Prezes Widzewa: Nie wchodzę w układy z kibicami [WYWIAD]

- Największym sukcesem jest to, że w ogóle wystartowaliśmy i zbudowaliśmy budżet - mówi Marcin Ferdzyn, prezes nowego Widzewa
Jarosław Bińczyk, Maciej Nowocień: Jest pan prezesem Widzewa już prawie pół roku. Co pan najbardziej zapamiętał z tego okresu?

Marcin Ferdzyn: Najbardziej utkwiły mi w pamięci wydarzenia związane z samym powstaniem stowarzyszenia, jego rejestracją, kompletowaniem drużyny i pierwszymi meczami.

A co było najtrudniejsze?

- Opinia publiczna. Ludzie nie wiedzą, co się dzieje w środku klubu, więc tworzą sobie na ten temat opinie. Dlatego musimy zmienić przekaz informacji, żeby nasi fani wiedzieli więcej. Uważam, że w tym aspekcie zostały popełnione błędy. Cały czas pracujemy nad ulepszeniem sposobów komunikacji z mediami i środowiskiem. Na pewno jest jeszcze sporo do zrobienia.

Chciałby pan, by ludzie wiedzieli, co naprawdę dzieje się w klubie. A co się dzieje?

- Moim zdaniem dobrze się dzieje. Mamy zamiar częściej wysyłać komunikaty na temat bieżącej działalności; liczę, że dzięki temu atmosfera wokół klubu będzie cieplejsza.

Mamy wrażenie, że przede wszystkim nie udało się utrzymać entuzjazmu, jaki był przy powstawaniu nowego stowarzyszenia.

- Nie zgadzam się, bo entuzjazm jest większy niż na początku. Teraz wiemy już, co i jak mamy robić. Klub wspomogło kilkanaście osób, z czego odeszły dwie: Stanisław Syguła i Grzegorz Waranecki. Nie zrobiło to znaczącej dziury w budżecie. Zapewniam, że mamy zabezpieczone pieniądze i klub może normalnie funkcjonować bez żadnych długów. Ten sezon spokojnie dogramy, ale chcemy zbudować budżet na III ligę. Rozmawiamy z kolejnymi potencjalnymi sponsorami, część odwleka decyzje do stycznia, bo wtedy będą zatwierdzać budżety na przyszły rok.

Tyle że Widzew musi awansować, a nie dograć sezon.

- Dlatego przewietrzyliśmy skład i robimy wzmocnienia. Zrezygnowaliśmy z kilku zawodników, z czym się nie wszyscy zgadzają...

To nie chodzi o samą rezygnację, ale o jej formę.

- Na spotkaniu z zawodnikami trener powiedział, kogo nie widzi w składzie. Ja grzecznie im podziękowałem. To ruchy niezbędne, bo chcę stworzyć drużynę na III ligę. Dlatego zatrudniliśmy już Roberta Kowalczyka, który ma pomóc w awansie i dobrej grze o poziom wyżej.

Wróci Marcin Kozłowski i inni byli widzewiacy?

- Na razie się na to nie zanosi. Kozłowski woli zostać w Legionovii, podobnie jak Arkadiusz Kasperkiewicz w Olimpii Grudziądz. Rozmawialiśmy też z Marcinem Kaczmarkiem, ale on też chce jeszcze pograć za lepsze pieniądze w swoim obecnym klubie [Olimpii Grudziądz - przyp. red.]. Spotkałem się też z Mateuszem Broziem, ale on ma inne priorytety, a my jesteśmy dla niego kolejnym wyborem. Chcemy zrobić takie wzmocnienia, by w IV lidze wygrać wszystko i z powodzeniem radzić sobie po awansie. Mariusz Rachubiński nie da mi takiej pewności.

Co będzie, jeśli niechciani piłkarze nie zgodzą się na rozwiązanie kontraktów?

- Każdemu z nich przedstawiliśmy ofertę. Będę jednak dążył do tego, żeby rozwiązać te umowy za porozumieniem stron. Czekam na decyzję zawodników.

Większość nowych przychodzi z Bzury Chodaków, drużyny słabszej od Widzewa.

- Ale oni grali wcześniej w Polonii Warszawa w trzeciej lidze. Wielu trenerów mówi, że oni będą robić różnicę na boisku. Każdy z nich będzie lepszy od rówieśników z Widzewa. Pietrasowi, z którym nie chcemy kontynuować współpracy, nie mogę zarzucić braku zaangażowania, ale piłka mu trochę przeszkadzała. To samo z Damianem Gilarskim. Zobaczycie, że Bartłomiej Gromek czy Krzysztof Możdżonek wiosną dużo dadzą Widzewowi. To są wzmocnienia, nie uzupełnienia. Możdżonek miał oferty z Dolcanu Ząbki i Wisły Puławy, ale wybrał Widzew. Chce grać u nas, ponieważ jego ojciec jest kibicem naszego klubu. Na takich graczy cały czas działa magia Widzewa. Poza tym wypłacamy pieniądze na czas, a zawodnicy rozmawiają o tym między sobą. Liczymy też, że piłkarze spoza Łodzi nie będą grali pod taką presją jak łodzianie. Pracuję nad tym, by trafiło do nas jeszcze trzech zawodników ogranych już w wyższych ligach.

Zdecydował się pan na zatrudnienie trenera Marcina Płuski, który miał gorsze wyniki od Witolda Obarka.

- Płuska po przyjściu do klubu zrobił zawodnikom badania. Okazało się, że jest ogromny problem z przygotowaniem fizycznym. To było zresztą widać na boisku. Teraz trener ma czas, by przygotować zespół, a jego pracę ocenimy po kilku pierwszych wiosennych kolejkach.

Może trzeba było postawić na trenera związanego z Widzewem, bardziej doświadczonego?

- Chciałem kogoś z zewnątrz. Nie uważam, żebym popełnił błąd, ponieważ Płuska to młody, perspektywiczny szkoleniowiec.

Jak pan na niego trafił?

- Szukałem piłkarzy w internecie i natknąłem się na Płuskę. Zapewniam, że go sprawdziliśmy i nie spotkaliśmy się z żadną niepochlebną opinią. Czy to wada, że jest młody? Michał Bistuła z Sokoła Aleksandrów też jest młody, a radzi sobie bardzo dobrze. Ale on pracował z drużyną od początku.

Wracając do atmosfery wokół klubu: na pierwszy trening przyszło ponad dwa tysiące kibiców, a na meczach nie było nawet tysiąca. Dlaczego?

- Frekwencję budują wyniki. Jeśli przegrywamy mecz, to nie jest łatwo na kolejny przyciągnąć ludzi. Wpływ na niższą frekwencję mogły mieć też bezpłatne transmisje w internecie, ale zdecydowaliśmy się na nie, chcąc trafić do jak najszerszego grona naszych sympatyków w kraju i poza jego granicami.

Dobry klimat wokół Widzewa popsuł się też przez odejście dwóch jego założycieli.

- Jeśli chodzi o Grzegorza Waraneckiego, to nie było konflikt między nami, ale jego z kibicami. Ja się od tego odcinam. Przykro, że Grzegorza z nami nie ma, ale to była jego decyzja, którą trzeba uszanować.

Odnieśliśmy wrażenie, że stanęliście po stronie kibiców...

- W żadne układy z kibicami nie wchodziłem i nie mam zamiaru wchodzić. Teraz są na odpowiednim miejscu i tak już zostanie. Niech wspierają klub, ale z trybun. Cieszę się, że stowarzyszenia kibicowskie pomagają nam finansowo, ale w zamian nie będę obiecywał im czegoś, co jest nie do spełnienia.

Kiedy kibice atakowali Waraneckiego, klub nie zareagował, choć to był jeden z was.

- Między innymi dlatego wycofaliśmy patronat medialny portalu WidzewToMy. O całej sprawie mogę powiedzieć tyle, że błędem zarówno Grzegorza, jak i kibiców było zainicjowanie tego konfliktu. Jako zarząd możemy sobie zarzucić tylko tyle, że nie zareagowaliśmy na samym początku. Także dlatego, że byłem wtedy na urlopie. A może to po prostu efekt braku doświadczenia? Stanęliśmy w obronie Grześka, ale może za późno zareagowaliśmy...

Kolejny raz klub musi płacić kary za zachowanie swoich fanów. Co ma pan zamiar z tym zrobić?

- Kibice sami je płacą. Nie organizujemy imprez masowych, więc nie mamy możliwości dawania zakazów stadionowych. Czekamy na postawienie trybuny z al. Unii i wtedy będziemy organizować imprezy masowe. Wówczas będzie można coś zaradzić. Nawet zakazy wyjazdowe dla kibiców nie mają mocy, bo każdy może sobie prywatnie pojechać do innego miasta.

Podobno chcą wam pomagać także fankluby Widzewa z Anglii i Irlandii.

- Kiedyś udzieliłem wywiadu polonijnemu radiu w Irlandii. Tamtejsi kibice usłyszeli o nowym projekcie Widzewa i zaczęli zbierać pieniądze. Zgłosili się do nas z propozycją zamieszczenia swojego logo na naszych koszulkach. Zapłacili za to wcale niemało.

Przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy. Co wam się udało zrealizować?

- Przede wszystkim wystartować w IV lidze i stworzyć budżet. Nie było łatwo, bo nie mamy swojego domu, a na SMS jesteśmy tylko gośćmi. Innym sukcesem jest brak długów i fakt, że wypłacamy pensje na czas.

Jednak sukcesy organizacyjne nie idą w parze ze sportowymi.

- Nawet dla mnie oglądanie drużyny czasami było męczarnią. Przez całą rundę widziałem może kilkanaście dobrych zagrań. Słabszy poziom sportowy nie sprawił jednak, że straciliśmy szanse na awans. Ważne, że mamy tylko dziewięć punktów straty do lidera, a wiosną aż 11 spotkań rozegramy u siebie.

W planach macie zatrudnienie dyrektora sportowego. Czy to będzie Mirosław Leszczyński z Chodakowa?

- Mamy takie plany, ale nie mogę oficjalnie powiedzieć, kto będzie dyrektorem. Jest już kandydat, który zostanie przedstawiony w styczniu. Nie chcę zdradzać, czy będzie to pan Leszczyński, który bardzo mi pomagał przy doborze zawodników z Bzury Chodaków, czy ktoś inny. Chcemy także zatrudnić koordynatora ds. młodzieży. To ważne, by zespół Widzewa był oparty na swoich wychowankach. Mamy też w planach stworzenie widzewskich akademii w różnych dzielnicach i okolicznych miejscowościach. Nigdy w Widzewie nie było dobrego szkolenia młodzieży i chcemy to zmienić.

Żeby grać na odpowiednim poziomie, trzeba mieć dobre warunki do treningu. To chyba największy problem Widzewa.

- Nie mamy swojej bazy, a do czasu zakończenia inwestycji na Łodziance to się nie zmieni. Możemy jednak trenować w Justynowie, niewykluczone także, że od wójta, który jest naszym kibicem, dostaniemy zgodę na prowadzenie zajęć w Wiśniowej Górze. Wstępnie porozumieliśmy się z syndykiem i w styczniu zamierzamy trenować na należącym do widzewskiej spółki boisku na terenie ChKS.

Pojedziecie na zimowy obóz?

- Mieliśmy w planach zgrupowanie w Uniejowie, ale temat upadł. Pojedziemy na turniej do Mielca, w którym zagrają Garbarnia Kraków, Polonia Bytom i Stal Mielec. Być może zostaniemy na kilka dni w Krośnie, gdzie mamy sporo kibiców. Będzie trochę nowych ludzi, dlatego chcielibyśmy zintegrować tę grupę.

Kiedy odzyskacie logo Widzewa?

- Cały czas prowadzimy rozmowy z syndykiem. Mamy umowę dżentelmeńską, że nasza propozycja zostanie potraktowana priorytetowo. Jestem dobrej myśli.