Bartosz Jurgiewicz i Ewa Huryń najlepsi w 1. PZU Maratonie Szczecińskim [ZDJĘCIA]

Szczecinianie wygrali pierwszą edycję szczecińskiego maratonu, który zgromadził na starcie blisko tysiąc uczestników.
- 962 wydane pakiety startowe - zakomunikowała Kinga Konieczny, rzeczniczka prasowa, po rozpoczęciu maratonu. Organizatorzy liczyli na przełamanie bariery tysiąca, ale jak na pierwszą edycję i tak frekwencja była bardzo dobra. Przypomnijmy: Szczecin jako ostatnie duże polskie miasto dołączył do tej maratońskiej rodziny, a co lepsze terminy są już od dawna zaklepane.

Sportowcy wyruszyli na bardzo wymagającą trasę uśmiechnięci, dobrze przygotowani. Organizatorzy zadbali o mnóstwo biegowych aspektów, które miały śmiałkom ułatwić bieg. Była więc strefa rozgrzewkowa, specjalnie przygotowana kuchnia oraz przeprowadzona przez profesjonalistkę rozgrzewka.

Uczestnikom dopingował m.in. prezydent Szczecina Piotr Krzystek, ale do startowego pistoletu podeszli Wanda Panfil i Robert Szych, czyli ambasadorka i dyrektor imprezy.

- Jestem pod wrażeniem organizacyjnego przygotowania zawodów - mówiła Panfil i nie było w tym przesadnej kurtuazji. Naprawdę wszystko wyglądało na dopięte na ostatni guzik.

Ale co będzie się działo na trasie? - zastanawiali się organizatorzy. Poprzednie biegi masowe w Szczecinie - półmaratony - kończyły się wpadkami, bo albo trasa była źle oznaczona, albo źle zmierzona. Trasę maratonu oznaczono bardzo dobrze, ale wpadający na metę podkreślali, że była bardzo wyczerpująca.

- Trasa? Trochę zdradliwa. Pierwsze 30 km płaskie, dość mocne tempo można było narzucić, ale później zaczął się ciężki podbieg - mówił pierwszy na mecie Bartosz Jurgiewicz. - Dobrze była oznaczona, pokazywała chyba wszystkie atrakcje Szczecina. Dobrze reagowali też kibice, obserwatorzy. Z samochodów trąbili, ale po to, by dodać trochę otuchy. W takich warunkach lepiej się biegnie.

- Na podbiegu pod Rugiańską złapały mnie skurcze, musiałem przystanąć. Było naprawdę ciężko. Organizacja super, ale trasę bym zmienił. Psychologicznie ciężko było od mostu Długiego do Kijewa i z powrotem, bo tam pustki, a później jeszcze ten kilometrowy podbieg. Naprawdę trzeba mieć w sobie moc, by ten maraton pokonać. Idealne warunki są takie, gdy się spalin z samochodów nie wdycha, ale przecież wiemy doskonale, że nie można mieć wszystkiego. Najważniejsze jest jednak to, że mamy już maraton w Szczecinie. Jest powód do satysfakcji - podkreślał Tomasz Wolender, który maraton ukończył na 10. pozycji.

Jurgiewicz to szczecinianin, reprezentuje Miejski Klub Lekkoatletyczny. Jego trenerem jest Zbigniew Murawski, który od lat jest jednym z najbardziej znanych szczecińskich biegaczy. Na metę Jurgiewicz wpadł samodzielnie. Na prowadzenie wysunął się na terenie Stoczni Szczecińskiej. Gdy do niej wbiegał, miał około 100 m straty do prowadzącego w zasadzie od startu Michała Głowackiego, ale tego dopadł kryzys i Jurgiewicz łatwo go wyprzedził, a przewagę utrzymał do mety. Głowacki (mieszkaniec Londynu) był drugi, trzeci Jacek Sobas z Kędzierzyna-Koźla.

Czas najlepszego to 2:36,52. Ponad pół godziny później (3:09,18) do mety dotarła Ewa Huryń. Zwyciężczyni wśród pań również jest szczecinianką, a niedawno wygrała też maraton w Gdańsku.