Rajd Maroka. Rafał Sonik już prowadzi, reszta Polaków poza dziesiątką. Loeb utknął

Zwycięzca tegorocznego Rajdu Dakar pewnie wygrał pierwszy etap wyścigu w Maroku. Debiutujący w rajdach cross-country Sebastian Loeb utknął na 304. km odcinka specjalnego.




Pierwsi na trasę ruszyli motocykliści, tuż za nimi kierowcy quadów, a pół godziny po nich kierowcy samochodów. Na dwóch kołach najlepiej spisał się Joan Barreda. Z Polaków na mecie pierwszy pojawił się Jakub Piątek (Orlen Team), ale nie znalazł się w czołowej dziesiątce. Pecha miał Paweł Stasiaczek - 30 km przed metą połamał szprychy w przednim kole.

- Pierwszą część etapu do tankowania jechałem bardzo dobrze. Byłem zdziwiony, bo choć startowałem w środku najsilniejszej stawki, to długo nikt mnie nie mógł dogonić - opowiadał Piątek. - Potem teren był bardziej techniczny i zacząłem mieć kłopoty. Do tego wyszło słońce i w 35-stopniowym upale jechało mi się gorzej. Jeśli chodzi o motocykl, to jest nowy, ale dobrze dotarty. Trochę trzeba popracować nad zawieszeniem, bo ręce mnie bardzo bolą.

Konkurencji nie miał Sonik. Krakowianin na mecie był kilkanaście minut przed kolejnym kierowcą quada. - Bardzo trudny technicznie teren. Jednego z moich rywali wpuściłem w maliny. Dobrze wiem, jak Sebastian Souday lubi mnie wyprzedzać, więc go puściłem i słyszałem jak mu niemal serce mocniej bije z radości. Tyle że znam jego zapędy do ryzykowania i rzeczywiście wkrótce go minąłem, miał chyba problemy z kołem - mówił Sonik. - Podczas tankowania pierwszy rywal przyjechał po 12 minutach. Ja już miałem jechać, ale miałem problemy z... zakręceniem wlewu paliwa.

Sonik podkreślał, że warunki były trudniejsze, bo zaledwie 30 minut po nich wystartowały samochody. Zanim dojechał do mety, minęło go kilkanaście aut, w tym m.in. Adam Małysz czy Marek Dąbrowski. - Za nimi ciągnął się tuman kurzu i z dnia robiła się noc. Musiałem zwolnić - tłumaczył Sonik.

W rywalizacji aut etap wygrał dość nieoczekiwanie Yazeed Al-Rahji. W tyle zostawił nie tylko lidera (Nassera Al-Attiyaha) i wicelidera (Władimir Wasiljewa), ale także kierowców Peugeota z dziewięciokrotnym mistrzem świata w rajdach WRC Sebastianem Loebem na czele. - Bardzo ciekawe, jak będzie wyglądała rywalizacja głównie między Peugeotem, Mini i Toyotą. Do tej pory zwłaszcza Mini był często bezkonkurencyjny. Dobry zespół fabryczny Peugeota z taką plejadą gwiazd jak Sebastian Loeb, Carlos Sainz, Cyril Despres czy Stefan Peterhansel sprawia, że my też czekamy, by zobaczyć, jak będą ze sobą walczyć. Hegemonia Mini już wszystkim się znudziła - podkreślał Jarosław Kazberuk, który startuje w kategorii T2 fordem raptorem.

Na razie górą Toyoty, którymi jeżdżą Al-Rahji i Wasiljew, Mini dopiero trzecie. A pierwszy z kierowców zespołu koncernu francuskiego, którzy sami określają się jako "D-redm Team" stary mistrz 53-letni Carlos Sainz był czwarty. Na metę autem, o którym Marek Dąbrowski powiedział "Wszyscy zadajemy sobie pytania, jakiego stwora stworzył Peugeot i nie wiemy, gdzie wyląduje", dojechał z urwanym kołem... zapasowym - została tylko poocierana felga.

Jeszcze większy problemy miał Loeb. Na debiut Francuza w cross-country czekał cały motorowy świat. Skończyło się na tym, że z powodu problemów mechanicznych utknął na 304. km i został ściągnięty na biwak przez ciężarówkę teamu. Problemy miał też Wasiljew - Rosjanin na mecie pojawił się bez części lewego boku w swojej toyocie.

Poza czołową dziesiątką w rywalizacji najszybszych aut znaleźli się Małysz, Dąbrowski i Jakub Przygoński. - Po około 20, 30 km popełniłem błąd, za bardzo ściąłem zakręt i uderzyłem w kamień. Musieliśmy zmienić koło i dwa auta nas wyprzedziły. Potem coś się stało i do końca etapu nie mieliśmy wody w spryskiwaczach. To sprawiało duże problemy zwłaszcza przy skrętach w prawo - tłumaczył Małysz. - Pod koniec etapu dziury były tak wielkie, że nie widziałem takich na Dakarze.