Lech Poznań - Górnik Łęczna 3:1. Maciej Gajos wyrasta na najlepszego strzelca - dwa gole!

Dwa razy Maciej Gajos i raz Karol Linetty - poznański Lech wygrał z Górnikiem Łęczna 3:1. Niech ktoś jednak nie pomyśli, że grał cudownie i łatwo mu to przyszło. W pierwszej połowie miał sporo problemów
Szybko tracone bramki były w tym sezonie zmorą Lecha, od początku ustawiały mu wiele spotkań, i to ustawiały niekorzystnie. Rujnowały psychikę, psuły plany taktyczne, napinały nerwy, potęgowały presję. Tym razem to Kolejorz bardzo szybko strzelił gola - po ledwie trzech minutach Gergo Lovrencsics wrzucił piłkę w pole karne, tam dopadł do niej Maciej Gajos, wyrastający na czołowego teraz strzelca Lecha, piłkarz ewidentnie w gazie. Akcja i gol były tak ładne, że brawo bił nie tylko cały stadion, ale również trener Jan Urban.

Był to najszybciej strzelony przez poznaniaków gol w tym sezonie, stało się to szybciej niż w meczu z FK Sarajevo, w którym Barry Douglas zdobył bramkę w 6. minucie. Wydawać by się zatem mogło, że tym razem nie ma strachu. Lech miał gola, ustawiony mecz i chociaż przystępował do niego jako zespół, dla którego nie przegrać to za mało, nie zdążył zaznać związanej z tym presji. Wszystko się gładko układało. Nic tylko grać dalej, kontrolować mecz i dobić rywala drugim golem.

Nic z tego. Tak dobrze rozpoczęty mecz zaczął się powoli zmieniać w kuriozum, w którym stroną przeważająca był Górnik Łęczna, a nie Lech. Rosła liczba graczy Kolejorza nadających się do natychmiastowej zmiany. Listę otwierali Kebba Ceesay i Łukasz Trałka, za którego faktycznie wszedł na drugą połowę Abdul Aziz Tetteh. Nieprzytomny w grze był Marcin Kamiński, popełniając kolejne błędy. Boczni obrońcy Lecha grali tak, że poznański zespół z obu stron był zupełnie obrany ze skórki. Karol Linetty tracił piłkę, spóźniał się, grał naprawdę źle. Jasmin Burić miał więcej kopnięć w stronę bramki Górnika niż wysunięty na pozycji napastnika Kasper Hämäläinen.

Streszczenie pierwszej połowy wyglądało zatem tak: gol Lecha od razu, po trzech minutach gry i następnie pięć czy sześć naprawdę dobrych okazji Górnika Łęczna, za każdym razem koncertowo zmarnowanych jakimś strzałem obok słupka. Serca kibiców najbardziej zamarły po tym z 21. minuty, gdy po akcji szybkiego i aktywnego Leandro kapitalną okazję miał Tomasz Nowak, a następnie Grzegorz Piesio. Obie zmarnowane.

Kibiców na mecz przyszło dość sporo (23 197 osób, czyli więcej niż na czwartkowy mecz pucharowy z Fiorentiną), głównie za sprawą akcji wśród gimnazjalistów, których na tym meczu zjawiło się 10 tysięcy, wraz z flagami typu "Fanatycy gimnazjum Kórnik". Dzieci dostały pierwszą lekcję dopingu, jak również cierpliwości i wytrzymałości nerwowej, jaką trzeba mieć, by oglądać mecze Lecha bez szkody na zdrowiu.

Górnik Łęczna stanowił wielkopolski przyczółek na kresach. Poza trenerem Jurijem Szatałowem, związanym z Wielkopolską, byłym trenerem Warty Poznań czy Amiki Wronki, mieliśmy tu sporo "starych znajomych" takich jak Radosław Pruchnik, Bartosz Śpiączka, Grzegorz Piesio (kiedyś był zawodnikiem Lecha), Paweł Sasin, Przemysław Pitry itd. Po pierwszej połowie, choć przegrywał, mógł przy takiej grze Kolejorza myśleć co najmniej o wyrównaniu, co bardzo pokrzyżowałoby plany rozpaczliwie potrzebującego punktów Lecha. To dlatego za Łukasza Trałkę wszedł Abdul Aziz Tetteh, by ta gra w środku pola nabrała trochę jakości. Lech jednak nadal grał zatrważająco.

W 55. minucie słabiutki Kebba Ceesay (a jeszcze niedawno tak dobrze grał!) wybił piłkę w aut w prostej sytuacji i wtedy i on, i dzieci z gimnazjum przekonali się, co to znaczy gwizdy 23 tysięcy osób. Siłę westchnienia, za którym idą przekleństwa, poznały chwilę potem, gdy Karol Linetty wyprowadził szybką kontrę, Szymon Pawłowski nie wiedział, co począć z zagraną mu piłką w obliczu kilku obrońców Górnika, a Gergo Lovrencsics bezpańsko wybitą poza pole karne piłkę kopnął tuż obok zbaraniałego bramkarza Silvio Rodicia, ale i zarazem słupka.

Taki to był mecz, na zdenerwowanie się zaraz po niedzielnym obiedzie.

Po godzinie gry za drugą żółta kartkę wyleciał z boiska Radosław Pruchnik. Trener Jan Urban wpuścił na boisko Denisa Thomallę i kibice Lecha byli już spokojni o zwycięstwo.

Dwadzieścia minut przed końcem Karol Linetty i Maciej Gajos jak dwa krosna utkali taką akcję Lecha, że wynagrodziło to sporo straconych w tym meczu nerwów. Gajos - T-34 poznańskiego Lecha - strzelił z ostrego kąta, piłka nie tyle wpadła, co wtoczyła się do bramki. To była jedna z ładniejszych akcji Lecha od czasów przedkryzysowych, dzięki której rzeczywiście cały czas wisząca na włosku wygrana nabrała realnych kształtów.

W 81. minucie padł trzeci i najdziwniejszy gol. Najpierw Dariusz Formella z Denisem Thomallą prawie się pozabijali pod bramką, próbując wbić piłkę do siatki w bilardowym chaosie w polu karnym. Nie dali rady, ale piłka wróciła kopnięta przez Kebbę Ceesaya. Zastał ją Karol Linetty przy słupku bramki Górnika i wepchnął do siatki na 3:0. Na minutę przed końcem Lech nadział się na kontrę, ekspresowy pościg Karola Linettego za rywalem po stracie piłki na niewiele się zdał i Leandro strzelił dla Górnika honorowego gola.