List czytelnika: Degrengolada w jednym z najstarszych krakowskich klubów

Publikujemy list czytelnika, który opisuje wojenkę działaczy Płaszowianki z trenerami i mieszkańcami Płaszowa.
Jeszcze niedawno, bo w 2009 roku piłkarze Płaszowianki, prowadzeni przez byłego mistrza Europy juniorów Wojciecha Rajtara, cieszyli się z awansu do klasy okręgowej, a przed sekcją piłkarską rysowała się ciekawa przyszłość. Trzy lata później włodarze klubowi wycofali zespół seniorów z rozgrywek, który tym samym przestał istnieć. Był to dopiero początek futbolowej degrengolady w tym zasłużonym klubie. Rok po roku zostawały rozwiązywane kolejne zespoły - oldbojów, juniorów, trampkarzy i młodzików. Tylko dzięki determinacji jednego z trenerów Marcina Kusia i rodziców najmłodszych piłkarzy przetrwały zespoły orlików i żaków. Ale też tylko do czasu.

Płaszowianka jest jednym z najstarszych krakowskich klubów sportowych. Został założony w 1934 r. W latach dziewięćdziesiątych klub mógł się pochwalić prężnie działającymi sekcjami piłki nożnej, łuczniczą, tenisa stołowego, kulturystyczną, a także bokserską. W owym czasie mecze piłkarskie Płaszowianki były bardzo ważnym wydarzeniem dla mieszkańców okolicznych osiedli i domów (których było wtedy dużo mniej niż obecnie) przyciągając na kameralny stadion rzesze kibiców, wśród których byli rodzice, dziadkowie i koledzy piłkarzy. Z czasem zainteresowanie rywalizacją piłkarzy malała, tak jak malała liczba trenujących. Było to po części związane z wahaniami demograficznymi, a także z pojawieniem się nowych form spędzania czasu wolnego jak chociażby komputery i internet.

W 2012 roku w Płaszowiance funkcjonowały jednak drużyny oldbojów, seniorów, trampkarzy w IV lidze, młodzików w IV lidze, drużyna orlików i grupa naborowa, która miała stworzyć zespół żaków. Klub nie mógł narzekać na sytuację finansową, ponieważ otrzymywał z Urzędu Miasta Krakowa niemałe granty finansowe na obiekt, sprzęt sportowy i trenerów. Już wówczas jednak brakowało sprzętu do treningu odpowiedniej jakości, a treningi, zwłaszcza w starszych grupach wiekowych, odbywały się nieregularnie, ale w klubie była grupa ludzi, która pozwalała z małym optymizmem patrzeć na przyszłość sekcji piłkarskiej i jej powrót do lat świetności.

Łabędzim śpiewem był ówczesny sezon - drużyna orlików awansowała do finałów Halowych Mistrzostw Krakowa, a drużyna młodzików awansowała najpierw do III ligi, a po pół roku do II ligi. Wówczas już można było się zastanawiać, dlaczego na decydujących meczach nie pojawił się nikt z włodarzy klubowych. Klub na transferach młodych piłkarzy zdobył nawet pewne środki transferowe. Wtedy też pojawiły się pierwsze symptomy upadku futbolu w Płaszowie. Najpierw wycofano z rozgrywek drużynę seniorów, potem juniorów, a oldbojom, którzy przez wiele lat reprezentowali barwy klubu, kazano płacić 500 złotych... za każdy mecz rozgrywany na boisku Płaszowianki.

Rok później zarząd klubu pozostał głuchy na prośby grupy chłopców na reaktywowanie drużyny juniorów młodszych, a na głównym boisku mogli trenować tylko zawodnicy drużyny żaków. Treningi piłkarskie dla pozostałych zawodników odbywały się na boisku bocznym oddzielonym tylko wałem ziemnym od torów łuczniczych, na których także równocześnie prowadzono treningi. Doszło do tego, że na stadionie więcej ludzi uprawiało jogging niż grało w piłkę. W kolejnym roku konflikt na linii zarząd klubu - ludzie związani z piłką nożną nasilił się. Pojawiły się problemy z dostępem do sprzętu potrzebnego do treningów, udostępnianiu głównego boiska, a nawet z terminowym wypłacaniem wynagrodzenia trenerom. Sytuacja stała się na tyle poważna, że rodzice dzieci uczęszczających na treningi wystosowali list do p. Tomasza Urynowicza, ówczesnego Przewodniczącego Komisji Sportu i Turystyki w Radzie Miasta Krakowa, z prośbą o zainteresowanie się sprawą nieprawidłowego wypełniania obowiązków przez władze KS Płaszowianka, a radna Katarzyna Pabian zorganizowała w klubie Komisję Sportu Rady Dzielnicy XIII celem sprawdzenia działalności klubu.

Nie przyniosło to żadnych efektów, a wręcz odwrotnie. Wiosną 2014 r. w dniu meczu drużyny młodzików ze Świtem Krzeszowice, decydującego o ich awansie do II ligi, zorganizowano zawody łucznicze, co uniemożliwiło rozegranie tego spotkania ze względów bezpieczeństwa. Pomimo interwencji trenerów u władz klubu, na obiekcie Płaszowianki odbyły się zawody łucznicze, ale na szczęście uniknięto oddania meczu walkowerem i zorganizowano go na boisku... TS Rybitwy. Mecz wygrała drużyna Płaszowianki i awansowała do II ligi. W tym samym czasie rodzicie kilkukrotnie interweniowali u władz klubu w sprawie zakazu przeprowadzania treningów na głównym boisku, które było... wynajmowane komercyjnie okolicznym firmom, a piłkarze Płaszowianki byli zmuszeni ćwiczyć na bocznym boisku, oddzielonym wałem ziemnym od torów łuczniczych, na których także równocześnie prowadzono trening.

Na całe szczęście nigdy nie doszło do wypadku z tym związanym. Konrad Ryl, były zawodnik Płaszowianki tak wspomina upadek futbolu w Płaszowiance: - "Pamiętam lata świetności tego klubu, nawet jak się jeszcze przebierało w barakach. Po tym jak nie udało nam się awansować do 1 ligi juniorów starszych, klub zaczął powoli upadać. Zaczęto wszystko rozwiązywać, mimo iż byli chętni do gry"

A ojciec jednego z młodych piłkarzy, pan Artur, pytał zarząd poprzez forum internetowe (bo gdyby zrobiłby to normalnie, to nikt by się o tym nie dowiedział) "dlaczego nie dostałem nigdy pokwitowania za wpłacenie składek? Dlaczego mój syn nie mógł grać na głównej płycie boiska podczas treningów, a było ono wynajmowane na komercyjne mecze? Jako mieszkaniec Płaszowa płacący podatki żal mi tylko tej infrastruktury piłkarskiej, która obecnie się marnuje".

W połowie 2014 roku zwolniono z klubu trzech ostatnich trenerów drużyn młodzieżowych, sugerując, że działali na szkodę klubu. W klubie było coraz mniej trenujących dzieci, a właściwie to ich w pewnym momencie wcale nie było. Po kilku miesiącach spróbowano reaktywować najmłodsze grupy - w tej chwili trenuje w sumie około 30 chłopców w drużynach 6-8 i 9-12 lat, a więc połączonych drużynach skrzatów i żaków oraz orlików i młodzików. Nie jest to zbyt imponująca liczba wobec faktu, że klub funkcjonuje w okolicy, gdzie mieszka kilkadziesiąt tysięcy ludzi w nowopowstałych na przestrzeni ostatnich kilku lat osiedlach. Pani Anna na Facebooku wspomina, że "przez 9 lat trenowałam w tym klubie łucznictwo. Pamiętam tłumy na torach łuczniczych, a na placach młodzież wypoczywająca i rodziców z dziećmi. Pamiętam czasy kiedy graliśmy na boisku w siatkę. Gdzie to wszystko się podziało? Ją nadal tam przychodzę z dzieckiem, ale jestem jedną z nielicznych. A tylko dlatego że Płaszowianka powoli zamienia się w ruinę, nawet jednej ławki nie ma żeby usiąść. Chciałabym aby obiekt ten wyglądał tak jak 15 lat temu".

Na pobliskim boisku Orlik od ponad roku funkcjonuje Szkółka Piłkarska Płaszów, którą otworzył wraz z rodzicami były trener i zawodnik Płaszowianki Marcin Kuś w odpowiedzi na destrukcyjne działania włodarzy klubu. W chwili obecnej szkółka może się poszczycić grupą ponad 60 dzieci trenujących tylko w dwóch grupach wiekowych żaków i orlików, a kolejnych 12 chłopców z Płaszowa ćwiczy na zasadzie wypożyczenia w drużynie młodzików Podgórza, ale od przyszłego roku mają już reprezentować barwy Szkółki Płaszów, która ma w planach stworzenie takiej drużyny. Na tym samym Orliku bawi się w piłkę nożną około 40 dzieci w Football Academy.

Otwarcie wspomnianej szkółki piłkarskiej spowodowało, że włodarze Płaszowianki poczuli się zagrożeni i starają się przyciągnąć większą liczbę dzieci, poprzez... informację na klubowej stronie internetowej i plakatach rozwieszonych w szkołach. Jednak na razie nie przynosi to specjalnie efektów. Nie doszedł do skutku także letni obóz. Na łamach forum internetowych i na Facebooku toczyła się dyskusja między trenerem Kusiem a włodarzami Płaszowianki, którzy oskarżali go o działania na szkodę klubu. Sami rodzice opowiedzieli się jednoznacznie zapisując dzieci do szkółki piłkarskiej. Jeden z rodziców, pan Jerzy, skomentował to słowami: "Przepisaliśmy dzieci do szkółki po spotkaniu z zarządem KS Płaszowianka. Dobrowolnie, z chęcią i nie na siłę. To, że Pan Kuś założył szkółkę było jedynie konsekwencją działań zarządu. Większość osób nie toleruje jak się nich kpi, wyśmiewa i ignoruje, a takie stanowisko przyjął zarząd KS Płaszowianka w stosunku do nas. To co teraz robią to próba ratowania, a czego to niech sobie każdy dopowie".

Skończyło się to na razie tym, że prezes Płaszowianki Zygmunt Włodarczyk, który wcześniej pełnił funkcję przewodniczącego rady dzielnicy Podgórze i był radnym Miasta Krakowa, przegrał sromotnie w ostatnich wyborach samorządowych, nie otrzymując mandatu radnego nawet w swojej dzielnicy. Wynika z tego, że mieszkańcy Płaszowa i okolic opowiedzieli się w ten symboliczny sposób przeciw działaniom władz Płaszowianki. Ostatnie wydarzenia pokazują, że dotychczasowe działania zarządu Płaszowianki przelały czarę goryczy wśród lokalnej społeczności. Kolejnym tego przykładem jest inicjatywa mieszkańców Płaszowa, którzy w ostatnich dniach złożyli ponad 130 deklaracji członkowskich do Płaszowianki, chcąc mieć bezpośredni wpływ na funkcjonowanie klubu, który jest de facto dobrem lokalnej społeczności, a nie prywatną własnością kilku osób.

Zgodnie z prawem o stowarzyszeniach członkostwo klubowe da im możliwość wpływu na zarządzanie klubem i wybór władz. Czym to się skończy, pokażą najbliższe tygodnie, ale wydaje się, że przed Płaszowianką rysują się teraz naprawdę ciekawe perspektywy. Liczne grono rodziców, a także byli zawodnicy Płaszowianki (piłkarze i łucznicy) z trenerem Kusiem na czele, którzy złożyli deklaracje członkowskie (notabene niezbyt chętnie przyjęte w klubie, trener Kuś opisał to następującymi słowami: "nagle okazało się, że sekretariat był zamknięty i nagle zniknęły gdzieś klubowe pieczątki. Na szczęście po godzinie dyskusji z władzami KS Płaszowianki deklaracje przyjął wiceprezes ds. finansowych; po kilku dniach zamknięto klubowe biuro ponoć z powodu przerwy wakacyjnej. Wspomniany wcześniej pan Jerzy powiedział, że spotkanie z v-ce prezesem wyglądało równie przyjemnie - coś tam mruczał pod wąsem, nie chciał z nami rozmawiać, piętrzył problemy i traktował jak intruzów. Proszę wybaczyć ale takie traktowanie mieszkańców (rodziców) jest nie na miejscu. Temu Panu już dziękujemy") chciałoby zdynamizować działalność klubu i otworzyć go dla mieszkańców okolicznych osiedli.

Sam trener powiedział: "zauważaliśmy, że młode osoby często rezygnują ze sportu kosztem telewizji, internetu, czy gier komputerowych. Zadaniem takich klubów jak KS Płaszowianka jest aktywne przeciwdziałanie takim zjawiskom. Tak się jednak nie dzieje, głównie dzięki działaniom obecnych władz klubu. Sam byłem świadkiem, jak często młodzi ludzie byli przeganiani z obiektu KS Płaszowianka pod byle pretekstem, a firmy które płaciły za wynajem obiektu mogły robić na nim wszystko. Wspólnie z bardzo dużą grupą rodziców postanowiliśmy działać".

W podobnym tonie wypowiada się radny dzielnicy Podgórze Szymon Toboła: "to lokalna społeczność chce zmian, a nie jedna osoba, jak niektórzy sugerują. Mogę zagwarantować, że łucznictwo w tym klubie jest i będzie. Pasjonaci łuków mają pełne poparcie działania z mojej strony, jednak zarządzanie klubem KS Płaszowianka potrzebuje świeżości w zarządzaniu, a nie stagnacji, która trwa już trochę za długo. Chciałbym być dumny z tego obiektu, bo zostawiłem tam mnóstwo dzieciństwa i mam dużo wspomnień z tym związanych. Boli mnie fakt, że na takim obiekcie tak mało się dzieje. Zapraszam do wpisywania się do klubu, bo każdy może być członkiem Płaszowianki i wszyscy mogą decydować o przyszłości tego obiektu".

Co może zaoferować profesjonalnie zarządzany klub dzielnicowy, pokazują takie kluby jak Prądniczanka Kraków, Orzeł Piaski Wielkie czy Borek Kraków. Kluby te zapewniają wykwalifikowanych trenerów, którzy na okres treningu przejmują odpowiedzialność za dzieci, co jest lepszym rozwiązaniem dla rodziców niż luźna kontrola animatora na Orliku. Dobrze zorganizowany klub, przy którym działa szkółka piłkarska, może zagwarantować dobrej jakości opiekę, sprzęt oraz mocne poczucie symbolicznej przynależności do grupy i związane z tym emocje sportowe. By tak się działo, władze klubowe powinny mieć dobre rozeznanie w potrzebach lokalnej społeczności, zwłaszcza tej najmłodszej, efektywnie wykorzystywać przyznawane im dotacje oraz granty publiczne, dbać o istniejącą infrastrukturę i starać się ją polepszać (boiska trawiaste, hale itp.) oraz stworzyć miejsce spotkań i integracji lokalnej społeczności. Dotychczasowi włodarze Płaszowianki chyba o tym zapomnieli, a wręcz przeciwnie: zaniechali prawie jakichkolwiek działań i zniechęcili do siebie dużą część lokalnej społeczności. Ich opozycjoniści mają już pomysł na sprawne funkcjonowanie klubu.

Marcin Kuś tłumaczy: "Chcielibyśmy współpracować ze szkołami i przedszkolami, które są na terenie Płaszowa. Chcemy także blisko współpracować z Radą Dzielnicy Podgórze, jak i Radą Miasta Krakowa. Planujemy zainteresować firmy, których jest bardzo dużo w okolicy, że warto reklamować się poprzez sport młodzieżowy. Przede wszystkim jednak chcemy doprowadzić do tego, że ludzie na nowo z chęcią będą przychodzić na obiekty KS Płaszowianka. Teren ten powinien tętnić życiem, a nie umierać powoli, jak w tej chwili. Aby się tak stało trzeba wielu zmian: w zarządzie, sposobie prowadzenia klubu, zwiększenia przejrzystości umów i członkostwa. Księgowość nie może być prowadzona ołówkiem, ludzie w zarządzie muszą mieć chęć pracy, a nie tylko kiwania palcem".