Koszykarka KKS Olsztyn o decyzji PZKosz: To cios w plecy

- Pozbawienie mnie licencji na tak długi okres czasu oznacza praktycznie koniec kariery. Mnie nie interesuje rekreacyjne granie, bo w sporcie najważniejsza jest rywalizacja - mówi Aneta Burandt, zawodniczka olsztyńskiego klubu, która została zawieszona na dwa lata.
Jak informowaliśmy na olsztyn.sport.pl (Koszykarka KKS będzie musiała zakończyć karierę? ), Polski Związek Koszykówki postanowił nałożyć na Anetę Burandt karę dwuletniego zawieszenia. Powodem takiej decyzji jest zamieszanie z kontraktami młodej 20-letniej zawodniczki.

Burandt miała podpisaną umowę jednocześnie z olsztyńskim zespołem oraz ŁKS-em Łódź (rywalem z innej grupy w pierwszej lidze). Mimo to nie miała ona żadnych problemów z uzyskaniem licencji uprawniającej ją do gry w barwach KKS-u. W siedmiu do tej pory rozegranych spotkaniach, aż pięciokrotnie wystąpiła na parkiecie. Teraz, po decyzji PZKosz przez najbliższe dwa lata będzie mogła grać jedynie w reprezentacji Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego podczas Akademickich Mistrzostw Polski.

Rozmowa z Anetą Burandt, środkową KKS Olsztyn

Mateusz Lewandowski: Jak przyjęła pani decyzję Polskiego Związku Koszykówki o dwuletnim zawieszeniu?

Aneta Burandt: - Jestem załamana, a w całej sytuacji czuje się bezradnie. Próbuję jednak znaleźć jakieś rozwiązanie, i dlatego pozostaje w kontakcie ze swoim prawnikiem. Abym mogła napisać odwołanie od tej decyzji, potrzebuje sporej sumy pieniędzy, którą można liczyć w tysiącach. Jako młoda osoba nie posiadam aż tak dużej kwoty. Trzeba też zauważyć, że w tym sezonie otrzymałam już karę od Związku i dobrowolnie się jej poddałam. Dzięki temu została ona zmniejszona [jeden mecz w zawieszeniu i kara finansowa w wysokości 300 zł - red.]. Wtedy sędzia dyscyplinarny uznał, że sprawa jest już zamknięta. Gdy dowiedziałam się o ponownym zawieszeniu, poczułam się, jakby ktoś zadał mi potężny cios w plecy.

Cała sprawa swój początek miała ponad pół roku temu.

- Podczas kwietniowych półfinałów Akademickich Mistrzostw Polski spotkałam się z przedstawicielami ŁKS-u. Oprowadzali mnie oni po całym campusie, po czym przedstawili swoje warunki i powiedzieli, że możemy podpisać kontrakt na zasadzie "teraz albo nigdy". Obok mnie stały wszystkie osoby związane z klubem, i nie ukrywam, że byłam z tego powodu bardzo zestresowana. Warunki umowy chciałam przedyskutować w domu, z moimi rodzicami, lecz nie dano mi na to szansy. Z drugiej strony ucieszyłam się, że ktoś uznał mnie za dobrą zawodniczkę, i poniekąd przez tą presję podpisałam kontrakt. Gdy jednak przeanalizowałam na spokojnie całą sytuację stwierdziłam, że nie chcę wybierać takiej drogi.

Po odstąpieniu od umowy z ŁKS-em kontaktowała się jeszcze pani z łódzkim klubem. Jak obecnie wyglądają wasze relacje?

- Czuję do nich wielki żal. Cały czas pozostaje jednak w kontakcie z prawnikiem, z którym szukamy różnych sposobów, aby móc wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Rozwiązanie kontraktu z łódzkim klubem będzie możliwe w sytuacji, gdy on również wyda na to zgodę. Moim zdaniem są tylko dwa wyjścia - albo spotkamy się w sądzie i tam udowodnię swoją rację albo porozmawiamy w cztery oczy i spróbujemy dojść po porozumienia.

Dwuletnie zawieszenie uniemożliwia pani udział we wszystkich rozgrywkach organizowanych pod egidą Polskiego Związku Koszykówki. Dla zawodnika brzmi to jak wyrok.

- Pozbawienie mnie licencji na tak długi okres czasu oznacza praktycznie koniec kariery. Mnie nie interesuje rekreacyjne granie, bo w sporcie najważniejsza jest rywalizacja. Koleżanki z drużyny cały czas mnie wspierają i wspólnie szukają rozwiązania. Na tę chwilę wciąż trenuje z zespołem w Olsztynie, ponieważ żyję nadzieją, że uda się mi się pozytywnie rozwiązać całą sprawę. Gdy będzie to jednak trwało zbyt długo, to z pewnością odbije się to niekorzystnie na mojej formie.

Więcej o koszykarkach KKS czytaj na olsztyn.sport.pl.