BKS Stal Bielsko-Biała. Rafał Górak: Wielu trenerów wysyła do BKS-u swoje CV. Wiem, bo przeglądam skrzynkę [WYWIAD]

- Dla mnie konkretna oferta z wyższej ligi to taka, nad którą człowiek nawet się nie zastanawia, tylko od razu ją przyjmuje. Ja tymczasem miałem wątpliwości. Te propozycje były jakieś takie... słabe. A ja lubię ludzi konkretnych. To dlatego tak szybko dogadałem się z BKS-em - mówi Rafał Górak, trener BKS-u Stal Bielsko-Biała.
Jesteś kibicem z Bielska-Białej? Dołącz do nas na Fejsie! >>

Trenerem jest jeszcze młodym - ma dopiero 42 lata - choć w futbolu przeżył już więcej niż niejeden kolega po fachu, któremu stuknęła pięćdziesiątka. Przede wszystkim dzięki Ruchowi Radzionków i GKS-owi Katowice. W "Cidrach" przebył drogę z pierwszej do czwartej ligi, mając do pomocy takie nazwiska jak Adam Kompała, Jacek Wiśniewski i Piotr Gierczak. To jednak również w Radzionkowie na własnej skórze przekonał się, co znaczy hasło "piłkarska bieda". Zresztą, odszedł na niedługo przed upadkiem klubu. W Katowicach obiecywano mu - jak sam podkreśla - zupełnie inne warunki, ale... - Pieniędzy nie było wcale. Nie niewiele, tylko wcale! - mówi. Paradoksalnie, pewną stabilizację odnalazł dopiero w trzecioligowym BKS-ie Stal Bielsko-Biała. Choć trudno, by kogoś, kto był w tej nieco "większej" piłce, nie ciągnęło z powrotem...

Kamil Kwaśniewski: W grudniu stukną pana dwa lata w trzeciej lidze. Długo, a jak na trenera, który wcześniej pracował na zapleczu ekstraklasy - wręcz za długo.

Rafał Górak: Zgadzam się z tym, że to długo. Tego, że za długo, już jednak nie powiem. Z dwóch powodów. Po pierwsze, życie nauczyło mnie pokory. Po drugie natomiast, trafiłem na klub, który pod pewnymi względami jest bardziej profesjonalny niż te z pierwszej ligi.

Na przykład?

- W BKS-ie realnie ocenia się swoje możliwości. Nie ma mowy o tym, by działacze obiecali gruszki na wierzbie, a potem musieli się zastanawiać, jak związać koniec z końcem. Czyli zupełnie inaczej niż w GKS-ie Katowice, gdzie za moich czasów pieniędzy nie było wcale. Nie niewiele, tylko wcale! Obiecywano, że za chwilę się pojawią, a potem - choć obietnice okazywały się bez pokrycia - oczekiwano samych zwycięstw. Początkowo nawet kibice nie do końca byli świadomi sytuacji, stąd to słynne hasło "ekstraklasa albo śmierć". Później jednak to od nich otrzymywaliśmy największą pomoc. Nie tylko świetnie nas dopingowali, ale też potrafili wpłynąć na władze miasta, by wzięły odpowiedzialność za GieKSę.

Miał pan też na myśli Ruch Radzionków?

- To inna sytuacja. Ruch był budowany na prywatnych pieniądzach prezesa Tomasza Barana. Żyło się nam dobrze, ale po awansie do pierwszej ligi rynek, na którym działała firma prezesa, załamał się. Choć walczył do końca, nie dał rady i klub wycofał się z gry. Ale gdyby prezes Baran wygrał dziś na loterii duże pieniądze, znów zainwestowałby w piłkę. To po prostu człowiek z charakterem. Niewielu takich w dzisiejszej piłce.

Wróćmy do pana. Ile razy przez te blisko dwa lata zgłaszały się po pana kluby z wyższych lig?

- Chciałoby się powiedzieć, że ani razu. Bo dla mnie konkretna oferta z wyższej ligi to taka, nad którą człowiek nawet się nie zastanawia, tylko od razu ją przyjmuje. Ja tymczasem miałem wątpliwości. Te propozycje były jakieś takie... słabe. A ja lubię ludzi konkretnych. To dlatego tak szybko dogadałem się z BKS-em. Mimo że mówimy o klubie trzecioligowym, podejście jego władz naprawdę mi zaimponowało.

Co musiałoby się wydarzyć, by znów zaczęło się pana wymieniać w roli kandydata do poprowadzenia klubów z - powiedzmy - pierwszej ligi?

- Nie wiem. Wiem natomiast, jaki progres zrobili moi chłopcy z BKS-u, więc ze swojej pracy w Bielsku-Białej jestem naprawdę zadowolony. Choć - przyznaję - krzyczą we mnie emocje, bo chciałoby się tę III ligę wygrać. Czasem myślę, że całkiem blisko nam do tego, ale bywa też, że ten cel wydaje się dość odległy. Ważne jednak, by - bez względu na wyniki na boisku - pozostać wiernym swoim przekonaniom.

To znaczy?

- Nie dążę do celu po trupach, nie mam parcia na szkło. Nigdy nie należałem i nie będę należał do tych, którzy wysyłają swoje CV do każdego klubu. A kiedy ten klub przegra trzy kolejne mecze, tylko przebierają nogami...

Wielu te swoje CV wysyła?

- Wielu, proszę mi wierzyć. Przeglądam skrzynkę mailową BKS-u (śmiech).

Zdarza się, że napisze na nią ktoś, kogo uważa pan za swojego przyjaciela?

- Tak naprawdę tych prawdziwych przyjaciół mam w futbolu niewielu, a właściwie tylko dwóch - Roberta Góralczyka i Michała Probierza. Jestem spokojny o to, że akurat oni swoich CV do BKS-u nie wyślą (śmiech). A wracając do tych, którzy piszą - zdarza się, że robią to koledzy ze szkolnej ławki. Trochę to przykre, ale - z drugiej strony - taka jest piłka. Nie mam więc im tego za złe. Czasem tylko ironicznie się uśmiechnę.

Jak na to, że mówimy o klubie trzecioligowym, tak duże zainteresowanie trenerów może trochę dziwić.

- W tym zawodzie chętnych do pracy jest znacznie więcej niż etatów. Zwłaszcza że na wielu płaszczyznach BKS - tak jak już wspomniałem - daje stabilizację.

Na tyle dużą, by realnie pomyśleć o awansie? Powiedzmy, że jesień zespół zakończy z dorobkiem dającym duże szanse na awans. Co wtedy?

- Mam bardzo mądrego dyrektora. Powtarza mi: "Trenerze, pamiętajmy o celach, jakie sobie założyliśmy". A założyliśmy sobie, że skończymy sezon na miejscu 1-6, co zapewni nam grę minimum w nowej trzeciej lidze. Realizujemy więc cel.

Nawet kiedy na początku sezonu byliście liderem, mówił pan, że dzielić i rządzić w tej lidze nie będziecie.

- Zastałem drużynę, która funkcjonowała w tej lidze na zasadzie "jeden mecz wygramy, jeden - nie wiadomo, dlaczego - przegramy". Zależało mi na tym, by była lepiej zorganizowana, bardziej świadoma tego, jak kolejny mecz - w zależności od klasy rywala - wygrać albo nie przegrać. To się powiodło, więc chciałbym zrobić kolejny krok naprzód. Ciągnę więc chłopaków za uszy, by byli coraz lepsi.

Za przykład mógłby im pan dać zawodników Rozwoju Katowice. W pierwszej lidze są co prawda na dnie tabeli, ale już sam awans na ten szczebel to - jak na możliwości klubu - ogromny sukces.

- Rozwój pokazał, że można. Szczerze mu gratuluję i trzymam kciuki, zwłaszcza że niemal wszyscy stawiają go na przegranej pozycji. Ja uważam jednak, że to wcale nie jest najgorszy zespół tej ligi, więc nie ma się czego bać. Poza tym przykład Niecieczy pokazuje, że akurat w piłce wszystko jest możliwe. Jeśli wieś, która ma 750 mieszkańców, doczekała się klubu w ekstraklasie...

Jak finansowo na tle innych trzecioligowców wypada BKS?

- Budżet mamy co prawda niewielki, ale stabilny. Poza zasięgiem jest Odra Opole, choć wygląda na to, że pomiędzy pozostałymi klubami takich różnic już nie ma. Myślę, że pod tym względem można nas porównać do Pniówka Pawłowice, Rekordu Bielsko-Biała czy Ruchu Zdzieszowice.