Sport.pl

Grzegorz Szymański: jestem "leśnym dziadkiem", ale...

- Po dwudziestu latach gry nauczyłem się spokoju na boisku. Chcę go przekazać młodszym kolegom, wiem jak pozytywnie działa to na zespół - mówi nowy atakujący Effectora Kielce Grzegorz Szymański.
Paweł Matys: Przychodzi Pan do Effectora, ale na debiut trzeba będzie poczekać.

Grzegorz Szymański: W lutym tego roku miałem naderwanie mięśnia w barku. Zostało dwa i pół miesiąca do końca sezonu, więc wolałem już nie grać i porządnie wyleczyć uraz. W poniedziałek byłem na badaniach u fizjoterapeuty Vive, dostałem zastrzyk, teraz czekają mnie cztery tygodnie rehabilitacji i prognozy lekarzy są takie, że powinno być dobrze.

Za miesiąc wróci Pan do gry?

- To jest trochę gdybanie, przewidziany okres. Tak zakładamy, ale wiele zależy od organizmu. Równie dobrze mogą to być dwa tygodnie. Zobaczymy. Ja jedynie nie chciałbym, by skończyło się tak, że uraz wyeliminowałby mnie całkiem z grania. Nie wyobrażam sobie, by tak było. Po zakończeniu ubiegłego sezonu nie miałem możliwości trenować, więc nie wiem, czy będę czuł ból. Byłem u dwóch specjalistów od urazów barków i obaj powiedzieli, że nie czeka mnie długa przerwa. Pojawiły się już myśli o zakończeniu kariery, ale dostałem zielone światło.

Pana dotychczas najlepszy sezon w karierze to...

- Ojej, trudne pytanie. Powiem szczerze, że pierwszy sezon w Olsztynie miałem bardzo dobry. Nie spodziewałem się, że w wieku 35 lat można zagrać w sezonie tyle bardzo dobrych spotkań i utrzymać wysoką formę. A to jest najważniejsze. Bo zagrać jeden mecz na rundę, czy na sezon, to każdemu się zdarzy. Dlatego bardzo się zdenerwowałem, jak złapałem tą kontuzję.

Co chciałby Pan dać drużynie Effectora ?

- To młody zespół, więc chciałbym wspomóc go swoim ligowym doświadczeniem. Nie tylko na boisku, ale również poza nim. Będę do tego dążył. Zobaczymy ile mi zostało jeszcze energii. Dam z siebie wszystko, by w Kielcach pokazać się z jak najlepszej strony. Jestem "leśnym dziadkiem", ale myślę, że swoim spokojem zmobilizuję chłopców do dobrej, efektownej gry.

Wiem jak to wygląda z tą młodością, bo przecież sam byłem dwudziestoparolatkiem. Pamiętam, jak wtedy trzęsą się ręce i nogi. Teraz po dwudziestu latach gry wiem doskonale, jak starsza osoba wprowadzająca spokój pozytywnie odziałowuje na cały zespół. Nauczyłem się tego spokoju. Mam nadzieje, ze tylko zdrowie dopisze.

Jak może wyglądać Pana rywalizacja ze Sławomirem Jungiewiczem ?

- Zobaczymy. Sławek może prezentować się ode mnie dwa, trzy razy lepiej ode mnie i nie będę miał nic do powiedzenia. Nie ma co zakładać, wszystko wyjdzie w praniu. Chciałbym pomóc tej drużynie, to młody zespół, nie byłem na żadnym treningu, ale wszyscy chwalą, że to fajna ekipa z paroma perełkami na rozegraniu, przyjęciu no i Mateuszem Bieńkiem. Spory progres robi też Adrian Buchowski. Jeśli to wypali, to sezon może być bardzo ciekawy.

Sławek Jungiewicz jest bardzo skoczny, ma lepsze warunki fizyczne. Ja mam większe doświadczenie, może nieco lepszą technikę. Sławek w końcówce wyjdzie i skończy najważniejszą piłkę, bo ma do tego predyspozycję. Nasza rywalizacja zapowiada się bardzo fajnie, może obu nam wyjść tylko na dobre.

Wraca Pan po wielu latach na ziemię świętokrzyską. Planuje Pan na dłużej związać się z Kielcami ?

- Nie, nie. Bardzo się cieszę, że dogadałem się z prezesem. Miałem ofertę z Jastrzębskiego, trenowałem tam dwa tygodnie. Miałem mieć dłuższy okres, by się zrehabilitować. Jest tez młody atakujący Muzaj, który też ma kontuzję i były dwie wątpliwości. On miał podpisany kontrakt, więc "odstrzelono" mnie. W mediach ukazało się, że trenuje w Jastrzębskim, więc nie miałem żadnych ofert. Musiałem sobie radzić sam. Znam Jacka Sęka nie od dziś i jak pojawiła się informacja, że Effector szuka atakującego, to szybko się dogadaliśmy.

Na co stać będzie w tym sezonie Effector?

- Po sparingach widać, że gra wygląda dobrze. A każde zwycięstwo buduje zespół. Wiadomo, że można wygrać w sparingu z Resovią 3:1, ale potem się okazuje, że Ignaczak grał na ataku, a na środku Kowal. Sparingi wszystkiego nie odzwierciedlają, ale jestem dobrej myśli. W drużynie jest chemia, więc trzeba tchnąć starszego ducha (śmiech), takiego jak ja i będzie dobrze.

Więcej o: