Ruch Chorzów. Niebiescy wciąż w czołówce ligi. Korona bezbarwna

Ruch Chorzów potwierdził, że na Cichej jeńców nie bierze. Korona Kielce zaczęła grać w piłkę po przerwie, ale nie miała dość atutów, żeby wyrwać Ślązakom choćby punkt.


Po wysoko przegranym przez Ruch meczu w Gliwicach (0:3) pisaliśmy, że punkty stracił zespół, który kulał i niedowidział na jedno oko. Brak Patryka Lipskiego i Martina Konczkowskiego doskwierał drużynie, która nie ma dziś na tyle wartościowych rezerw, żeby mieszać w składzie bez uszczerbku dla jakości gry.

Trudno rzecz jasna porównywać Koronę do Piasta, ale jednak przeciwko kielczanom zagrał już inny Ruch. W pierwszej połowie najlepszy był na boisku Maciej Iwański. Doświadczony pomocnik pojawił się latem na Cichej, żeby uporządkować grę chorzowskiej drużyny w środku pola. Średnio to jednak wyszło, bo już w pierwszym meczu sezonu byłego reprezentanta Polski zluzował w tej roli młody Patryk Lipski.

Iwański wrócił do podstawowej jedenastki dopiero za sprawą pecha kolegi. Macieja Urbańczyka wyeliminowała bowiem z gry kontuzja. Iwański wykorzystał szansę, a że przy tym odbudował formę, to jego grę ogląda się z coraz większą przyjemnością.

W pierwszej połowie trzy razy dobierał się do skóry bramkarza Korony Kielce. Za trzecim razem skutecznie. Korona prezentowała się w tym okresie gry wyjątkowo mizernie. Jakaś taka zalękniona i bezbarwna.

Ile to już jednak było meczów, gdy w przerwie spotkania drużyny "zamieniały się koszulkami"? Korona nic wielkiego w drugiej połowie nie grała, ale wystarczyło, że trochę przyśpieszyła i pod bramką niebieskich działy się niestworzone rzeczy.

Niefrasobliwość i brak zdecydowania szybko kosztowały gospodarzy stratę gola. Bartłomiej Pawłowski kręcił się z piłką po polu karnym, jak dziecko w sklepie z zabawkami, a na koniec bez trudu wkopnął ja z najbliższej odległości do siatki.

Ruch odpowiedział szybko. Mariusz Stępiński najpierw zmarnował wymarzoną okazję (sędzia nie zauważył, że przy przyjęciu piłki pomógł sobie ręką), a potem wykorzystał znacznie trudniejszą, gdy skierował piłkę do bramki głową. Napastnik niebieskich zaraz potem podbiegł do trenera Waldemara Fornalika, żeby przeprosić go za siwe włosy, których mu przysporzył.

To rzecz jasna nie był koniec emocji. Korona była bliska wyrównującej bramki, ale Konczkowski podniósł nogę wysoko niczym Bruce Lee i odbił piłkę, którą wszyscy widzieli już w bramce Matusa Putnocky'ego.