Liga Europejska. Lech Poznań może zaskoczyć Fiorentinę. Jak? "Zagrać tak, jak z Juventusem Turyn"

W środę piłkarze Lecha Poznań wylecą na mecz z Fiorentiną w Lidze Europejskiej. - To będzie dla Lecha trudniejsze spotkanie niż to z Juventusem Turyn w 2010 roku - mówi ekspert ligi włoskiej, Maciej Zieliński.
Czwartkowy mecz z Fiorentiną to dla Lecha Poznań tak naprawdę ostatnia okazja na to, by zachować szanse na wyjście z grupy w Lidze Europejskiej. Tylko że w dwóch dotychczasowych spotkaniach mistrz Polski nie strzelił nawet gola, a jego największym zmartwieniem stało się ostatnie miejsce w ekstraklasie. Czy w tej sytuacji Kolejorz w rywalizacji z liderem Serie A będzie w stanie nawiązać do swoich najlepszych osiągnięć?

ROZMOWA Z

MACIEJEM ZIELIŃSKIM

menedżerem piłkarskim, ekspertem ligi włoskiej, synem byłego trenera Lecha Poznań, Jacka Zielińskiego

Hanna Urbaniak: Co pan robił pięć lat temu, gdy Lech Poznań prowadzony przez pana ojca remisował z Juventusem Turyn 3:3 na inaugurację fazy grupowej Ligi Europejskiej?

Maciej Zieliński: Oglądałem mecz w domu.

Dla kibiców w Poznaniu ten wynik był ogromnym zaskoczeniem. A pan się tego spodziewał? Czy tak jak wszyscy starał się wybić z głowy swojemu tacie, że ma jakiekolwiek szanse na punkty w tym spotkaniu?

- Nie, raczej nie. Trochę mu nawet pomagałem, muszę przyznać. Nie powiem, że zrobiłem analizę przeciwnika, aż tak to nie. Ale starałem się przekazać swoje wskazówki i spostrzeżenia odnośnie sposobu gry Juventusu, gdzie szukać ewentualnie słabszych punktów. Wynikiem nie byłem tak zaskoczony, co samym przebiegiem spotkania, bo przecież Lech prowadził już w Turynie 2:0. Tak, to było coś.

Czy Lech w starciu z Fiorentiną ma w ogóle szanse powtórzyć ten wyczyn, biorąc pod uwagę, że jednak jego największym problemem jest teraz to, jak odbić się od dna tabeli ekstraklasy?

- Nikomu nie można odbierać szans, ale teraz Lech będzie miał z pewnością trudniej. Wtedy, gdy rywalizował z Juventusem, to drużyny z ligi włoskiej nie traktowały Ligi Europejskiej całkiem serio. Teraz się to zmieniło, bo dla klubów z Serie A europejskiej puchary są w zasadzie jedyną okazją, by spróbować gonić mocniejsze ligi: angielską czy niemiecką. We Włoszech nie mają takich budżetów, stadionów, zainteresowania mediów, więc w ten sposób starają się ściągać uwagę kibiców w Europie.

Jak Włosi odbierają tak świetne rozpoczęcie sezonu przez Fiorentinę?

- Na pewno forma Fiorentiny jest pozytywnym zaskoczeniem w tym sezonie, bo głównym faworytem dla wszystkich był Juventus. Ale Fiorentina zawsze była w czołówce. Teraz jest we Włoszech bardzo chwalona, głównie za organizację gry, która imponuje wielu fachowcom. Często porównuje się ją do zeszłego sezonu, gdy zespół z Florencji grał może ładniejszą piłkę dla oka, ale za to dużo bardziej chaotyczną, czasami wynikającą z przypadku i przez to nie taką efektywną. Teraz piłkarze ustawiają się bliżej własnej bramki, przez co szybciej i sprawniej wyprowadzają niebezpieczne kontry. Mimo że przecież ta drużyna właściwie za bardzo się nie zmieniła, bo nie zrobiono latem jakichś wielkich transferów. Wymieniono za to trenera na Paolo Sousę i okazało się to chyba dobrym ruchem. Portugalczyk sprawił, że zespół jest bardziej zorganizowany i przez to trudniejszy do pokonania. No i jest liderem Serie A, a też coraz częściej mówi się w kontekście Fiorentiny o mistrzostwie Włoch. Także na pewno będzie to dla Lecha trudniejszy zespół do ugryzienia niż był nim pięć lat temu Juventus.

Szansą Lecha może być chyba tylko terminarz meczów Fiorentiny. Dopiero co przegrała z Napoli 1:2, a po meczu z Lechem czeka ją starcie z Romą, w którym ewentualna porażka spowoduje, że straci prowadzenie w tabeli.

- Tak, to na pewno jest szansa dla Lecha. Ciężko nawet przewidzieć, jakim składem Fiorentina zagra przeciwko Lechowi, bo myślę, że trener Sousa dokona trzech, czterech zmian w wyjściowym składzie. Na pewno Fiorentina nie odpuści ligi. Serie A jest dla niej teraz priorytetem, tym bardziej że nie trafiła do jakiejś grupy śmierci w Lidze Europejskiej. Co prawda przegrała ten pierwszy mecz z FC Basel, więc spotkanie z Lechem też potraktuje poważnie. Ewentualna wygrana z Lechem bardzo przybliży ich do awansu, a z tym nikt w klubie nie będzie chciał zwlekać do ostatniej kolejki.

Fiorentina jest faworytem, ale Lecha nie można skreślać. Zmienił się trener, Włosi pewnie do końca nie wiedzą, czego się spodziewać. Jeśli miałbym coś podpowiedzieć, to Kolejorz powinien próbować zaskoczyć Fiorentinę szybko strzeloną bramką, tak jak to było właśnie we wspomnianym meczu w Turynie. Nie trzymać się kurczowo defensywy, tylko spróbować szybko "ukąsić" rywala. Bo jeśli długo będzie się utrzymywał wynik bezbramkowy albo co gorsza Lech pierwszy straci bramkę, to szanse na punkty w tym meczu faktycznie staną się już raczej iluzoryczne.

Dlaczego liga włoska jest tak niedoceniana? Jeśli mówi się o transferze polskiego zawodnika na Zachód, to rzadko doradza mu się kierunek włoski. A przecież są tam wielkie kluby, które potrafią świetnie promować piłkarzy.

- Liga włoska jest niestety kiepsko opakowana. Poza dwoma wyjątkami kluby grają na starych stadionach. To powoduje, że przeciętny mecz w lidze angielskiej, czy niemieckiej, który rozegrany jest na nowym, ładnym obiekcie zawsze będzie lepiej odbierany niż przeciętny mecz w lidze włoskiej. Kibice, którzy interesują się ligą włoską, są to głównie fani z lat 90. Nowe pokolenie kibiców we Włoszech bardziej interesuje się ligą angielską, niemiecką, czy hiszpańską. To z kolei przekłada się na kiepską frekwencję, sprzedaż koszulek i ogólnie merchandising. W dodatku kibice zdają sobie sprawę, że taki sukces jak Juventusu, który awansował w zeszłym sezonie do finału Ligi Mistrzów, zdarzył się raz i pewnie długo się nie powtórzy. Poza tym poziom sportowy jest odzwierciedleniem poziomu gospodarki. Angielska czy niemiecka gospodarka jest dużo silniejsza od włoskiej. Efekt jest taki, że często kibice we Włoszech nie chodzą na stadiony, bo ich po prostu nie stać na to, żeby wydać kilkadziesiąt euro na bilet na mecz.

Jeszcze kilka lat temu sporo było transferów polskich zawodników do Włoch, m.in. Glika, Salamona, Zielińskiego, Wszołka, Wolskiego. A teraz jest w zasadzie Glik i długo nic. Może taki Karol Linetty zamiast mało atrakcyjny Club Brugge lub zespół z Anglii, gdzie ciężko się przebić, powinien wybrać do ogrania się i wypromowania właśnie klub w Serie A?

- To nie tak. Liga włoska jest ciekawym kierunkiem, ale transfer zawodnika do danej ligi zależy bardziej od tego, czy klub, który go chce, ma na tego piłkarza dobry projekt. Robert Lewandowski miał ofertę z AC Milan [latem 2012 roku miał zastąpić Zlatana Ibrahimovicia odchodzącego do PSG - przyp. red.]. Trudno mi powiedzieć, czy Karol Linetty poradziłby sobie w lidze włoskiej, bo to zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tego, że piłkarz musi być przygotowany na taki wyjazd, bo sam zawodnik zawsze będzie się rwał za granicę. Na pewno jest to cały czas dobra liga, z której można się wypromować do największych klubów w Europie.