Maciej Kot naprawił błędy i chce zostać... doktorem [WIDEO]

- Poprzedni system już się nie sprawdzał. Teraz zmienił się sposób treningu i wizja skoków. Liczę, że to da najlepszy sezon w mojej karierze - mówi Maciej Kot, reprezentant Polski w skokach narciarskich.
W sobotę i niedzielę pierwsze zawody Pucharu Świata w tym sezonie. W piątek z powodu wiatru i deszczu nie udało się przeprowadzić treningów i kwalifikacji. Organizatorzy zawodów w Klingenthal liczą, że lepiej będzie w weekend. W kadrze znalazł się m.in. Kot, skoczek AZS Zakopane.



Damian Gołąb: Po nieudanym poprzednim sezonie lato chyba dobrze wróży na zimę?

Maciej Kot: Za mną bardzo udany sezon letni. Przede wszystkim skoki były stabilne - i na treningach, i na zawodach. Nie było wielkich wzlotów i upadków. To był największy plus. Drugi to fakt, że udało się poprawić błędy, które od kilku lat dawały mi się we znaki.

Jakie to były błędy?

- Głównie na progu i w locie. Przede wszystkim niewłaściwy był kąt natarcia i kierunek odbicia. Zbyt dużo prędkości traciłem zaraz za progiem. Często leciałem za wysoko i później nie było z czego "odlecieć". Mój sposób odbijania jest teraz troszkę inny, może bardziej agresywny.

Przed sezonem letnim został pan przesunięty do kadry B. To była dodatkowa motywacja?

- Mobilizacji do pracy nigdy mi nie brakowało. Przesunięcie do kadry B i nowy sztab szkoleniowy zmieniły spojrzenie na pewne rzeczy. Inny jest sposób treningu, wizja skoków, otoczenie. To dodało świeżości, bo poprzedni system był już trochę zastany i się nie sprawdzał.

Nawiązał pan też współpracę z psychologiem?

- Szukałem go na własną rękę, znalazłem odpowiednią osobę i nasza współpraca trwa już pół roku. Widać jej efekty.

Polska w pierwszym okresie Pucharu Świata może wystawić siedmiu zawodników, więc skoczkowie z kadry B na pewno będą w nim startować. Jakie ma pan cele na ten sezon?

- Puchar Kontynentalny mnie nie interesuje. Głównym celem jest PŚ, w którym chcę zabrać jak najwięcej punktów. Tym bardziej w takim sezonie jak ten najbliższy, w którym nie ma imprezy docelowej. Mistrzostwa świata w lotach nie są traktowane tak poważnie jak klasyczne. Dlatego trzeba zachować równą formę. Wiadomo, że Turniej Czterech Skoczni czy konkursy w Wiśle i Zakopanem będą szczególne, ale celem powinna być klasyfikacja generalna PŚ, w której chciałbym zebrać najwięcej punktów w karierze. -Granica 400 punktów powinna wystarczyć na pierwszą "20", być może na "15".



Wspomniał pan o MŚ w lotach - o panu przez lata mówiło się jako o skoczku, który ma problemy na największych skoczniach, ale na ostatnich MŚ był pan dziesiąty.

- Wtedy chciałem być w "10" i cel zrealizowałem. To było coś bardzo pozytywnego, bo rzeczywiście na "mamutach" nigdy nie błyszczałem i nikt na mnie nie stawiał. A pokazałem, że w formie mogę skakać dobrze na każdej skoczni. Teraz kiedy skaczę agresywnie, miewałem na mniejszych skoczniach problemy, które znikały na większych. W kalendarzu nie ma już ani jednej małej skoczni, więc trzeba przestawiać się na duże. Zmiana w technice powinna w tym pomóc. Mam też nadzieję po prostu na dobrą zabawę na "mamutach", bo dalekie loty sprawiają przyjemność. Trzeba bić kolejne rekordy życiowe. Będzie do tego okazja, bo w tym sezonie lotów trochę w kalendarzu jest. Jest też nadzieja, że będą udane.

MŚ w lotach odbędą się na skoczni w Kulm. To obiekt po przebudowie, w zeszłym sezonie pan na nim nie skakał.

- Zupełnie się zmienił. Pamiętam starą skocznię - była trudna, ale mi odpowiadała. Osiągałem tam niezłe wyniki, w jednym z konkursów byłem w czołowej dziesiątce. Z opowieści wiem, że po przebudowie jest trochę... straszna. Konstruktorom chyba coś nie wyszło i zaraz po wyjściu z progu leci się bardzo wysoko. Jest też wrażliwa na warunki atmosferyczne, niestety wiatr może tam mieszać.

Zadebiutował pan też w rajdach samochodowych. To hobby czy pomysł na życie po zakończeniu kariery skoczka?

- W tej chwili to pasja. Nie mam na nią za dużo czasu, w dodatku sporty motorowe wiążą się z ogromnymi kosztami. Nie ma porównania ze skokami. Nawet start w amatorskim rajdzie to duży wydatek. Na razie więc rajdy to pomysł na spędzanie wolnych weekendów, ale tylko raz na pół roku, bo więcej czasu nie ma. Jeśli sezon będzie udany, to może po jego zakończeniu znowu w jednym czy dwóch rajdach wystartuję.

A jak pan wspomina pierwszy start?

- To było wspaniałe przeżycie, spełnienie marzeń. To było profesjonalne przedsięwzięcie, z kierowcami z licencją. Sam też ją mam, przygotowałem samochód z zawodowym serwisem, pilotem. Było troszkę mało kilometrów, bo tylko dwa przejazdy pierwszego dnia i dwa drugiego, ale otoczka była profesjonalna. To naprawdę wielkie emocje. Trudno porównać to ze skokami, bo mam je na co dzień.

Może czasu na to będzie teraz więcej, bo w tym roku udało się obronić pracę magisterską. Zamierza pan wzorem Justyny Kowalczyk kontynuować naukę?

- Miałem plan, by zrobić to od razu, ale tuż po obronie w stu procentach skupiłem się na skokach i nie miałem czasu, by do sierpnia "wyrobić się" z terminami. Potrzebny jest promotor, plan badań, więc postanowiłem zrobić sobie rok przerwy. Po sezonie będę miał trochę czasu dla siebie i wtedy pomyślę o przyszłości. Nie składam jednak broni, doktorat cały czas chodzi mi po głowie.

Zostałby pan chyba pierwszym doktorem w polskiej kadrze skoków?

- Warto czasami być pionierem i zapisać się w historii (śmiech).

A na jaki temat pisał pan pracę magisterską?

- Na własnym przykładzie pisałem o przygotowaniach do igrzysk olimpijskich i samym starcie na tej imprezie. Analizowałem wyniki testów skocznościowych sprzed igrzysk i w ich trakcie. Praca jest dość ciekawa nawet dla laika, który nie zna się dobrze na fizjologii i biomechanice.