Złoty dzik na salony europejskiego rugby

Sensacja na stadionie Polonii w Warszawie. Polska reprezentacja rugby zatrzymała w sobotę mołdawską drużynę. Wśród kadrowiczów znalazł się zielonogórzanin Filip ?Złoty? Wielgosz.
Po wygranym 18:14 meczu rozmawiamy z pierwszym w historii reprezentantem Polski w rugby z Zielonej Góry. Jak trafił do elity polskiego rugby? Dokąd zmierza i co czuł zakładając koszulkę z orłem na piersi?

Michał Hałas: Puchar Narodów Europy. Pięć tysięcy gardeł śpiewa hymn narodowy. Na murawie skoncentrowani rugbyści czekają na pierwsze starcie. Wśród nich ty.

Filip Wielgosz: W rugby do odśpiewania hymnu wychodzą wszyscy reprezentanci. Nie tylko ci z podstawowej piętnastki. Czułem wielką dumę i radość. Mogę reprezentować swój kraj z orzełkiem na piersi.

Tuż przed meczem wspólna modlitwa. Wygrajcie w pokoju Chrystusa - błogosławił was kapelan kadry Tyberiusz Kroplewski. Później ognista przemowa trenera.

- Wcześniej była msza, dopiero przed wejściem na murawę ksiądz poprowadził modlitwę. Potem motywował nas trener Więciorek. Byłem gotowy na tę wojnę. Na to, żeby wejść na boisko i zrobić wszystko, żebyśmy wygrali. Takie przemówienie buduje agresję. Ale taką dobrą, sportową. Przed zwycięstwem było wiele odniesień do naszej narodowej tożsamości. Polacy muszą mieć nóż na gardle, żeby się zjednoczyć i zwyciężyć. Wtedy powstajemy ze zgliszczy. Tak było w całej historii i tak samo teraz. W rugby do zwycięstwa potrzebna jest wyjątkowa jedność. Każdy musi wejść w mecz na maksa, gotowy, by nadstawić karku za kolegę. Musimy być, jak mówił trener, jak jedna pięść.

No i udało się, Mołdawia pokonana.

- Byliśmy skazani na pożarcie. Część mołdawskich zawodników występuje na co dzień w topowych europejskich drużynach. Mówiąc szczerze mało kto wierzył w nasz sukces. A jednak. To głównie zasługa naszego młyna, który przeciwstawił się sile przeciwnika. Mówili po meczu, że polska ściana zatrzymała mołdawski walec.

Liczysz na następne powołania i grę w następnych meczach?

- Pewnie że tak. Mówią, że im dłużej rugbysta czeka na swoje wejście, tym dłużej trwa jego kariera.

Przed meczem z reprezentacją poszliście złożyć kwiaty pod ambasadę Francji. Czułeś przygnębienie związane z wydarzeniami w Paryżu?

- Owszem. Wielu zawodników gra na co dzień w lidze francuskiej. Sam byłem w pokoju z kolegą, który mieszka we Francji. Był moment zadumy i strachu, że takie coś może wydarzyć się w Polsce. Łączymy się w bólu z Francuzami i rodzinami poległych. Na stadionie, podczas meczu miała być przygotowana największa oprawa w historii polskiego rugby. Oczywiście z niej zrezygnowano. Zamiast tego po hymnach Mołdawii i Polski popłynęła z głośników Marsylianka.

Jak odnalazłeś się wśród zasłużonych gwiazd naszego rugby?

- Nie było łatwo, ale zawodnicy bardzo dobrze i ciepło mnie przyjęli. Jestem zawodnikiem znikąd. Zielona Góra? - pytają. A tam się gra w rugby? Jasne, że tak. Klub z Zielonej dał mi mnóstwo wiary w siebie i dużo pozytywnej energii. Wiele zawdzięczam chłopakom i trenerowi Watahy Pawłowi Prokopowiczowi. To on przez długi czas rekomendował mnie jako dobrego zawodnika. To do niego zadzwonił menedżer kadry Maciej Brażuk i spytał, czy mogą mnie spróbować. I tak trafiłem na zgrupowanie kadry w Opalenicy.

Z drugoligowej Watahy do ekstraligowego Orkana Sochaczew?

- To było w sierpniu. Ostatni dzień okienka transferowego. Właśnie z Opalenicy zostałem zwerbowany do Orkana. Na moje powołanie złożyło się parę elementów. Jednym z nich był dobry występ w meczu z Lechią Gdańsk. Zdobyłem tam dwa przyłożenia. Trzy pierwsze mecze zagrałem dobrze i zaśpiewałem Mazurka w roli zawodnika, nie widza.

Trzy mecze w ekstralidze i witaj reprezentacjo Polski.

- Nigdy nie myślałem, że pójdę w tym kierunku. A kadra? To było jakieś marzenie. A to że tak się złożyło, to świetnie. Mówiąc szczerze nie spodziewałem się tego powołania. Miałem już kupione bilety na stadion, zarezerwowany nocleg w Warszawie. Chciałem obejrzeć ten mecz na trybunach, z dziewczyną. A tu nagle telefon. Czy przyjadę? No jasne, że przyjadę.

Skąd w królestwie koszykówki i żużla pomysł na rugby?

To ciekawa historia. Jak miałem 14 lat, kolega mi powiedział, że się nadaję. Żebym przyszedł na trening, bo jestem dzik, a w Zielonej Górze formuje się sekcja rugby. Przyszedłem i powiedziałem, że mam 16 lat. Inaczej raczej nie mógłbym z nimi trenować. Po dwóch latach zaczęli wypytywać się, kiedy robię osiemnastkę. A ja im na to, że cały czas mam 16. I się wydało (śmiech ). Oni się starzeli, a ja stałem w miejscu. Później trafiłem do Poznania i grałem jako kadet w tamtejszej Posnanii. Po pierwszym meczu wzięli mnie na zgrupowanie kadry kadetów. Miałem trafić do Poznania na stałe, ale ostatecznie się nie dogadałem z klubem. I tak zostałem w Zielonej Górze. Później jeszcze trzy razy jeździłem na zgrupowania kadry juniorów.

Myślisz, że ktoś z Zielonej Góry pójdzie twoimi śladami i trafi do kadry?

- Mamy wielu perspektywicznych graczy i talentów. Musi jednak się usprawnić cały system szkolenia. Udrożnić droga kariery dla młodego sportowca na szczeblach żak, kadet, junior. Ja miałem szczęście i mogłem grać z seniorami jako młody. Po czterech latach treningów płynnie wszedłem w ligowe rozgrywki. Teraz to wszystko określają przepisy.

Złoty? Skąd ten przydomek?

- Popatrz na moje włosy, tu znajdziesz odpowiedź (uśmiech ).

Rugby to kontaktowy sport. Nie boisz się o zdrowie?

- Kontuzji jest wiele. To taki sport. Jako 16-, 17-latek miałem problemy. Najpierw złamałem nogę, później obojczyk. Nawet mama miała obiekcje (uśmiech ). Teraz też, jak jechałem na kadrę mówiła: "Pamiętaj, że zdrowie jest najważniejsze". No tak, tylko co jeśli trener zawsze powtarza, że trzeba wsadzić głowę tam, gdzie inni boją się włożyć nogę?