Górnik Zabrze. Radosław Janukiewicz wypożyczony na rok. "Kto podaje mi rękę, ten nie żałuje" [WYWIAD]

- Jeśli w Górniku będą ze mnie zadowoleni, to na jednym roku gry na pewno się nie skończy. Nie jestem z tych, którzy zmieniają pracodawców jak rękawiczki - mówi Radosław Janukiewicz, który został wypożyczony z Pogoni Szczecin do Górnika Zabrze.


Ponad tydzień trwały starania klubu z Roosevelta o Radosława Janukiewicza. W piątek wszystko działo się już jednak bardzo szybko - po zaliczeniu testów medycznych 31-latek związał się z zabrzanami. - Zostałem wypożyczony na rok, ale Górnik ma opcję pierwokupu. Za symboliczną kwotę - zdradza Janukiewicz, który półtora miesiąca temu został przesunięty do rezerw Pogoni.

Kamil Kwaśniewski: Jak wyglądał pana letni okres przygotowawczy?

Radosław Janukiewicz: Przez pierwsze dwa tygodnie, gdy trwały urlopy, trenowałem indywidualnie. Pomagał mi Zbigniew Długosz, który był trenerem bramkarzy Pogoni, kiedy trafiłem do Szczecina. Później natomiast przygotowywałem się z drugą drużyną. Zaliczyłem obóz, zagrałem w kilku sparingach.

Bramkarz, który przez trzy sezony jest zdecydowanym numerem 1, nagle trafia do rezerw i na listę transferową. Coś tu nie gra...

- Przyszedł trener Michniewicz i zaczął budować drużynę pod siebie. Ja do jego koncepcji nie pasowałem. Powiedział mi, że szuka bardziej perspektywicznych zawodników. Nie powiem - trochę mnie to zdziwiło, bo 31 lat to jak na bramkarza jeszcze nie tak wiele. Stary na pewno się nie czuję. Tak czy siak, musiałem szukać nowych rozwiązań. Pojawiła się opcja z Górnika i nie było się nad czym zastanawiać.

W Zabrzu wiążą z panem ogromne nadzieje. W końcu solidny bramkarz to jeden z priorytetów.

- Miałem w swojej przygodzie z piłką wzloty i upadki, ale nikt, kto podał mi rękę, później tego nie żałował. Myślę, że w Górniku też tak będzie. Bardzo chcę pokazać, że potrafię dobrze grać w piłkę. A jeśli w klubie będą ze mnie zadowoleni, to na jednym roku na pewno się nie skończy. Nie jestem z tych, którzy zmieniają pracodawców jak rękawiczki.