Rozwój Katowice - Sandecja Nowy Sącz 2:0. Beniaminek pokazuje klasę. To już trzecie zwycięstwo z rzędu!

Rozwój Katowice potwierdził wysoką formę, pokonując u siebie Sandecję Nowy Sącz. Goście nie tylko zagrali słabe zawody, ale pierwszą bramkę po prostu podarowali beniaminkowi w prezencie.
Rozwój Katowice utrzyma się na zapleczu ekstraklasy? Podyskutuj na Facebooku >>

Jeszcze kilkanaście dni temu atmosfera wokół Rozwoju była fatalna. Beniaminek zamykał tabelę, notował serię czterech porażek z rzędu (w tym trzy do zera), a co drugi internetowy komentarz dało się streścić słowami "pewny spadkowicz". I wtedy przyszło przełamanie, czyli zwycięstwa z Miedzią Legnica i GKS-em Bełchatów. Tak pojawiło się światełko w tunelu. Aby jednak znów nie przygasło, potrzebna była wygrana nad Sandecją.

Przybliżyć się do niej gospodarze mogli w 17. minucie, ale Łukasz Radliński instynktownie sparował mocny strzał Roberta Menzla. Inna sprawa, że chwilę później jeszcze bliżej szczęścia była ekipa z Nowego Sącza - Mateusz Bartków nie trafił z najbliższej odległości, więc wściekł się na siebie w pełni zasłużenie.

Trudno natomiast opisać, jakie uczucia targały w 36. minucie Robertem Kasperczykiem, trenerem gości. Jego piłkarze kazali mu bowiem oglądać akcję, którą katastrofą nazwano by nawet w rozgrywkach juniorów, a co dopiero na tym poziomie! Było tak: Kamil Słaby kopnął piłkę do tyłu, Grzegorz Baran i Radliński się z nią minęli, a Adam Czerkas skierował ją do pustej bramki.

Gra Sandecji niespecjalnie się kleiła, więc już w przerwie Kasperczyk skorzystał z dwóch zmian. Tyle że Arkadiusz Aleksander i Adrian Danek - to oni weszli na boisko - nie zdążyli jeszcze dotknąć piłki, a Rozwój prowadził już 2:0! Wszystko dzięki dokładnej centrze Filipa Kozłowskiego i równie precyzyjnym strzale głową Czerkasa.

W tym momencie Sandecja - nie mając nic do stracenia - postawiła wszystko na ofensywę. W efekcie co jakiś czas pod polem karnym robiło się goręcej (przykładowo, w 62. minucie nieźle uderzył Matej Nather), ale to było za mało. Ba, zdecydowanie lepsze sytuacje mieli ludzie Mirosława Smyły. Tomasz Wróbel i Michał Gałecki definitywnie rozstrzygnąć losów meczu jednak nie potrafili. Choć - jak się okazało - Rozwój obył się bez tego, bo tego dnia przyjezdnych nie było stać nawet na jedno trafienie.

ŚLĄSK.SPORT.PL na Twitterze. Obserwuj już teraz >>