Sport.pl

Wodzenie na pokuszenie, czyli kiedy u bukmachera możesz wygrać więcej niż na korcie

Dyskwalifikacja dwóch polskich tenisistów za ustawianie meczów wstrząsnęła dystyngowanym światem tenisa. Na kortach granie u bukmacherów od dawna jest jednak tajemnicą poliszynela.
Dwa tygodnie temu dwaj polscy tenisiści Arkadiusz Kocyła i Piotr Gadomski zostali zdyskwalifikowani odpowiednio na pięć i siedem lat w związku z zarzutami korupcyjnymi. Otrzymali też kary finansowe. Okazało się, że ustawiali mecze ze swoim udziałem. Piotr Gadomski, prywatnie partner Urszuli Radwańskiej, miał dopuścić się pięciu przewinień w 2012 roku. Miał wówczas 21 lat i był świetnie zapowiadającym się zawodnikiem AZS Poznań. Okazuje się, że Polacy byli tylko częścią bardzo dobrze funkcjonującej machiny.

Pierwsze podejrzane mecze w tenisie miały miejsce już wiele lat temu. Oskarżany o nieuczciwość był m.in. rosyjski tenisista Nikołaj Dawidienko, który podczas turnieju w Sopocie w dziwnych okolicznościach przegrał z Argentyńczykiem Martinem Vasallo-Arguello. Również inni zawodnicy ze światowej czołówki wskazywali na zagrożenie ze strony bukmacherów. Novak Djoković w 2007 roku przyznał nawet, że jako młody zawodnik otrzymał propozycję, aby za 200 tysięcy dolarów przegrać mecz pierwszej rundy na turnieju w Sankt Petersburgu. Kwota ta może szokować, tym bardziej że za zwycięstwo w całych zawodach, a nie tylko w pojedynczym meczu, tenisista mógł zarobić "tylko" 150 tysięcy dolarów.

Najgorzej na dole

Jednak to nie wśród najlepszych tenisistów na świecie zakłady bukmacherskie są największym zagrożeniem. Zawodnicy, którzy podczas swojej kariery zarobili na korcie miliony dolarów, musieliby być wyjątkowo chciwi, aby ryzykować swoją reputację i dyskwalifikację poprzez obstawianie zakładów. To tenisiści z dalekich miejsc światowych rankingów mają zdecydowanie mniej do stracenia. I właśnie na turniejach o niskiej randze proceder obstawiania meczów jest zdecydowanie bardziej popularny.

Pule nagród w zawodowych turniejach tenisowych zaczynają się już od 10 tysięcy dolarów. Co oznacza, że za zwycięstwo w zawodach można zarobić raptem około tysiąca dolarów. Słabsi zawodnicy, którzy odpadają we wcześniejszych fazach, mogą liczyć na zarobek ledwie 200-300 dolarów. Biorąc pod uwagę, że zawodnik sam musi sobie opłacić przelot na turniej (a czasami i również pobyt w hotelu), to często wielu z nich zamiast zarabiać na takich turniejach traci. A to dodatkowo zachęca do nieuczciwych zachowań. - Zawodnicy obstawiają mecze we wszelkich konfiguracjach. Często są to pojedyncze sety, czasami również mecze deblowe. Wielką popularnością cieszy się zarabianie na tzw. przełamaniu serwisu. Jeżeli dany zawodnik serwuje, to kurs w zakładach na żywo na to, że przegra gema jest z reguły bardzo atrakcyjny - mówi osoba będąca bardzo blisko środowiska tenisowego. Aby zmylić tropy, zawodnicy bardzo często po prostu wymieniają się informacjami. - Działa to na zasadzie, że raz ty dasz komuś zarobić na swoim meczu, a za kilka tygodni on się tobie odwdzięczy. Turnieje najniższej rangi rozgrywane są seriami w różnych częściach świata. Jeżeli ktoś jedzie np. do Azji, to bierze tam udział w kilkunastu zawodach. Na większości z nich spotyka tych samych kolegów. To pomaga w ewentualnej współpracy - dodaje nasz rozmówca.

Dzięki temu szybko można zarobić dodatkowe pieniądze. I co ciekawe, ustawianie meczów wcale nie musi oznaczać ich przegrywania. - Przegranie jednego lub dwóch gemów przy swoim serwisie czy po prostu kilku punktów w danym, wcześniej umówionym gemie, wcale nie pozbawia zawodnika szans na końcowe zwycięstwo - tłumaczy nasz rozmówca.

Mówi on jednak również, że nie można twierdzić, że większość meczów na małych turniejach jest ustawiona. - To nie jest tak, że próby oszukiwania ze strony zawodników zdarzają się często. Natomiast w momencie, kiedy zawodnik ma problemy finansowe albo po prostu chce zarobić trochę dodatkowych pieniędzy, to taki łatwy sposób bardzo kusi - opowiada.

Bukmacherzy robią, co mogą

Firmy bukmacherskie dostrzegają ten problem - Na pewno pokusa wśród tenisistów, którzy grają w turniejach najniższej rangi, jest. Bukmacherzy przez to, że ze sobą konkurują, to wprowadzają do oferty coraz to nowe zdarzenia do obstawiania. Jeszcze kilka lat temu nikt by nie pomyślał, że niektóre z tych zawodów mogą być w jakiejkolwiek ofercie - mówi Mateusz Juroszek, prezes STS. Jednak firmy oferujące obstawianie zakładów starają się przed nieuczciwymi graczami chronić. - Warto w tym miejscu podkreślić, że w przypadku ustawiania meczów największym poszkodowanym jest zawsze firma bukmacherska, bo to ona musi wypłacić ewentualną wygraną. Dlatego zależy nam na dokładnym monitorowaniu rynku. Zdajemy sobie sprawę, że im niższa ranga zawodów, tym firmy bukmacherskie są bardziej narażone na to, że ktoś będzie chciał na nich nieuczciwie zarobić. Niekoniecznie muszą to być zawodnicy, mogą to być osoby z nimi związane. Prowadzimy analizę i selekcję turniejów, które wprowadzamy do oferty. Dodatkowo monitorujemy zakłady. Jeżeli ktoś przychodzi postawić 2000 zł na mecz Ligi Mistrzów, to nie ma w tym nic dziwnego, ale jeżeli taką samą kwotę ktoś chce postawić na mecz tenisowy w turnieju o niskiej puli nagród, to od razu zapala nam się czerwona lampka. Wszystkie takie zdarzenia można obstawić, ale na odpowiednich limitach - opowiada Juroszek.

Prezes STS dodaje również, że nie pamięta, aby w ostatnich latach jego firma straciła spore sumy podczas turniejów tenisowych. - W ostatnich kilku latach nie przegraliśmy większych sum na turniejach tenisowych. Łatwiej na pewno jest oszukiwać, grając u nielegalnych bukmacherów, którzy w Polsce kontrolują ok. 90 proc. rynku. Te firmy swoje siedziby mają np. na Malcie. Tam wpłat lub wypłat można dokonywać przez różne pośredniczące serwisy i to bardzo pomaga w ewentualnym zacieraniu śladów - mówi Juroszek.

Korty offline

Jeszcze kilka lat temu na trybunach bardzo często można było zobaczyć ludzi z laptopami. Wykorzystywali oni to, że będąc na kortach, mieli informację o wyniku ostatniej rozegranej piłki kilka sekund wcześniej niż widzowie przed telewizorami. Na portalach takich jak Betfair, który działa na zasadzie giełdy, ludzie zakładają się między sobą. Jeżeli jeden z graczy poprzez swoją obecność na miejscu zawodów wiedział, co się stanie, chwilę przed swoim internetowym przeciwnikiem, to dawało mu to ogromną przewagę. Od czasu, kiedy takie oszustwa stały się coraz bardziej popularne, władze światowego tenisa zakazały wnoszenia laptopów oraz używania m.in. smartfonów i tabletów podczas przebywania na trybunach.

Łatwy pieniądz jednak zawsze będzie kusił. Tym bardziej że nawet niewielkie z perspektywy bukmachera wygrane mogą wielokrotnie przewyższać to, co zawodnik jest w stanie zarobić na korcie. I tu jest największy problem. Wodzenie na pokuszenie. A jak doskonale wiadomo, na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono.

Więcej o: