GKS Katowice - Sandecja Nowy Sącz 2:4. Fatalne błędy w obronie i kolejne rozczarowanie na Bukowej

GKS Katowice miał rozpocząć marsz w górę tabeli, ale pozwolił pierwszoligowemu przeciętniakowi strzelić cztery gole! Bez radykalnej poprawy w grze obronnej zespół Piotra Piekarczyka nie ma czego szukać w pierwszoligowej czołówce.
Kiedy GKS Katowice awansuje do ekstraklasy? Podyskutuj na Facebooku >>

Po wygranej z GKS-em Bełchatów na Bukowej optymizm mieszał się z obawami. Z dwóch powodów. Po pierwsze, czerwona kartka wykluczyła z gry Grzegorza Goncerza, lidera zespołu. Po drugie, w przypadku GieKSy trzy punkty niekoniecznie są zapowiedzią czegoś dobrego. Przecież każde z jej poprzednich ligowych zwycięstw - z Wigrami Suwałki i MKS-em Kluczbork - poprzedzało dwie z rzędu porażki. Ale tym razem miało być już inaczej.

Tyle że już w 2. minucie podopieczni Piotra Piekarczyka pozwolili wbić sobie gola... I to gola, który drużynie z ambicjami gry w ekstraklasie przytrafić się nie powinien. Zaczęło się bowiem od bezkarnego wejścia w pole karne Kamila Słabego, a skończyło na fatalnej interwencji Povilasa Leimonasa, który skierował piłkę do własnej siatki. Gospodarze dosyć długo nie potrafili dojść do siebie i złapać odpowiedniego rytmu. Pozytywny sygnał dał dopiero Daniel Ciechański, zastępca "Gonza" na pozycji napastnika, choć bramkarza gości do kapitulacji nie zmusił. W 38. minucie Marek Kozioł nie miał już jednak nic do powiedzenia, bo Adrian Frańczak wykończył zagranie Alana Czerwińskiego precyzyjnym i mocnym strzałem głową. W tamtym momencie wydawało się, że to, co najgorsze, już za GieKSą.

Niestety dla niej, nic z tego. O ile bowiem chwilę po zmianie stron mocny strzał Mateusza Bartkowa wylądował na poprzeczce, o tyle w 62. minucie takiego szczęścia katowiczanie już nie mieli - Arkadiusz Aleksander z zimną krwią wykorzystał sytuację sam na sam. Piekarczyk z kolei spojrzał pewnie w stronę siedzącego na ławce Olivera Praznovsky'ego. Ze względu na taką formę katowickiej defensywy pozyskany w tym tygodniu Słowak może otrzymać szansę szybciej, niż się spodziewał.

Ba, co z tego, że i tym razem skórę kolegom z obrony postanowili uratować ci odpowiadający za ofensywę - asystę Frańczaka wykorzystał rezerwowy Paweł Szołtys - skoro po chwili zespół z Bukowej znów musiał gonić wynik! Na dodatek ten los zgotował mu jego wychowanek Bartosz Sobotka. A i to jeszcze nie koniec, bo chwilę później sędzia podyktował dla Sandecji rzut karny (inna sprawa, że z perspektywy trybun wyglądało to na "wielbłąd" arbitra), który na bramkę zamienił Josef Ctvrtnicek. W ten sposób katowiczanie znaleźli się na kolanach.

- Nie mogę odmówić chłopcom determinacji i ambicji. Zostawili na boisku kawał zdrowia - po końcowym gwizdku trener Piekarczyk starał się szukać pozytywów. - Kluczowym momentem była okazja Krzysztofa Wołkowicza - jeszcze przy stanie 2:2 - którą świetnie wybronił nam Marek Kozioł - powiedział Robert Kasperczyk, szkoleniowiec Sandecji.

GKS Katowice - Sandecja Nowy Sącz 2:4 (1:1)

Bramki: 0:1 Leimonas (2., samobójcza), 1:1 Frańczak (38., głową), 1:2 Aleksander (62.), 2:2 Szołtys (72.), 2:3 Sobotka (75.), 2:4 Ctvrtnicek (84., karny).

GKS: Dobroliński - Czerwiński, Kamiński, Leimonas, Pietrzak Ż - Bębenek (72. Wołkowicz), Trochim (84. Januszkiewicz), Pielorz, Burkhardt, Frańczak Ż - Ciechański Ż (65. Szołtys).

Sandecja: Kozioł - Bartków Ż (62. Danek), Szufryn Ż, Szarek, Słaby Ż - Sobotka, Baran, Kasprzak, Nather (46. Ctvrtnicek), Małkowski - Aleksander (77. Szczepański).

Sędziował Tomasz Wajda (Żywiec). Widzów: 1650.