Liga Europejska. Lech Poznań dotarł do Florencji z ogromnym poślizgiem!

Nigdy w historii Lechowi Poznań nie przydarzyło się coś takiego! Mistrzowie Polski dotarli do Florencji w środę w nocy, z jedenastogodzinnym opóźnieniem. Oczywiście musieli zapomnieć o treningu na stadionie Fiorentiny, na którym w czwartek zagrają mecz w trzeciej kolejce Ligi Europejskiej.
W środku nocy z 4 na 5 października 1990 roku nagły telefon obudził w Atenach zaspanego Mirosława Okońskiego. - Pomocy - usłyszał w słuchawce głos kierownika Lecha Poznań. - Samolot się zepsuł. Utknęliśmy na lotnisku, nie możemy się wydostać z Grecji. A ty grasz w AEK Ateny, masz kontakty w Grecji... Zrób coś! Potrzebujemy nowego samolotu!

To wtedy, ćwierć wieku temu, miał miejsce najgłośniejszy dotąd przypadek problemów "Kolejorza" z samolotem przy okazji europejskich pucharów. Wtedy nie mógł się wydostać z Aten po zwycięskim, wspaniałym meczu z Panathinaikosem, dzięki któremu obronił zaliczkę 3:0 z Poznania i wyeliminował rywali z pucharów.

Środowe wydarzenia z wyprawy na mecz z Fiorentiną we Florencji całkowicie przyćmiły historię z Aten. Tym razem Lech miał ogromne problemy z wylotem na spotkanie. Doprowadziły one do tego, że zespół wyjdzie na mecz Ligi Europejskiej z Fiorentiną bez treningu na jej stadionie.

To odstępstwo od rytuału, który powoduje, że gospodarz usuwa się gościowi ze swego stadionu, sam często trenuje na jakiejś bocznej płycie, by głównej nie zadeptać jednego dnia dwoma obciążającymi zajęciami. Gość ma do tego prawo, by na najczęściej nieznanym mu dotąd obiekcie nie grać tak ważnego meczu w ciemno.

Lech Poznań z tego prawa nie skorzysta, bowiem nie dotarł na czas do Florencji.

Wylot słoweńskiego samolotu czarterowego, który miał go zawieźć z Poznania do Włoch, zaplanowano w środę na godz. 10.30. Maszyna nie dotarła jednak na Ławicę ani wtedy, ani dwie, trzy, pięć godzin później. Nie dotarła w ogóle. Uziemiły ją w Lublanie kłopoty techniczne. Zespół Lecha miała już uszykowane bagaże, wśród których były nie tylko rzeczy osobiste, piłkarskie stroje, sprzęt sportowy, medykamenty, ale nawet prowiant, na który czekał na miejscu kucharz Kolejorza Artur Dzierzbicki. Specjalnie poleciał dzień wcześniej rejsowym samolotem, by na miejscu przygotować wszystko, co potrzebne do przyrządzenia odpowiednich przed takim meczem posiłków. Tak aby niczego nie zaniedbać.

Nadszedł wieczór i nie było widać ani prowiantu, ani zespołu Lecha.

Fiorentina przeprowadziła w tym czasie na bocznym boisku swój trening, trener włoskiej drużyny Paulo Sousa odbył z dziennikarzami konferencję prasową, zostawiając Viola Lounge (salon prasowy Fiorentiny) do dyspozycji Polaków. Stała pusta przez kolejne godziny. Gdy się już ściemniło, przyszedł włoski technik, by rozmontować nagłośnienie sali. To był znak, że ani treningu, ani konferencji na stadionie Artemio Franchiego we Florencji już nie będzie. Lech na czas nie dotrze i wszystko trzeba odwołać.

Poznaniacy czekali wówczas w siedzibie klubu przy Bułgarskiej na jakieś wieści o godzinie wylotu. Te nie nadchodziły. Przeprowadzili popołudniowy trening na swoim obiekcie i nadal nie wiedzieli, o której lecą. Ze świadomością, że jeśli nie dotrą, UEFA ukarze ich walkowerem. Wreszcie dowiedzieli się, że o godz. 21.30 zabierze ich inny samolot - ściągnięty specjalnie z Paryża rumuński Fokker 100 linii Carpatair.

We Włoszech wylądowali po półtoragodzinnym locie. Mogli jedynie pójść spać i następnego dnia rozegrać mecz Ligi Europejskiej z wiceliderem Serie A. Zagrają bez zapoznania się ze stadionem, murawą, bez zaplanowanych posiłków. Zupełnie na żywioł. Początek o godz. 19.