Nie było długiego serialu. Zwyciężył zdrowy rozsądek [FELIETON]

Mało brakowało, żeby Alvaro Ricardo Faustino Gomes, czyli po prostu, zwyczajniej i krócej - Alvarinho - stał się bohaterem historii równie koszmarnie głupiej jak dzieje postaci z tasiemcowo długich południowoamerykańskich seriali.
Zawiązanie akcji tej sagi z Alvarinho poraziło jak grom z jasnego nieba, jak przystało na południowoamerykański serial. Na jej początku piłkarz odmówił wyjścia na trening. Pojawiła się więc "zdrada" - bardzo dobra i można by rzec klasyczna inicjacja tego rodzaju sagi, tym bardziej że trener Zawiszy Mariusz Rumak obwieścił utratę zaufania swojego i kolegów z zespołu.

Potem, dla ulżenia napięcia, w historii z Portugalczykiem pojawiło się trochę komedii. Uśmiech mogło tylko wywołać, gdy dyrektor sportowy Łukasz Skrzyński wkroczył w serial jako bohater niewiedzący, że jego klub jest na dobrej drodze do utraty gwiazdy.

Komizm błyskawicznie zamienił jednak się w suspens. Lękiem powiało, kiedy nagle Alvarinho zniknął. Zapadł się pod ziemię. Nie zjawił się na badaniach lekarskich, telefonu nie odbierał. Tajemnicza utrata kontaktu z człowiekiem w Polsce zdarza się rzadko, a w Bydgoszczy się akurat przydarzyło.

I wreszcie nastąpiło jednak szczęśliwe zakończenie. Sprawa została rozwiązana, a "zdrada" wybaczona. Wszystko poszło na karb "błędów młodości".

Dworuję sobie, wpisując piłkarską historyjkę z Alvarinho w serialowy scenariusz, lecz do śmiechu wcale nie było. Na szczęście w Zawiszy doszedł w pewnym momencie do głosu zdrowy rozsądek. Węzeł gordyjski został rozcięty i klub nie pozwolił sobie na dobrowolną stratę bardzo potrzebnego piłkarza. Alvarinho, który tłumaczył swoje nietrenowanie bólem pleców, zostanie kompleksowo zbadany. Poczuje przy okazji, że odzyskał zaufanie trenera. Nic lepszego w tym trudnym dla Zawiszy momencie nie mogło się zdarzyć, bo Alvarinho jest potrzebny na boisku, choćby tylko do końca obecnej umowy z klubem.