Piotra Rockiego kariera po czterdziestce. "Najgorsze być śmiesznym" [WYWIAD]

- Uodporniłem się na chamstwo i patologiczne zachowania. To mnie wręcz mobilizuje do lepszej gry. Największą satysfakcję mam wtedy, jak mi się uda takiego krzykacza z trybun uciszyć - mówi Piotr Rocki, pomocnik Ruchu Radzionków.
Facebook? » | A może Twitter? »
 

Rocki mimo 41 lat wciąż potrafi zagrać tak, że kibice wstają z miejsc. W ostatnim meczu Ruchu Radzionków z MKS-em Myszków (5:0) popisał się efektownym hat trickiem. Zawodnik, który w barwach Górnika Zabrze, Legii Warszawa, Odry Wodzisław, Dyskoboli Grodzisk Wielkopolski i Polonii Warszawa rozegrał 291 ligowych meczów, opowiada nam o sposobach na piłkarską długowieczność.

Wojciech Todur: To jak to z tymi hat trickami w karierze Piotra Rockiego było? Naprawdę pierwszy?

Piotr Rocki: - A pierwszy! Strzelało się wcześniej po dwa gole, ale trzech - i to z rzędu - nigdy. Fajne uczucie, duża satysfakcja. To pokazuje, że warto grać w piłkę nawet po czterdziestce, żeby doczekać takich chwil.

Gdzie jest więc granica?

- Nie ma granic. Na pewno nie jest nią wiek. Granice są natomiast w sercu i głowie. Wciąż wybiegam na boisko i wierzę w siebie. Wierzę w to, że jestem pomocny drużynie. Moją grą i postawą chcę zapracować na szacunek młodszych kolegów i kibiców. Nie ma bowiem nic gorszego niż narażanie się na śmieszność.

Dba pan o siebie?

- Jest siłowania, jakaś tam dieta. No, ale to powinno być zawsze, a nie tylko po czterdziestce. Mimo upływu lat wychodzę na boisko, żeby zapieprzać od pierwszej do ostatniej minuty. Ja nie z tych, co stoją, przyjmują kilka "jobów", a potem do kasy.

A kibice jak na pana reagują? Jest pan rozpoznawalny, więc pewnie lekko nie jest?

- Różnie z tym bywa. Nieprzychylne okrzyki mieszają się z brawami. Są ludzie, którzy potrafią docenić to, że jeszcze mi się chce. A są i tacy, którzy wysyłają mnie - nie przebierając w słowach - na emeryturę. W czasie kariery przemierzyłem wzdłuż i wszerz całą Polskę. Uodporniłem się na chamstwo i patologiczne zachowania. To mnie wręcz mobilizuje do lepszej gry. Największą satysfakcję mam wtedy, jak mi się uda takiego krzykacza z trybun uciszyć. A bywa tak, że najpierw słyszę, że mnie obrażają, a potem - po jednej, drugiej dobrej akcji, asyście czy nawet bramce - ludzie zaczynają bić brawo. Krzyczą "Szacunek!".

Jaki jest dziś Ruch Radzionków?

- Czwartoligowy, ale jednak w powietrzu wciąż unosi się tutaj duch dawnych czasów. Meczów w ekstraklasie i pierwszej lidze. Radości po wygranych z Widzewem, Wisłą i innymi możnymi naszej ligi. O tę atmosferę jest o tyle łatwiej, że niewiele się od tamtych czasów na stadionie w Stroszku zmieniło. Szatnia może i odświeżona i odmalowana, ale jednak wciąż dokładnie ta sama, w której przebierał się Marian Janoszka. A na piętrze ta sama kawiarenka i to samo duże zdjęcie z audiencji u papieża. To wciąż te same "Cidry".

A poziom gry?

- No to jednak tylko czwarta liga. Tym bardziej boli, że w minionym sezonie nie udało się awansować. Szliśmy od wygranej do wygranej, a potem przyszedł czas na baraż z Bełkiem i niestety zeszliśmy z boiska pokonani. To bardzo boli. Pracowaliśmy cały sezon, a na koniec zostaliśmy z niczym. Cholernie niesprawiedliwy ten regulamin rozgrywek.

Teraz też chcemy awansować, ale pracujemy jakby ciszej. Awanse robi się jednak w ciszy. Znowu przed nami daleka droga. Już o wygranie ligi będzie trudno, bo rywali mamy wymagających. No, a potem jeszcze ten baraż. Głów jednak nie zwieszamy.

Jak wygląda organizacja klubu?

- Nie możemy na nic narzekać. Prezesi stają na głowie, żebyśmy się mogli skoncentrować tylko na treningach i meczach. Jak ma być płacone 10., to jest płacone 10.

Naszym atutem jest na pewno atmosfera. W klubie, szatni, na boisku. Jak są jakieś chwasty, to szybko je wyrywamy i dalej już ładnie rośnie. To jedyna droga do sukcesu.

Doceniają to piłkarze, którzy chętnie zakładają koszulkę Ruchu. Tu każdy przychodzi do pracy z przyjemnością. W przeszłości "Cidry" to było miejsce, gdzie szlifowało się piłkarskie diamenty.

Maki, Giele, Foszmańczyk, Przybecki i wielu, wielu innych. To przecież tutaj zaczynali. I to wróci!

Poza czwartą ligą żyje pan tym, co dzieje się wyżej? Zbliżają się Wielkie Derby Śląska.

- Wiadomo, że grałem wcześniej w Górniku, więc mam duży sentyment do tego klubu. Gdy tylko mam czas, to pojawiam się na zabrzańskim stadionie. Zaglądam też na mecze Piasta. A co do Wielkich Derbów Śląska, to w szatni Ruchu Radzionków również rozmawia się o tym meczu. Wielka szkoda, że na Cichej zabraknie kibiców Górnika, bo jednak bez nich to już nie będzie to samo.

Przed "Cidrami" również wielkie derbowe starcie.

- Rzeczywiście, szybkimi krokami zbliża się mecz z Gwarkiem Tarnowskie Góry [20 września - przyp.red.] - naszym lokalnym rywalem, a dziś liderem rozgrywek. Dla naszych kibiców to najważniejszy mecz w rundzie. Nasza własna święta wojna. Rok temu przegraliśmy na wyjeździe, żeby potem zrewanżować się im na własnym stadionie. Oj, będą się sypały iskry! Warto tego dnia zajrzeć na stadion i przekonać się, że w czwartej lidze także potrafią grać w piłkę. Starsi panowie również.