Iwona i Krzysztof Ignaczakowie: Otwieramy sobie wiele drzwi [WYWIAD]

Rzeszów jest bardzo pięknym miastem. Gdybym miał wymienić miasta, gdzie siatkówka jest na wysokim poziomie i najurodziwiej się mieszka, to byłyby to Gdańsk, Warszawa i Rzeszów.
Marcin Lew, Marek Kruczek: Złoty pociąg czy okrągła kładka?

Krzysztof Ignaczak: Pochodzę z Wałbrzycha i biegałem po lesie tam, gdzie dziś poszukiwany jest złoty pociąg. Nie znaleźliśmy go, ale nie wiedziałem, że trzeba kopać (śmiech ).

Wybieramy jednak kładkę. Dobrze mieszka nam się w Rzeszowie. Jesteśmy tu dziewiąty rok i zamierzamy zostać, choć wiemy, gdzie są nasze korzenie. Pochodzimy z miasta, w którym - mam nadzieję - odkopią ten złoty pociąg. To pomogłoby Wałbrzychowi stanąć na nogi. Wałbrzych będzie się rozwijał, ale musi się uczyć od takich miast jak Rzeszów, jak to się robi.

Mówi się, że sportowcy to obywatele świata. Ignaczakowie to obywatele świata, rzeszowianie czy wałbrzyszanie?

Iwona Ignaczak: W Wałbrzychu mieszkałam do 16. roku życia, więcej czasu spędziłam poza nim. Jestem więc obywatelką Polski, z naciskiem na Rzeszów.

K.I.: Ludzie chyba traktują nas tu, w Rzeszowie, jak swoich. Grą i działaniami razem z Iwonką udowodniliśmy, że zrobiliśmy dużo dla Rzeszowa, i po tylu latach czujemy się bardziej rzeszowianami niż wałbrzyszanami. Ale tam są nasi rodzice, miło jest wracać.

Kiedyś powiedziałeś, że chciałeś w Rzeszowie przeczekać jakiś rok i wyjechać. Zostaliście jednak na lata.

K.I.: Po podpisaniu kontraktu w Rzeszowie sprawdzaliśmy na mapie, gdzie on leży. Wydawało nam się, że to już Rosja. Dlatego liczyłem, że po jednym dobrym sezonie przyjdą inne oferty. A tymczasem zobaczyliśmy inne miasto i innych ludzi niż na Śląsku. Możecie się ze mnie śmiać, ale naprawdę - tu ludzie są uczciwi i dużo łatwiej się z nimi współpracuje niż z ludźmi na Śląsku. Sami zaczynamy prowadzić biznes i już widzę, że relacje z firmami są lepsze niż w innych rejonach Polski. Szczerość, uśmiech i pozytywne nastawienie do życia ludzi podobno z "biedniejszej Polski".

Zadomowiliście się w Rzeszowie i staliście się ambasadorami miasta i Asseco Resovii. Adam Góral, prezes Asseco, nie ukrywał, że Krzysztof Ignaczak ma być magnesem dla kolejnych polskich siatkarzy.

K.I.: Przez te dziewięć lat wspólnymi siłami udało nam się zbudować mocny zespół. Ja tylko mogłem potwierdzać, że to profesjonalny klub. Dzisiaj większość ludzi ze świata siatkówki chciałaby tu grać. Ten klub ma mocne fundamenty. Stworzył je Adam Góral, filantrop, który wymyślił, że w Rzeszowie stworzy mocną drużynę. Gdy spojrzymy na mapę profesjonalnej ligi, to ludzi takich jak Adam Góral jest niewielu, większość to spółki Skarbu Państwa. I tutaj jest pole do popisu dla rządu. Przydałaby się nowa ustawa, która pomagałaby ściągnąć ludzi z prywatnego sektora do sponsoringu.

W ciągu dziewięciu lat może odegrałem jakąś rolę, pomagając sprowadzić do Rzeszowa kilku graczy, którzy zapoczątkowali sukcesy Resovii. Ale dzisiejszy klub to ciężka, wspólna praca w klubie, kibiców, miasta.

Jak wyglądały wasze pierwsze miesiące w Rzeszowie? Krzysiek na treningu, na meczu, a ty, Iwono?

I.I.: Przyjechałam do Rzeszowa 14 września, a już 1 października zaczęłam pracę w biurze tłumaczeń. Od razu poszłam na głęboką wodę. Ciężkie były te pierwsze miesiące. Myślałam mimo wszystko, że Krzysiek więcej będzie w domu. Wcześniej było go mało, bo grał w Bełchatowie, a mieszkaliśmy w Częstochowie. Na szczęście nasz syn Sebastian szybko się zaaklimatyzował w przedszkolu.

K.I.: W głównej mierze zastanawialiśmy się właśnie, jak to będzie z Sebastianem, i kamień spadł nam z serca, gdy się okazało, że dobrze sobie radzi.

I.I.: A rok później sprowadziła nam się do Rzeszowa namiastka Częstochowy w postaci Gierczyńskich [Krzysztofa Gierczyńskiego z rodziną - przyp. red.], więc już było dużo łatwiej.

Dla was przeprowadzki to nic nowego, ale dla waszych dzieci Rzeszów to całe ich życie. Sebastian miał kilka lat, gdy sprowadziliście się do miasta, Dominika urodziła się już tutaj. Koniec podróży?

K.I.: Mam już 37 lat. W tym sezonie kończy mi się kontrakt i zobaczymy, czy zostanę w klubie, czy trzeba będzie szukać innej oferty. W Rzeszowie przepracowałem dziewięć sezonów. Fajnie byłoby zakończyć karierę na dziesiątym. To mój szesnasty sezon w profesjonalnej lidze. Szmat czasu i jestem coraz bliżej końca kariery.

Jakkolwiek jednak potoczy się moja kariera i tak zostaniemy w Rzeszowie. Nie wyjedziemy stąd na stałe. Tu nam się podoba. Nasze dzieci będą związane z Rzeszowem.

Gdy dwa sezony temu kończył ci się kontrakt, Iwona mówiła, że jak chcesz, to możesz iść gdzieś grać, ona się nie rusza z Rzeszowa.

I.I.: Tak było i podtrzymuję to.

Co was tak bardzo urzeka w Rzeszowie?

K.I.: Rzeszów jest bardzo pięknym miastem. Gdybym miał wymienić miasta, gdzie siatkówka jest na wysokim poziomie i najurodziwiej się mieszka, to byłyby to Gdańsk, Warszawa i Rzeszów.

I.I.: Ja mam innych faworytów. Chciałabym mieszkać tylko w Rzeszowie (śmiech ).

K.I.: Naturalnym numerem jeden jest Gdańsk, bo tam i starówka jest piękna, i jest dostęp do morza. Warszawa z oczywistych powodów. Rzeszów, poza wszystkim, o czym już mówiliśmy, jest najlepszym miastem pod względem logistycznym, wszystko mamy na miejscu. W pół godziny nawet w korku można się przemieścić z jednej strony miasta na drugą. W Warszawie czy Gdańsku byłoby to niemożliwe.

Jak oceniacie nowe rozwiązania komunikacyjne w Rzeszowie, które wprowadza prezydent Ferenc?

K.I.: To wizjoner. Nawet ten pomysł z kolejką nadziemną jest świetny, choć wiem, że jest problem ze sfinansowaniem. Gdyby udało się go zrealizować, Rzeszów byłby naprawdę innowacyjny, a to przyciągnęłoby turystów. Albo rondo dla pieszych. To inwestycje, z których ludzie czasem szydzą, a sami idą na rondo popatrzeć, przy fontannie posiedzieć i posłuchać muzyki. Wszyscy nasi znajomi, którzy tu przyjeżdżają, mówią, że to miasto jest zadbane, czyste. To w Polsce ciągle rzadkość. Na Śląsku widzisz dookoła bałagan. A tu ludzie sami dbają o czystość, nie wyrzucają papierków na chodniki. Kiedyś się śmiałem z tych tabliczek przy drogach nawołujących do utrzymania porządku. Ale one spełniają swoją funkcję.

Poza tym miasto ciągle się rozwija. Dużym atutem jest to, że mamy blisko lotnisko, że jest Dolina Lotnicza, że rodzą się powoli pomysły na przyciągnięcie większego biznesu. Krokiem milowym powinno być wprowadzenie strefy cargo. Wtedy wiele firm może przenieść tu swoje biznesy.

Prezydent próbuje przyłączać mniejsze miejscowości po to, by miasto się rozwijało. Kibicujemy mu mocno.

Problem w tym, że Ferenc nie dochował się dotąd godnego następcy.

K.I.: Mam nadzieję, że ktoś taki, kto będzie kontynuował jego działania, jeszcze się objawi. Przez te dziewięć lat jak tu żyjemy, rządził Tadeusz Ferenc, także zupełnie nie wyobrażamy sobie miasta pod wodzą kogoś innego.

Jakie macie poglądy polityczne?

K.I.: Polityka generalnie mnie nie interesuje. Były podchody, bym dał swoją twarz, ale nie czuję się na siłach, by być politykiem. Jeśli miałbym się decydować na działalność publiczną, byłaby to rada miasta. Mógłbym tu służyć merytoryczną pomocą w sprawach sportu, dydaktyki. Mam w tym zakresie bogate doświadczenie. Podobnie jak w organizacji dużych imprez.

Chwalimy prezydenta Ferenca, ale jeśli chodzi o sport, którym on się szczyci, to wychodzi często brak zdecydowania. Daje fundusze wszystkim po trochu, a w zasadzie nie daje nikomu. Nie potrafi się zdecydować, postawić na jeden czy drugi klub.

K.I.: Szczerze mówiąc, nigdy nie wnikałem w zasady podziału tych pieniędzy. Ale zastanówmy się, jakie liczące się dyscypliny mamy na Podkarpaciu. Żużel i siatkówkę. Popatrzmy też na żużel z drugiej strony: tam jeżdżą najemnicy, którzy równocześnie pracują w czterech innych ligach. Pamiętacie, jak Nicki Pedersen odmówił jazdy w meczu ligowym, a później jechał w Grand Prix ze złamaną ręką? Dla mnie to nie do przyjęcia. Tutaj zarabiał pieniądze, a nie pojechał w ważnym spotkaniu dla zespołu. Takich sytuacji w siatkówce nie ma. Wszyscy wiemy, że oddajemy wszystko, co mamy, dla naszego klubu.

Jest jeszcze piłka nożna.

K.I.: Ten temat można pominąć... Ale widzę, że Rzeszów jest bardzo podzielony. To dziwne, że są jeszcze takie waśnie pomiędzy Stalą i Resovią. Myślę, że jeden mocny klub piłkarski w mieście byłby w stanie grać choćby w I lidze.

W Wałbrzychu miałem podobną sytuację. Tam były Zagłębie i Górnik i trzeba było się określić, za kim się jest. Ja nie grałem w piłkę, teoretycznie nie musiałem się określać, ale i tak dostałem w dziób, bo udzieliłem złej odpowiedzi. W wariancie 50 na 50 postawiłem na złego konia.

Krzysztof Ignaczak w reprezentacji dokumentuje, fotografuje, pokazuje wszystko od kuchni. Skąd ta pasja?

K.I.: Kiedyś jako pierwszy zrobił to Kadziu [Łukasz Kadziewicz - przyp. red.], a był to pomysł naszego wspólnego przyjaciela, realizatora telewizyjnego Gutka Bednarskiego. Gdy Kadziu stracił miejsce w reprezentacji, poprosił, bym to kontynuował. I tak zostało. Uważam, że warto pokazać ludziom, że nie jesteśmy maszynami, że jesteśmy ludźmi z krwi i kości, że w kadrze jest dwunastu ludzi o różnych charakterach. Kibice dostają gotowy produkt, jakim jest mecz, a nie znają całej otoczki. Pokazuję różne sytuacje, np. to, jak spóźniliśmy się na samolot, musieliśmy koczować dziewięć godzin, bez prysznica i posiłku, a następnego dnia trzeba było zmieniać strefę czasową. Albo że Cichy Piter [Piotr Nowakowski - przyp. red.] nie jest taki cichy. On tylko na meczu tak prezentuje emocje. Normalnie jest zupełnie innym człowiekiem. Ludziom się to spodobało. Kiedyś, jak wrzuciłem jeden filmik, miałem większą oglądalność niż Onet, w granicach miliona wejść.

Ktoś zarzucił mi, że wszedłem z kamerą na podium. Dziś są małe kamerki, które można przemycić. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z kręceniem filmików, były takie wielkie kozy, nie dało się ich ukryć.

Filmuję momenty, które chcemy zapamiętać, takie od środka. Sporo materiałów zostało wykasowanych. Wewnętrzna reprezentacyjna cenzura nie przepuściła. Np. jak wpadłem z kamerą pod prysznic...

Filmy mają jeszcze jedną zaletę. Pokazują nasz wysiłek. Ludzie myślą czasem: fajnie mają ci siatkarze, poodbijają piłkę, pojeżdżą po świecie. Chcemy, by zobaczyli, jak wiele poświęceń to wymaga. Mam jeszcze sporo perełek, które nie zostały opublikowane. Być może kiedyś nawet uda się to wydać. Może razem z książką...

Piszesz książkę?

K.I.: Tak, ale nie będzie to książka o sporcie, alkoholu i przygodach. Takich wystarczająco wiele napisali piłkarze. Mam ambitniejsze plany. Chcę opisać stronę psychologiczną: jakie rzeczy przeżywałem jako sportowiec, jako mały chłopiec, a jak postępowałem już jako siatkarz, np. na mistrzostwach świata. Jak wyglądają sportowe wzloty i upadki, jakie przechodzi się metamorfozy. Jak bardzo zmienia się człowiek, jak dojrzewa.

Taki przykład: gdybym podczas ostatnich mistrzostw świata był o 10 lat młodszy, nie wytrzymałbym presji siedzenia na ławce i klaskania Pawłowi Zatorskiemu. Stworzyłbym jakąś niemiłą atmosferę. Książka ma młodym pokazywać, jak uniknąć niepotrzebnych frustracji, rozczarowań. Jak dochodzić do dojrzałości, jak radzić sobie konstruktywnie z ambicjami. Nie gubić talentu, nie tracić czasu.

Chcę też pokazać, jak wygląda życie sportowca, te lepsze i gorsze dni. Tak żeby ludzie wiedzieli, ile to wyrzeczeń, ile trzeba pasji, żeby zamiast na dyskotekę pójść na trening. Jak marzenia stają się celami. Poświęcenie to nie tylko ja i moje życie, ale także żona i dzieci. Chciałbym, żeby Iwona też napisała jeden rozdział. Żeby trenerzy Lozano i Castellani też napisali np. to, co o mnie naprawdę myśleli. Może wyjdzie z tego coś w rodzaju przewodnika, drogowskazu dla młodego człowieka.

Sporo miejsca chcę poświęcić Iwonie. Zrezygnowała z własnej kariery, schowała ambicje do kieszeni. Wyleczyła mnie z męskiego napięcia przedmiesiączkowego, kiedy zawsze przed meczem chodziłem nabuzowany, nie potrafiłem radzić sobie ze stresem. Nawet nie wiedziałem, że jestem nie do wytrzymania dla Iwony i dzieci.

Książkę zrecenzuje Sebastian? Mnóstwo czyta.

K.I.: Być może. Może coś sam napisze. Bo sam połyka książki. Dla niego 500 stron w dwa dni to pestka. Zna wszystkie wydawnictwa i ma wiele pomysłów. Już nieraz pomagał mi w redagowaniu bloga. Może podsunie jakiś temat, który warto byłoby w książce poruszyć.

W tym sezonie masz w drużynie równego sobie rywala, Damiana Wojtaszka. Do tej pory zawsze Ignaczak był pierwszy... Jak sobie z tym radzisz właśnie od strony psychologicznej?

K.I.: Taki zespół jak Asseco Resovia, chcąc bić się na każdym froncie, musi być zabezpieczony na każdej pozycji. Na każdej mamy zdublowanych graczy światowego formatu, a równe szóstki powodują, że poziom sportowy treningu jest naprawdę wysoki. Musisz stawać w szranki z ludźmi, którzy grają w innych reprezentacjach.

Damian ma podobny charakter jak ja, wpisuje się dobrze w drużynę. Ja zaś tanio skóry nie sprzedam, będę rywalizował o skład. Decyzje personalne należą do trenera. Nie będę się obrażał, że on zagra, a ja mniej, ale na pewno sportowa złość i ambicja będą.

Po tylu latach gry i sukcesach masz dodatkową motywację do treningów. To plus.

K.I.: To ogromna motywacja, bo Damian to już uznana marka, stawia wysoko poprzeczkę. Żeby z nim rywalizować, trzeba spiąć pośladki bardzo mocno.

Piszesz felietony, książkę, kręcisz filmy, projektowałeś ciuchy. Na co zdecydujesz się po zakończeniu kariery?

K.I.: Poszedłem w ciuchy, ale moje wyobrażenia i oczekiwania szybko zostały zweryfikowane przez rynek. To przeszłość. Co będę robił? Sam nie wiem. Po to otwieram sobie wiele drzwi, by kiedyś mieć wybór.

Na pewno chciałbym zostać przy siatkówce. Mam sporo wiedzy i uprawnienia trenerskie. Mógłbym pracować z młodymi siatkarzami. Ale zobaczymy, co powiedzą włodarze klubu. Na pewno będę prowadził jakąś firmę, biznes. Jako zawodnicy zarabiamy dobre pieniądze, ale nie takie, żeby po zakończonej karierze nie pracować.

Mam nadzieję, że zasady ze sportu przeniesione na biznes się sprawdzą. Chcę zabezpieczyć rodzinę i podróżować. Dzięki siatkówce zwiedziłem cały świat. Poznałem różne kultury, dało mi to dystans do siebie i świata.

Masz jedno niezrealizowane marzenie sportowe. Medal olimpijski.

K.I.: Trzy razy byłem na igrzyskach. Pierwszy to była przygoda, nie było wiary w zwycięstwo, piąte miejsce było satysfakcjonujące. Ale Pekin i Londyn - to były oczekiwania, żeby zdobyć jakikolwiek krążek. Staraliśmy się z całych sił, ale nie wyszło. W mojej hierarchii medal olimpijski jest najważniejszy ze wszystkich, ale cóż...

Więcej o: