Polowanie na piłkarzy trwa od dawna. Auto wywrócone dach, upokarzające koszulki, groźby

Pobicia, zastraszenia, blokady na drodze... Sportowcy nigdy nie wiedzą kiedy przyjdzie stanąć im oko w oko z bandytami, którzy uważają się za kibiców klubu.
Gorące newsy i złośliwe komentarze. Dołącz do nas na Facebooku >>

Bandycki napad na Michała Helika, obrońcę Ruchu Chorzów przypomina o tym, że piłka nożna, a właściwie to co dzieje się wokół boiska, niesie ze sobą także te złe, czy wręcz patologiczne emocje.

Helik został zatrzymany na drodze szybkiego ruchu. Zajechano mu drogę, wybito siekierą szybę w jego aucie. A wszystko to dlatego, że przyciągnął uwagę bandytów tablicami rejestracyjnymi wskazującymi na to, że auto pochodzi z Chorzowa.

Kibice Górnika wybrali inną drogę

To nie pierwszy taki przypadek, gdy bandyci atakują sportowców innej drużyny. Dziesięć lat temu podobne zdarzenie dotknęło hokeistów Zagłębia Sosnowiec. Zespół wracał wtedy z meczu w Toruniu.

W sobotę, około godziny 4 nad ranem, na "gierkówce", w okolicach Sarnowa, samochody bez tablic rejestracyjnych zajechały drogę autokarowi z hokeistami. Z wozów blokujących drogę wyskoczyli mężczyźni w kominiarkach. Kijami bejsbolowymi wybijali szyby w autokarze. Zimna krew nie opuściła na szczęście Jacka Kruża, kierowcy autokaru, który ruszył i staranował blokadę.

Z czasem policja poinformowała, że za napad odpowiadała bojówka Ruchu Chorzów z Siemianowic Śląskich, która jednak... wcale nie czekała na hokeistów z Sosnowca. Tak naprawdę bandyci czatowali bowiem na autokar wiozący kibiców Górnika Zabrze. Ten jednak wybrał inną drogę... Takich zdarzeń na szczęście wiele nie ma. Pewnie także i dlatego, że niepisane prawo pseudokibiców zabrania ataków na sportowców innych drużyn.

Grożono mi połamaniem nóg

Dużo częściej dochodzi natomiast do sytuacji, gdy kibice wyżywają się na zawodnikach drużyny, którą w teorii wspierają. Tej jesieni doświadczyli tego gracze drugoligowego GKS-u Tychy. Po jednym z treningów piłkarze zostali zaatakowani przez zamaskowanych napastników. Doszło do przepychanek. Oberwało kilku zawodników oraz jeden z członków sztabu szkoleniowego.

"Oświadczamy, że nie akceptujemy i nie będzie przyzwolenia na jakiekolwiek formy agresji i zastraszania pracowników klubu. Jesteśmy przekonani, że uczestnikami zdarzenia byli zamaskowani awanturnicy, których działania nie mają związku z troską o dobro klubu" - oświadczył klub.

W Tychach skończyło się na strachu i niesmaku, ale generalnie bez poważnych konsekwencji. Bywa jednak inaczej o czym przypomina przypadek Tomasza Stolpy. "Napadli i pobili mnie kibice mojego klubu. Na treningu grozili połamaniem nóg w obecności prezesa. Ten nie reagował" - pisał w oświadczeniu piłkarz Zagłębia Sosnowiec.

To co złe, zaczęło się od wizyty w sosnowieckiej kręgielni. Napastnik bawił się w niej po meczu z Górnikiem Wałbrzych. Działacze drugoligowego wówczas Zagłębia dowiedzieli się o wizycie i ukarali piłkarza za "niesportowe prowadzenie się, godzące w wizerunek klubu i zawodowego sportowca". Stolpa zgodził się z tym i zapłacił tysiąc złotych kary, jaką nałożył na niego klub. Zawodnik opisał jednak również, co wydarzyło się podczas wieczoru na kręglach. I co działo się później.

Według niego został tam "napadnięty przez - jak się później okazało - kibiców klubu". Pobicie zgłosił na policję. Wtedy na trening Zagłębia przyjechało kilkunastu kiboli. "W obecności prezesa Adamczyka, który zabrał mnie z treningu na rozmowę z przedstawicielami kibiców, wielokrotnie grożono mi połamaniem nóg, jeśli nie wycofam sprawy z policji. Ubliżano mi wulgarnie, nazywano »konfidentem « - pisał Stolpa. "Prezes Adamczyk dopuszcza, aby grupa »bandytów « była w stanie przerwać trening i grozić jego pracownikowi. O takim zdarzeniu powinien powiadomić organy ścigania. [...] Nie mogę pogodzić się z tym, że na nasz klub tak wielki wpływ mają pseudokibice" - kontynuował. Finał tej historii był o tyle zaskakujący, że klub pozbył się wojującego z kibicami zawodnika.

Auto na dach

Takich wizyt kibiców podczas treningów jest zdecydowanie więcej... Na Śląsku głośno było o koszulkowej akcji fanów Górnika Zabrze. Sześć lat temu grupa stu szalikowców przerwała trening piłkarzy śląskiego klubu. Zaskoczony trener Henryk Kasperczak odszedł na bok, a zawodnicy wysłuchali ostrej reprymendy. Potem upokorzeni musieli włożyć na siebie koszulki z hasłem "Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zapierdalać". Z boku zdarzenie obserwował ówczesny prezes klubu Jędrzej Jędrych. - Kibice są rozżaleni słabą grą piłkarzy w ostatnim meczu. Nie doszłoby do tego zdarzenia, gdyby nie postawa piłkarzy. A kibice reagują tak jak potrafią - przekonywał szef klubu. Na oficjalnej stronie Górnika Zabrze zdarzenie zostało zatytułowane: "Męskie rozmowy na treningu". Piłkarze byli zaszokowani. Żaden nie chciał rozmawiać o tym zdarzeniu pod nazwiskiem.

Czasami kibice potrafią też dopiec piłkarzowi.... powiedzmy z fantazją. Doświadczył tego Daniel Kapinos, który w czasie, gdy grał w Polonii Bytom znalazł swoje auto przewrócone na dach! Złość fanów dotyka również prezesów klubów. Krystian Rogala, który na przełomie wieków zarządzał Ruchem, opowiadał, że nie raz miał z kibicami trudne przeprawy. Fani wiedzieli, gdzie mieszkał, więc zdarzało się, że czekali na niego pod domem. Potrafili jednak też i docenić. Jak wtedy, gdy Rogala znalazł na masce swojego samochodu butelkę szamana...

Ćwierkamy dla was o sporcie na Śląsku >>