ją?

- Mamy na tyle doświadczony zespół, że większość dziewczyn ma ustalone przedmeczowe rytmy. Wiemy, że Karolina Kudłacz przed spotkaniem nigdy nie zagląda do gabinetu fizjoterapeutów, a praca z nią jest dopiero po meczu. Nieważne, czy o 21, czy o północy, trzeba ją naprawić, by następnego dnia mogła nas omijać. Napięcie w decydujących starciach było odczuwalne, symboliczna siekiera wisiała w powietrzu i pewnych spotkań lepiej było unikać (śmiech ).

Zdarzyło ci się coś podpowiedzieć w trakcie jakiegoś meczu Rasmussenowi?

- Nie, nawet bym nie próbował, bo mogłoby to się źle skończyć. My mamy swoją działkę i się nią zajmujemy. Kim jest na takich obrotach, że nawet godzinę po meczu lepiej nie wchodzić mu w drogę.

Masz prywatną klinikę, jesteś fizjoterapeutą kadry i Korony. Kiedy masz chwilę oddechu, czasu na hobby?

- Teraz z tobą przy kawie (śmiech ) mogę się trochę zresetować. Moim największym hobby jest... fizjoterapia sportowa. Lubię spędzać czas z rodziną, teraz nie możemy się doczekać wyjazdu na narty. Latem może być ciężko o wolne, bo mamy duże szanse na igrzyska w Rio.

Smutno ci było bez kontuzjowanej ekskielczanki Asi Drabik, z którą zawsze dzielisz miejsce w samolocie?

- Tak się przytrafiało, może to system D-D, czyli Drabik - Demko (śmiech ). Pewnie, że jej brakowało. Kontuzja przytrafiła się w bardzo trudnym momencie, ale Aśka da radę i wróci mocniejsza.

Pojawiły się opinie, że dziewczynom brakuje psychologa. Ostatnio dużo mówi się o skoczkach kadry, że mają taki problem.

- Mieliśmy panią psycholog na Euro na Węgrzech, ale to w mojej ocenie był kompletnie nieudany pomysł. Rasmussen to wiedział i szybko z niej zrezygnował. Tej grupie nie jest potrzebny psycholog. Kadra jest tak skonstruowana, są tak mocne osobowości, że pani psycholog kiedyś się nawet... popłakała.

A może zawiodło w Danii przygotowanie fizyczne?

- Dziewczyny fizycznie dobrze się czuły. Rozmawialiśmy z nimi i nie narzekały, że np. mają ciężkie nogi. Ubytek sił był jednak duży, bo graliśmy 9-10 zawodniczkami. To są jednak profesjonalistki pełną gębą, nie miałem nigdy do czynienia ze sportowcami, którzy z takim zaangażowaniem podchodzą do tego, co robią. Nie zaniedbują swoich obowiązków, świetnie się odżywiają, odpoczywają itd. Duży ukłon w ich stronę, bo można się na nich wzorować.

Będę się starał dużo pozytywnych rzeczy przekazać dziewczynom z Korony Handball. Talent w dzisiejszym sporcie jest niewielką częścią sukcesu w sporcie. Reszta to ciężka praca. Fajne słowa powiedziała Kudłacz, że ważne jest, na ile zawodnik jest w stanie zrezygnować z życia prywatnego, by osiągnąć sukces. Nie da się mieć tysiąca przyjaciół, być ciągle online na Facebooku, z rodziną, spędzać miłych wakacji nad morzem, a potem wrócić do klubu i super grać. Trzeba też podejmować mądre decyzje, że np. zakończę imprezę nie o drugiej w nocy, a o północy, bo rano pójdę pobiegać.

Co czuliście po meczu z Rosją? W Polsce zapanowała euforia.

- To było nieprawdopodobne, nie ma słów, by to opisać. Cieszę się, że moje serce jeszcze pracuje, bo nigdy w życiu nie przeżyłem takich emocji.

W fazie medalowej nie umknęła koncentracja i nie było samozadowolenia?

- Absolutnie nie. Dziewczyny nie zadowoliły się czwartym miejscem, a po porażce z Rumunią płakały jak bobry. One chciały medalu, bo niektóre są u schyłku karier.

Jakie mamy szansę na awans na Igrzyska Olimpijskie w Rio?

- Zagramy ze Szwedkami, Rosjankami i Meksykankami. Ten ostatni zespół przegra wszystkie mecze. Ze Szwedkami przegraliśmy jedną bramką, z Rosjankami wygraliśmy też jedną. Awansują dwa zespoły, więc będzie to turniej na noże. Jedna bramka może zadecydować o olimpiadzie. Ja jestem przekonany, że damy radę, bo zasługujemy na Rio.

Mówiłeś Rasmussenowi, że ma duży talent z Kielc - Dominikę Więckowską?

- Nie, ale pewnie niebawem się dowie. Najważniejsze, by Dominika była dobrze przygotowana fizycznie. To warunek u Kima. Tomek Popowicz i Monika Ciszek robią jednak w Kielcach fantastyczną pracę pod względem fizycznym. Jakby w większości polskich klubów trenerzy pracowali nad fizycznością tak jak w Koronie Handball, to Rasmussen wybierałby kadrę z 60, a nie 25 zawodniczek.