Dr Piotr Chomicki-Bindas leczy nogi biegaczom, a ci podczas biegu pokazują mu plecy

- Jest mnóstwo weekendowych wojowników, którzy wstają zza biurka i bez przygotowania, bo przecież kiedyś uprawiali sport, ciężsi o 20 kg, rzucają się do pokonywania kilometrów. Z drugiej strony cieszy mnie boom na bieganie - zapewnia Piotr Chomicki-Bindas, ortopeda i biegacz-amator, który ma na koncie trzy starty w Cracovia Maratonie.
Rozmowa z lek. Piotrem Chomickim-Bindasem*

Andrzej Klemba: Zapanowała wielka moda na bieganie. Ale jak trochę znam Polaków, robimy to na "Huraaa!". Ma pan pełne ręce roboty z biegaczami?

Piotr Chomicki-Bindas: Mam dość pracy, nie czekam tylko na biegaczy w gabinecie. Choć jak startuję w biegach, to koledzy się śmieją: "Zobacz, ilu potencjalnych pacjentów". Dla mnie największą satysfakcją jest, gdy spotykam pacjenta na starcie, a potem widzę, gdy mnie wyprzedza. Wtedy wiem, że udało się go naprawić. Moda na bieganie czy na jakąkolwiek aktywność jest jak najbardziej godna pochwały. Sprawdzałem statystyki i np. w maratonie w Warszawie w przeciągu 10 lat liczba startujących powiększyła się blisko 15 razy. Więc rzeczywiście boom na bieganie jest gigantyczny.

Domyślam się, że zdarzają się tacy, którzy biorą maraton z marszu.

- Na szczęście rzadko, ale wtedy rzeczywiście często spotykamy ich w gabinetach lekarskich. Popełniają podstawowe grzechy amatorów, którzy rozpoczynają lub wracają po latach do uprawiania sportu. Chcą zbyt dużo zrobić w zbyt krótkim czasie. Ktoś, kto wstanie zza biurka i postanowi, że w sobotę przebiegnie 25 km, nic nie zyska poza tym, że prawdopodobnie przez tydzień nie będzie mógł się ruszać. Jest wiele forów internetowych czy poradników, jak bezpiecznie zacząć bieganie. Trzeba zaczynać małymi porcjami. Wzrost tygodniowy obciążeń treningowych to maksymalnie 10 proc. Należy dać sobie czas, bo przygoda z bieganiem jest na całe życie. Wielu 60- czy 70-letnich biegaczy, do których zresztą mam ogromny szacunek, potrafi biec szybciej niż 40-latkowie. Na to jednak trzeba pracować latami. By samochód przez wiele lat nam służył, trzeba go serwisować. Tak samo jest z ludzkim ciałem. Gdy w aucie zaczyna coś stukać, to zwykle jedziemy do mechanika. A gdy coś zaczyna odzywać się w naszym ciele, to często myślimy: "a, może przejdzie". I rzeczywiście część problemów przechodzi, ale część się nawarstwia.

Od czego więc zacząć?

- Lekarz rodzinny powinien być pierwszym kontaktem przed rozpoczęciem biegania, jeśli cierpimy na przewlekłe schorzenia, ale warto też skonsultować się z rehabilitantem, który oceni sylwetkę, pracę poszczególnych partii ciała. Gdy ktoś miał poważniejsze kontuzje lub złamania, powinien zasięgnąć rady ortopedy. Poza tym gdy mówimy o bieganiu, pamiętajmy, że urazy nie dotyczą tylko nóg, rusza się całe ciało, m.in. kręgosłup jest mocno obciążany. To właśnie fizjoterapeuta najszybciej oceni np. podczas badania na bieżni, z czym możemy mieć problemy, wszystkie asymetrie naszego ciała mogą nam sprawiać problemy w bieganiu. To tak, jakby mieć krzywo przykręcone koło w samochodzie - z pracy do domu dojedziemy, ale na dłuższej trasie, np. na wakacje, bardzo możliwe, że będziemy po drodze zbierać części podwozia.

A po wizycie u lekarza?

- Cieszę się, że ludzie biegają, bo być może dzięki temu będą rzadziej cierpieć na inne schorzenia, będzie mniej cukrzycy, zawałów serca czy problemów z krążeniem. Nie zaczynajmy jednak od razu od 10 km, ale od 1, 2, 3 km truchtu połączonego z marszem. Na początek rozgrzewka, potem delikatnie się rozciągnąć i wtedy dopiero właściwy trening. A po nim jeszcze 10 minut na staranne rozciąganie. Jeśli tak zrobimy, to reakcja mięśni i organizmu będzie dużo lepsza. Niech bieganie sprawia przyjemność. Musi być też czas na odpoczynek. Nie wolno nam kumulować treningów. Cóż zyska amator, gdy będzie biegać codziennie. Nie dogoni tych, którzy trenują od pięciu lat. A jeżeli będzie codziennie obciążał stawy, to nie zdążą się regenerować. Poza tym trening to jest trening, a nie zawody. Wtedy z nikim się nie ścigamy, a masa biegaczy właśnie to robi, niepotrzebnie przeciąża tkanki. Jeśli podejdziemy do sportu z rozsądkiem, to zrobienie kółka na Błoniach, które na początku wydawało się nie lada wyczynem, będzie ledwie rozgrzewką, po której pobiegniemy na kopiec Kościuszki.

Nie brakuje grup biegowych, dobrych trenerów, którzy prowadzą otwarte zajęcia. Mam pacjentów, którzy z tego skorzystali i bardzo to sobie chwalą. Trener nadzoruje proces rozwoju biegacza i jest w stanie wyłapać nieprawidłowości, w tym także odesłać na konsultacje do specjalisty, by potem móc bezpiecznie wrócić do biegania.

Gdy boli, przychodzimy do lekarza czy udajemy, że nic się nie stało?

- Wielu biegaczy niestety próbuje przechodzić kontuzje i pojawiają się u mnie dopiero, gdy po kilku tygodniach lub miesiącach przerwy w aktywności problem nie mija. Jeżeli jesteśmy po ciężkim treningu czy starcie, w którym daliśmy z siebie wszystko, to będą bolały mięśnie czy stawy. Kiedy po kilku dniach odpoczynku i regeneracji to nie mija, kolano dalej boli, człowiek dalej utyka, jest to sygnał, że coś jest nie tak. Warto wtedy sprawdzić, czy coś poważniejszego się nie stało. Trzeba też pamiętać o tym, że część problemów potrafi przejść w fazę utajoną, co nie znaczy, że jesteśmy zdrowi. Choroba postępuje, ale organizm wcale nie musi tego sygnalizować. Część tkanek, którymi zajmuje się ortopedia, nie jest unerwiona i nie czujemy, że się psują. Poczujemy dopiero wtedy, gdy może być za późno. To może być nawet koniec z jakąkolwiek aktywnością sportową.

Mam wrażenie, że panowie do typowych męskich obowiązków, czyli zasadzić drzewo, spłodzić syna, postawić dom, dołożyli przebiec maraton. Nie na siłę?

- Ostatnie lata pokazały, że bezkrytycznie podchodzimy do własnych sił. Zdarzyły się wypadki śmiertelne, czego wcześniej nie było, bo wtedy biegali ci, którzy faktycznie byli przygotowani. Dzisiaj wystarczy tylko oświadczenie uczestnika maratonu o tym, że nie widzi przeciwwskazań do startu, ale taka osoba powinna dwa razy się zastanowić i pójść choćby do lekarza rodzinnego, by zrobić EKG, oznaczyć podstawowe parametry z krwi. Kilka kropli oddanych w laboratorium nikogo nie osłabi, a można dzięki temu wykluczyć poważne nieprawidłowości.

Najgorsze jak trafimy w internecie na "cudowny" przepis, jak przebiec maraton po dwóch miesiącach treningu. Jak uczy historia, po 42 km i 195 m można nie przeżyć. Pierwszemu zawodnikowi się to przecież nie udało. Poza tym nie trzeba się od razu porywać na taki bieg, są krótsze dystanse - 5 km czy 10 km, które też dają wiele satysfakcji. Nawet półmaraton w miarę dobrzy przygotowany fizycznie człowiek jest w stanie pokonać w około dwie godziny, ryzykując mniej niż przy dwa razy dłuższym dystansie.

Kto jest najbardziej narażony na kontuzje?

- Są dwie grupy zawodników. Po pierwsze, debiutanci. W ich przypadku na początku wydolność będzie poprawiała się bardzo szybko, w czym nic dziwnego, skoro wcześniej nic nie robili. Na fali euforii zaczynają dokładać sobie coraz więcej i przesadzają. I często zdarza się, że po dwóch, trzech miesiącach pojawia się uraz. Jeśli go zlekceważą, przyplącze się druga, trzecia kontuzja lub wejdzie w stan przewlekły, który czasem kończy się na stole operacyjnym.

Druga grupa to ci, którzy owszem - mają doświadczenie, ale po prostu pojawia się zmęczenie materiału. Według badań taka granica to ok. 65 km pokonywanych tygodniowo w treningu. Jeśli ją się przekracza, ryzyko kontuzji rośnie 2-3 razy. 40-50 km tygodniowo wystarczy, by przygotować się do maratonu, tylko trzeba trenować systematycznie i jakościowo. Jeśli potrzebujemy więcej, trzeba znacznie dokładniej zadbać o organizm, wtedy da radę.

Na szczęście matka natura jest najdoskonalszym inżynierem. Nasze ciało ma systemy smarowania, stabilizacji, amortyzacji czy regeneracji. Tego nie ma żaden sztuczny mechanizm. Rzesza moich pacjentów przychodzi po to, bym wychwycił nieprawidłowości i wskazał, jak rehabilitować. Wiele problemów można rozwiązać bez skalpela, laserów czy naświetleń, a poprzez rzetelne ćwiczenia.

Jak patrzę na niektórych maratończyków, to na metę wpadają ledwie żywi. Czy to nie jest ekstremalne krzywdzenie ciała?

- Jeśli chodzi o moich pacjentów, to staram im się powiedzieć, czy w odniesieniu do wyników mojego badania mogą maraton bezpiecznie pobiec. Sam mam trzy na koncie i chwilami rzeczywiście zastanawiałem się, po co to robię, ale satysfakcja na mecie, że go ukończyłem i jeszcze poprawiłem wynik, jest ogromna. I na pewno w przyszłym roku pobiegnę kolejny maraton, oczywiście w Krakowie.

Nie jest to jednak dystans dla każdego. Oczywiście bariera 18 lat jest wskazana, ale warto by przeprowadzić akcję zachęcającą do odwiedzania lekarza rodzinnego czy kardiologa, może ortopedy i na pewno fizjoterapeuty. Wracam do porównania z autem - gdy jedzie się w daleką podróż, to warto sprawdzić je przed wyjazdem, by po drodze nie szukać serwisu. Tak samo z naszym ciałem. Zacznijmy od bilansu otwarcia i ewentualnego naprawiania problemów, zanim ruszymy na ścieżki biegowe. Maraton można zrobić za rok, za dwa, niekoniecznie od razu, a jeśli są przeciwwskazania, poszukać czegoś innego, co też sprawi przyjemność.

A pan jak zaczął bieganie?

- Pacjenci biegacze mnie zainspirowali. Zobaczyłem błysk w ich oczach i pomyślałem, że spróbuję. Od przyjaciela, którego leczyłem, dostałem jego medal z pierwszego ukończonego maratonu. Zacząłem od Błoń i przebiegnięcie wokół równym tempem było dla mnie problemem. Miałem zadyszkę i pomyślałem, że przecież to jeszcze nie ten wiek.

Gdzie pan biega?

- Ostatnio głównie pod Krakowem, co wcale nie jest lepsze, bo wiem, czym palą w piecach w dzień, a czym w nocy. W Krakowie biegałem tam, gdzie wszyscy - Błonia, bulwary, Lasek Wolski.

W Cracovia Maratonie biegał pan po jednej pętli i po dwie. Co pan woli?

- Zdecydowanie jedną pętlę. Dwie są zabójcze dla mojego mózgu - jeżeli głowa widzi, że musi zrobić drugi raz to samo, to jest to dla mnie wyjątkowo niekomfortowe. Może trzeba mocniej wykorzystać Bulwary Wiślane albo pobiec aż do Kolnej i z powrotem.

Można nacieszyć się widokami?

- Tylko na początku, potem słucha się tylko własnego ciała, oddechu, tętna. Mam problem nawet z wypatrywaniem znajomych wśród kibiców, więc oglądanie zabytków w moim przypadku nie wchodzi w grę.

* Dr Piotr Chomicki-Bindas jest specjalistą ortopedą zajmującym się leczeniem schorzeń kończyny dolnej oraz urazami sportowymi. Ściśle współpracuje ze szpitalem Ortopedicum. M.in. był lekarzem reprezentacji Polskiego Związku Pływackiego w latach 2005-2007. Wykładowca i nauczyciel technik miniinwazyjnych w chirurgii stopy. Biegacz amator.