Czesław Michniewicz z Pogoni: Słupki i poprzeczki zabrały nam kilka punktów

Po siedmiu kolejkach Pogoń Szczecin ma na koncie 11 punktów. Pozostaje niedosyt, ale widoki na przyszłość są optymistyczne. Rozmowa z trenerem Czesławem Michniewiczem.
Mateusz Kasprzyk: Za nami siedem kolejek, w których Pogoń zdobyła 11 punktów. Czy jest pan zadowolony z tego dorobku?

Czesław Michniewicz: Nie, nie jestem. Z tych pięciu zremisowanych spotkań dwa albo trzy można było wygrać i wtedy bylibyśmy zadowoleni. To byłoby to, na co nas stać, mimo tego terminarza, który na pewno nie był łatwy. Na początku mieliśmy spotkanie z mistrzem Polski - Lechem Poznań. Wygraliśmy i spodziewałem się, że potem te zdobycze będą równie duże. Mimo wszystko cieszy fakt, że gramy w nakreślony sposób, że w każdym meczu mamy swoje sytuacje. Brakowało przede wszystkim precyzji. Te słupki i poprzeczki mogłyby się zamienić na kilka punktów więcej. Największym mankamentem są jednak ciągłe problemy zdrowotne. W pierwszym meczu od razu wypadł nam Takafumi Akahoshi i potem ciągle ktoś z podstawowej jedenastki łapał urazy. Ostatnio padło na Jarosława Fojuta. To zmuszało nas do nieustannego łatania składu. Brakowało nam stabilizacji.

Czy jesteśmy dzisiaj w stanie nakreślić jakoś konkretniej cel Pogoni na ten sezon niż tylko awans do pierwszej ósemki?

- Na razie ciężko powiedzieć. Nie licząc Piasta Gliwice, różnice w tabeli są minimalne. W tej chwili nie odważę się wskazać faworytów i powiedzieć, kto o co będzie grał. My na razie podobnie jak spora część zespołów skupiamy się na wywalczeniu ósemki. Co będzie potem? Szczerze mówiąc, to nawet nie chcę o tym myśleć. Przede wszystkim musimy poprawić się przed własną publicznością i zacząć tutaj wygrywać mecze.

Największy plus i minus tych siedmiu kolejek?

- Plus to na pewno to, że nowi zawodnicy Jarek Fojut i Kuba Czerwiński bardzo szybko się wkomponowali. Zagrali ze sobą raptem kilka sparingów, a potem od razu musieli jechać na Lecha i Lechię. Wyglądało to naprawdę dobrze. Generalnie myślę, że cała defensywa zasłużyła na pochwałę. Straciliśmy co prawda siedem bramek, ale dwie były z rzutów karnych, były też ze stałych fragmentów gry, a w takich sytuacjach także inni zawodnicy mogli się lepiej zachować. Jeśli chodzi o to co do poprawy, to na pewno momenty dekoncentracji, takie jak w meczach ze Śląskiem Wrocław czy Podbeskidziem w Bielsku-Białej. Tam do przerwy mamy świetny wynik, a pięć minut drugiej połowy powoduje, że wszystko zaczyna się od zera. Dobrze, że potrafiliśmy zachować zimną krew w takiej sytuacji. Straty bramek nie powodowały, że wkradała się panika. Często działało to na nas wręcz pobudzająco.

Okienko transferowe zamknięte. Udało się zrealizować większość założeń?

- Na pewno przydałoby się jeszcze jeden albo dwóch zawodników. Tak, aby zwiększyć rywalizację na niektórych pozycjach, ponieważ to zawsze rozwija poszczególnych piłkarzy. Raczej już nikt nie przyjdzie. Wiem, że czasami trafiali tutaj jeszcze we wrześniu piłkarze z kartą na ręku, ale chcemy uniknąć takich sytuacji, bo to zawsze większe ryzyko. Rok temu w taki sposób trafił do nas Riku (Ricardo Nunes - przyp. red.) i się sprawdził, ale generalnie chcielibyśmy, aby takiego piłkarza już ktoś znał, żeby nie był on anonimowy. Przy transferach ryzyko jest zawsze, ale chcemy je możliwie zminimalizować.

Trener powiedział, że sprawa z Dominikiem Kunem przebiegła bardzo szybko. Ale czy prowadziliście jakieś rozmowy, by być może zmienić jego decyzję, czy uznaliście, że w tej chwili nie jest on w drużynie niezbędny?

- Rozmawiałem z Dominikiem i jasno przedstawiłem mu sprawę. Do gry na skrzydle jest sześciu kandydatów i to był dla niego problem. On jest młody i musi grać, a mecze w III lidze go nie zaspokajają. Nie dziwię mu się, że skorzystał z okazji. Wszystko odbyło się bardzo szybko, może nawet zbyt szybko. Dominik zachował się bardzo fajnie, przyszedł podziękować, ja też mu podziękowałem i trzymam za niego kciuki. Idzie do Wisły Płock, która będzie walczyć o ekstraklasę, i życzę mu, aby w czerwcu przyszłego roku świętował awans.

A Julien Tadrowski? On też rozwiązał kontrakt.

- Ciężko mi się do tego odnieść. My wyjechaliśmy na mecz do Kielc, a on w tym czasie rozwiązał kontrakt. Z nim jest taki problem, że jest po kontuzji i czeka go kolejna operacja. My nawet nie mieliśmy możliwości, aby się jemu przyjrzeć, ponieważ czeka go zabieg. Niewiele wiem na temat tej sytuacji, nie było mnie przy rozmowach pomiędzy nim a klubem, więc nie znam szczegółów. To fajny chłopak, ale w najbliższej przyszłości i tak nie mógłby nam pomóc. Jego największy problem to kłopoty zdrowotne i z nimi najpierw musi się uporać.

Rozmawiał Mateusz Kasprzyk.