Sporty walki. Czasy Marka Piotrowskiego już nie wrócą. Urodzeni za późno [WYWIAD]

W latach 90-tych kickbokserzy należeli do sportowej elity, a słynny Marek Piotrowski zajmował czołowe miejsce w konkursach na sportowca roku w Polsce. A jak żyją dzisiaj ringowi wojownicy?
Jesteś kibicem z Górnego Śląska? Dołącz do nas na Fejsie! >>

Jan Sałamacha, kickbokser z Bytomia, przyznaje, że musiał wykładać własne pieniądze, żeby zorganizować walkę o mistrzostwo Europy. 37-letni Sałamacha przygotowuje się teraz do rywalizacji o Mistrzostwo Interkontynentalne federacji WKN. Walka odbędzie się w listopadzie w Bytomiu. Rywal nie jest jeszcze znany.

Wojciech Todur: Mam wrażenie, że jak na kickboksera, to jednak urodził się Pan w złych czasach?

Jan Sałamacha: - Że za późno? Nie mam takiego uczucia. Naszej dyscyplinie na pewno nie towarzyszy już takie zainteresowanie, jak w latach 90-tych, ale wciąż można się sprawdzić i mieć z tego satysfakcję.

Przegraliście z MMA?

- Też. Ale również i z zawodowym boksem. Kiedyś niemal każdy turniej kickbokserski w Polsce przebijał się do telewizji. Za tym szło zainteresowanie kibiców, sponsorów, a co za tym idzie także pieniądze.

Z czasem zawodnicy zaczęli odpływać do bardziej medialnego boksu, czy MMA. Sam też próbowałem swoich sił w boksie, ale uznałem, że to jednak nie dla mnie. Trening bokserski traktuję wyłącznie, jako uzupełnienie.

A jak to wygląda w innych krajach Europy?

- Wciąż są miejsca, gdzie kick-boxing jest lubiany, a zawodnicy szanowani. To Francja, Wyspy Brytyjskie. Tam warto się bić.

I zarabiać?

- Sam dotąd na kickboxingu na pewno się nie dorobiłem. Mam sponsora, który dostarcza mi odżywki i suplementy diety. Mogę też liczyć na pomoc władz Bytomia, które pomogły mi zorganizować majową walkę o mistrzostwo Europy.

Liczę, że teraz to się zmieni, że walka o tytuł Interkontynentalnego Mistrza Świata będzie magnesem dla sponsorów. Prawda jest bowiem taka, że dotąd dokładałem do organizacji walk z własnej kieszeni.

Chce Pan wywalić kopniakiem drzwi do większych pieniędzy? Do tych lepiej opłacanych gal we Francji czy w Irlandii?

- Nie. Nie mam takiego celu. Mam już 37 lat, a więc bliżej, niż dalej do końca kariery. Chcę wywalczyć tytuł mistrza świata, a potem skupić się na pracy trenera.

Pana trenerem jest były mistrz świata Cezary Podraza. Wiem, że pracujecie w bardzo trudnych warunkach. W małej salce, gdzie brakuje powietrza....

- To prawda, ale nie ma co narzekać. To może nawet i mój atut. Gdy w czasie walki rywalowi brakuje już tlenu, ja wciąż jestem świeży, bo przecież na co dzień tego tlenu nigdy dość nie mam.

Czy do kick-boxingu wciąż garną się młodzi ludzie?

- Na szczęście młodzieży nie brakuje. Niestety wiele młodych osób ma słomiany zapał. Przychodzi dziesięciu nowych, a po dwóch, trzech miesiącach zostaje jeden. Ci co zostają zazwyczaj wyrastają na klasowych zawodników. Ale są i tacy, który wybierają potem boks, czy wspominane już MMA.

A kobiety też lubią walczyć?

- Mam również zajęcia w klubie fitness. Właśnie dla kobiet. Panie też lubią się zmęczyć. Przecież to wszystko dla zdrowia. A, gdy dowiadują się, że pracują z mistrzem Europy, to zaciskają zęby i starają się jeszcze bardziej.