Lech Poznań wygrał 3:0! Videoton trafiony prosto w kineskop, faza grupowa blisko!

Lech gra znacznie lepiej w europejskich pucharach niż w lidze - mówił trener Maciej Skorża. Mistrza Węgier Videoton Szekesfehervar rozbił 3:0 i jest o krok od celu - fazy grupowej!
Jest różnica między FC Basel a Videotonem Szekesfehervar - piłkarze Lecha przekonali się o tym bardzo szybko. Już po 11 minutach trafili rywala z Węgier prosto w kineskop - pięknie piłkę dograł Barry Douglas, a subtelnym, acz solidnym pacnięciem jej bez przyjęcia do siatki wpakował Karol Linetty.

Pierwszy z gratulacjami pobiegł szkocki obrońca, ale zaraz za nim - Gergo Lovrencsics, jedyny z węgierskich piłkarzy Lecha Poznań, który wyszedł od pierwszej minuty na mecz z rodakami. Nakręcony, nabuzowany, kipiący, jakby najadł się ostrej papryki, to właśnie on prowadził sztandar Lecha w akcjach na bramkę Videotonu. - To nie jest tak, że ja ich nienawidzę. Jak ich tylko chcę pokonać - powiadał przed meczem, ale nie jest tajemnicą, że żaden z Węgrów w Lechu nie przepada za Videotonem.

Nade wszystko jednak nikt w Lechu nie przepada za taką sytuacją, jaka tu miała miejsce w ostatnich tygodniach, gdy Kolejorz niemal przestał wygrywać. Z ostatnich meczów zwyciężył jedynie z Olimpią Grudziądz w Pucharze Polski, zupełnie jakby zaciął się w okolicach meczów z FC Basel, które położyły kres marzeniom o Lidze Mistrzów.

Lech miał jednak jeszcze jedną próbą, drugą szansę właśnie z Videotonem. Tym razem musiał ją wykorzystać, bo trudno było prosić los o lepszego rywala. Nie dość, że niżej notowany od Lecha, to na dodatek w straszliwych opałach. Videoton Szekesfehervar - rewelacja poprzedniego sezonu - jest teraz w lidze węgierskiej bity przez każdego. Po odejściu hiszpańskiego trenera Joana Carillo oraz kluczowym graczy z Nemanją Nikoliciem (do Legii Warszawa) na czele drużyna się rozsypała. Dwa dni przed starciem z Lechem zwolniła szkoleniowca Bernarda Casoniego. A gdy wyszła na murawę, widać było, że przewyższa Lecha problemami, jakie je dosięgły tego lata, za to ustępuje mu umiejętnościami.

Gdy Karol Linetty wykorzystał zagranie szkockiego kolegi, pokazał właśnie to, na co kibice przy Bułgarskiej czekają - kunszt i siłę ofensywną Lecha. Gdyby mistrz Polski pokazywał ją wcześniej, może nie musiałby grać meczu pięciolecia - jak go określono w Poznaniu - przy stadionie w ponad połowie pustym. Przyszło zaledwie 14 133 widzów.

Videoton jakby chciał jeszcze ułatwić zadanie polskiej drużynie. Tymczasowy trener Tamas Petö posadził na ławie Istvana Kovacsa. Faceta, który dawał wiele jakości węgierskiemu mistrzowi w środku pola. Nie zagrał też lider zespołu, bardzo doświadczony obrońca Roland Juhasz. Człowiek ten miał podejrzenie zerwania więzadeł po meczu eliminacji Ligi Mistrzów z BATE Borysów, o jakimkolwiek występie przeciwko Kolejorzowi miało w ogóle nie być mowy. A jednak reprezentant Węgier, były gracz Anderlechtu i przyjaciel Marcina Wasilewskiego przyjechał do Poznania, trenował przy Bułgarskiej, zapowiadał występ, by... usiąść na ławce.

Videoton nie miał żadnych atutów. Żadnych. Cofnął się, bronił w siedmiu czy ośmiu graczy, z przodu próbowali natomiast coś ustrzelić Alhassane Soumah, który jednak swoimi postępkami na boisku przynosił afront szkółce primavera Juventusu, z której się wywodził, oraz Adam Gyurcso. To ten zawodnik niemiłosiernie marnował kontry, na jakie Lech nadziewał się w pierwszej połowie spotkania. Trzeba jednak przyznać, że to on groźnym strzałem w końcu zmusił Jasmina Buricia do interwencji.

Lech miał lepsze okazje. Piękna akcja Kaspra Hämäläinena z Szymonem Pawłowskim wyprowadziła poznańskiego skrzydłowego na czystą okazję bramkową. Ten jednak ją zmarnował.

Poznaniacy po impecie, z jakim uderzyli na Węgrów w początku meczu, potem nieco ostygli. Nie tak łatwo było im przedrzeć się przez madziarskie szyki. Może nieco obawiali się też tego, co stanie się z tak sympatycznymi okolicznościami meczu, gdyby jednak padł jakiś gol dla rywali. Miał też kilka słabych punktów, takich jak chociażby Denis Thomalla, po raz kolejny grający na skandalicznym poziomie.

No i Węgrzy po przerwie zaczęli faktycznie hasać. Gwinejczyk Alhassane Soumah pogubił się w dobrej okazji, kilka oskrzydlających dośrodkowań poleciało w pole karne Jasmina Buricia. Lech odpowiedział kontrą błysk, po której łupnął przepotężnie Gergo Lovrencsics i serbski bramkarz Videotonu Branislav Danilović z trudem bronił.

I to właśnie bramkarz wbił Videotonowi samobójczego gola, po strzale głową Denisa Thomalli. Niemiec jednak spudłował, trafił w słupek. Piłka odbiła się od niego, następnie od bramkarza i dopiero wtedy wpadła do siatki.

A 10 minut później Lech ruszył znowu i zdobył trzeciego gola, chyba najprzyjemniejszego dla strzelca, którym był Łukasz Trałka. Wykorzystał on ładne dogranie piłki przez Szymona Pawłowskiego i zdobył swego pierwszego gola dla Lecha od dwóch lat, od 11 sierpnia 2013 roku (mecz z Koroną Kielce).

Komu jak komu, ale kapitanowi Kolejorza się to naprawdę należało.

Gol pieczętował wygraną Lecha, która przed rewanżem (27 sierpnia w Szekesfehervar) stawia go w naprawdę dobrej sytuacji.

Lech Poznań - Videoton Szekesfehervar 3:0 (1:0)

Bramki: 1:0 Linetty (11.), 2:0 Danilović (samobójcza, 57.), 3:0 Trałka (68.)

LECH: Burić Ż - Kędziora, Dudka, Kamiński, Douglas - Trałka, Linetty Ż- Lovrencsics (80. Robak, 89. Holman), Hämäläinen (83. Formella), Pawłowski - Thomalla

VIDEOTON: Danilović - Szolnoki, Lang, Vinicius, Fejes - Simon Ż, Patkai (71. Trebotić) - Gyurcso (89. Sejben), Ivanovszki, Oliveira - Soumah (57. Kovacs Ż)

Sędzia: Oliver Drachta (Austria)

Widzów 14 133