Czeskie party na parkiecie. Z "Honzą" na czele

Wyszło na to, że teraz najliczniejszą grupą etniczną w drużynie Azotów - oprócz oczywiście Polaków - są Czesi. Jest ich trzech. - Na pewno pierwsze kroki w nowym kraju są trudne. Ale Polska niewiele różni się od Czech. Podobny język i kultura. Ludzie też są w porządku - dowodzi Leos Petrovsky, jeden z dwóch debiutantów. - A w razie czego dzwonimy do Janka.
Prezes Jerzy Witaszek przed sezonem mówił, że zamierza ograniczyć liczbę obcokrajowców w kadrze klubu. To się udało. Nie ma już w zespole mieszanki bałkańskiej (Kosta Savić, Hrvoje Tojcić i Marko Tarabochia), Litwina Viliusa Rasimasa czy Białorusina Aleksandra Tsitou. Został tylko Nikola Prce oraz... mała kolonia czeska. Do Jana Sobola, który w Puławach jest od ponad dwóch lat, dołączyło dwóch jego rodaków, a zarazem reprezentantów Czech: obrotowy Leos Petrovsky oraz bramkarz Jakub Krupa. - Z Jankiem mieliśmy się pożegnać. Mówił, że chce wracać do Francji i już w sumie byliśmy z tym pogodzeni. Dlatego mocno zabiegaliśmy o Patryka Kuchczyńskiego. Jednak "Honza" któregoś dnia przyszedł i powiedział: "Prezesie, chcę zostać. Dobrych graczy pan sprowadza, klub się rozwija, to i ja chcę się sprawdzić i powalczyć w Azotach". Nie miałem wyjścia, musiałem parę groszy na jego nowy kontrakt znaleźć - śmieje się Witaszek. O pozostaniu prawoskrzydłowego na dłużej w Puławach zadecydowały też narodziny drugiego dziecka. Czech nie chciał zmieniać środowiska w tym szczególnym dla jego rodziny okresie.

Dzięki temu "Honza" ułatwi aklimatyzację w Azotach dwóm swoim rodakom. Z 30-letnim Krupą spotkali się jeszcze w słowackim Tatranie Presov. Bramkarz w słowackiej lidze spędził siedem lat. - Potrzebowałem nowego wyzwania. Liga słowacka, co tu ukrywać, jest słaba. Co roku zdobywaliśmy mistrzostwo, a nie traktowaliśmy jej jakoś śmiertelnie poważnie. Nie mieliśmy z kim przegrać - opowiada bramkarz.

Zaznacza, że miał kilka ofert, ale po telefonie do Sobola wiedział, że to będzie odpowiednie miejsce do kontynuowania kariery. - Brak bariery językowej [Krupa już po kilku tygodniach dobrze mówi w naszym języku - przyp. red.], dobre pieniądze i do domu mam blisko, bo ok. 500 km. Jasne, marzyłem o Bundeslidze, ale tutaj też mogę realizować swoje cele - komentuje.

Krupa przekonuje, że nie może już się doczekać rywalizacji z polskimi przeciwnikami. - W końcu co tydzień to będzie wyzwanie. Popatrzcie, jakich zawodników ma kieleckie Vive, Wisła Płock, a i pozostali też się wzmocnili. A do tego nikt mi tu miejsca w bramce nie da za darmo. Moi koledzy Seba Zapora i Vadim Bogdanov to znakomici bramkarze. To ogromna motywacja do pracy. Dzięki temu na pewno będę lepszy.

Dla Leosa Petrovskiego Azoty są pierwszym klubem poza ojczyzną. - Na pewno pierwsze kroki w nowym kraju są trudne. Ale Polska niewiele różni się od Czech. Podobny język i kultura. Ludzie też są w porządku. A jak mam jakiś problem, to dzwonię do Janka i mi pomaga - mówi obrotowy reprezentacji Czech. Petrovsky ma ciężkie zadanie. Musi w Azotach zastąpić Mateusza Kusa, który odszedł do Vive. - Znam historię Mateusza. Wiem, że był ważnym ogniwem puławskiego zespołu. Pokazał też, że dobrą grą tutaj można naprawdę trafić do uznanego w Europie zespołu, ale najpierw muszę zbierać doświadczenia w Azotach. Wiele pracy przede mną - dodaje.

Obaj zawodnicy celują w tym sezonie w medal. - Nawet brąz będzie dla mnie większym sukcesem niż złoto w Tatranie - twierdzi Krupa.

Obaj nowi czescy zawodnicy bardzo dobrze czują się w zespole. Przekonują, że nie ma mowy o żadnym podziale na Polaków i obcych. Sami też zamierzają zadbać o dobra atmosferę w szatni. - Obiecujemy zrobić rywalom na parkiecie czeskie party. Nie będą wiedzieli, co się dzieje. A po sezonie, a jak trener pozwoli to nawet wcześniej, zorganizujemy już taką prawdziwą imprezę dla kolegów - zgodnie podkreślają Czesi.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU