Piast Gliwice - Cracovia 2:2. Pasy pomogły wyrównać liderowi ekstraklasy, ale pokonać już się nie dały

Trudną przeprawę z Cracovią miał Piast Gliwice. Gospodarze długo grali słabe zawody, ale na początku drugiej połowy zdołali wyjść na prowadzenie. Mimo to trzech punktów nie zgarnęli.
ŚLĄSK.SPORT.PL w mocno nieoficjalnej wersji. Dołącz do nas na Facebooku >>

- I to ma być lider? Piast się skończył! - tak można streścić internetowe komentarze, które gliwiczanie mogli przeczytać po swoich porażkach z Pogonią Szczecin i Koroną Kielce. Porażkach, na które reagowali jednak w najlepszy możliwy sposób, bo trzema punktami. W sobotę ludziom Radoslava Latala taka odpowiedź była jeszcze bardziej potrzebna, bo do starcia z Cracovią przystąpili przecież świeżo po klęsce w derbach z Górnikiem Zabrze.

Początek meczu wskazywał jednak na to, że tym razem o zamknięcie ust krytykom będzie trudniej. Gra gospodarzom wyraźnie się bowiem nie kleiła. Brakowało składnych akcji, o groźnych sytuacjach nie wspominając. Co innego Cracovia, która poczynała sobie na sporym luzie, kilkukrotnie podnosząc ciśnienie Jakubowi Szmatule. W końcu - w 32. minucie - bramkarz Piasta musiał wyjąć piłkę z siatki. Wszystko za sprawą precyzyjnej centry Deleu i efektownego uderzenia z woleja Denissa Rakelsa. Duży plus dla Łotysza, ale jednocześnie bura dla gliwickiej defensywy, która zostawiła go kompletnie bez opieki.

Tego, że po bramce Pasów miejscowi ruszyli do huraganowych ataków, napisać co prawda nie można, ale jeszcze przed przerwą gliwiczanie zdołali wyrównać. A konkretnie zrobił to... Bartosz Rymaniak, który wepchnął piłkę do własnej bramki po zagraniu Urosa Koruna. Do piłkarzy lidera uśmiechnęło się więc szczęście. Pozostawało zastanawiać się, czy w drugiej połowie będą potrafili mu pomóc.

Już w 52. minucie Piast wyszedł na prowadzenie! Zapracowali na to przede wszystkim Marcin Pietrowski (popisał się dobrym podaniem) i Martin Nespor, który nie dał Grzegorzowi Sandomierskiemu żadnych szans na interwencję. Gliwiczanie wjechali zatem na właściwe tory, ale... tylko na cztery minuty. Tyle bowiem dzieliło gola Czecha od rzutu rożnego Mateusza Cetnarskiego, po którym celną "główkę" zanotował Paweł Jaroszyński.

Zanosiło się zatem na to, że po przerwie przy Okrzei możemy obejrzeć mocne strzelanie. Ani jedni, ani drudzy za ciosem jednak nie poszli. Zamiast tego trwało przeciąganie liny, przy czym żadna ze stron nie była w stanie osiągnąć przewagi.

Ciekawej zrobiło się dopiero na kwadrans przed końcem, gdy przed szansą stanęli goście. Tyle że Erik Jendrisek zbyt długo zwlekał z podaniem do Rakelsa i z akcji wyszły nici. Tak zresztą jak i z kolejnych prób obydwu drużyn. Pozostało im więc podzielić się punktami.

ŚLĄSK.SPORT.PL na Twitterze. Obserwuj już teraz >>

Co jest bardziej prawdopodobne na koniec sezonu?