Prezes Motoru Waldemar Leszcz: Jesteśmy skazani na sukces

- Mam pomysł na to, żeby stworzyć modę na Motor. Żeby całe rodziny przychodziły na mecze na Arenie Lublin, a lubelscy przedsiębiorcy nie wahali się go wspierać - mówi Waldemar Leszcz, prezes Motoru. Stadion się jednak nie wypełni, gdy nie będzie wyników. - Jesteśmy skazani na klub co najmniej pierwszoligowy - dodaje.
Michał Jackowski, Wiesław Pawłat: Malkontenci twierdzą, że ten stadion jest zbędny.

Waldemar Leszcz: Arena Lublin jest w mieście potrzebna i ja zawsze będę tego bronił. Stadion jest tak samo potrzebny jak filharmonia, teatr, kino czy galerie handlowe. Każdy ma swój pomysł na życie, a kibiców jest mnóstwo, nie mniej niż melomanów.

Po ponad roku mojej pracy jako prezesa widzę, jak bardzo Motor leży na sercu lublinianom. Jest wiele osób zaangażowanych w to, żeby ten klub się rozwijał. Jestem przekonany, że nikt inny nie sprawi, że ten stadion zapełni się cyklicznie kilkunastoma tysiącami widzów. Oczywiście można zrobić mistrzostwa świata czy wydarzenia kulturalne, ale to wszystko musi być obok drużyny, która na stadionie występuje w rozgrywkach ligowych.

Jednak w zaledwie III lidze Arena Lublin nie wypełni się kibicami...

- To prawda. W takim jednak momencie się znajdujemy i musimy się z tym problemem zmierzyć. Mój pomysł jest taki, żeby nie żyć wielkimi wizjami, ale spróbować pogodzić realia z oczekiwaniami. Każdy dobry mecz powoduje, że coraz więcej ludzi będzie chciało tu wrócić. Nie uczynię cudu i nie obiecam, że na każdy mecz przyjdzie po 10 tys. ludzi. Ale jestem pewien, że na baraż o wejście do II ligi już tyle osób będzie. Żeby odnieść sukces, musimy zaangażować jeszcze więcej ludzi i zdobyć jeszcze więcej środków finansowych, jednak już teraz mamy wszystko, żeby awansować o szczebel wyżej.

Czego zatem zabrakło, żeby już w tym sezonie rywalizować z najlepszymi?

- Każdej drużynie z czołówki czegoś zabrakło. Stal Rzeszów wygrała ligę, ale nie poradziła już z sobie w barażach z Olimpią Zambrów. Jakbyśmy nie stracili bramki na 2:2 w Rzeszowie po kuriozalnej sytuacji, to my gralibyśmy w barażach.

Na sytuacji w tabeli zaważyła jednak fatalna jesień w waszym wykonaniu i 14 punktów straty do lidera.

- Jednak musimy pamiętać, że do rozgrywek przystąpiliśmy z wieloma nowymi zawodnikami. Byli to piłkarze młodzi, z niższych klas rozgrywkowych, ale - co ważne - z regionu. Przyznam, że był to zespół trochę z łapanki, ale mimo wszystko na jesieni udało się na tyle zestawić tę drużynę, że nie grała źle. W końcówce rundy dopadły nas jednak kontuzje, doszły kartki i to odbiło się na wynikach. W zimie finansowo stać nas było na wzmocnienia. Chcieliśmy awansować, ale wiedzieliśmy, że nie wszystkie elementy mogą na to pozwolić. Ważne jest to, że ten zespół zrobił postęp bez przekraczania budżetu. Zbudowaliśmy szkielet drużyny, która po drobnych zmianach może teraz bezwzględnie bić się o awans.

Jednak szansy na kontynuowanie dobrej pracy z wiosny nie dostał trener Sawa. To była najtrudniejsza decyzja prezesa Waldemara Leszcza?

- Najtrudniejsze decyzje jeszcze przede mną. Ktoś, kto chce być prezesem klubu, musi podejmować decyzje personalne. Biorę za to pełną odpowiedzialność. Trener Sawa zrobił bardzo dobrą robotę. Czasami jednak to nie wystarcza i dokonuje się zmiany. Dominik Nowak ma w CV awans z IV do I ligi. Chcemy, żeby to powtórzył w Lublinie. Liczymy na to, że da drużynie świeże spojrzenie, dodatkowy impuls i podzieli się swoim już bogatym doświadczeniem nie tylko w kwestii szkoleniowej. Mariusz Sawa zostaje w klubie. Jest teraz trenerem w Centralnej Lidze Juniorów i ma za zadanie przygotować młodych zawodników do występów w seniorskiej piłce. Dzięki temu i temu, jakie wyniki osiągnął z seniorami, będzie miał duży wpływ na ewentualny awans.

Juniorzy są waszym oczkiem w głowie?

- Przy kadrze pierwszego zespołu jest siedmiu juniorów. To są zawodnicy, którzy mogą dać nam jakość na pozycji młodzieżowca. Uporządkowaliśmy kwestie juniorskie. Teraz wszystkie drużyny młodzieżowe są w strukturach klubu. W tej chwili mamy w 20 grupach ponad 450 chłopców i w regionie trudno jest o lepsze dzieciaki. To ma być fundament, żeby w klubie zawsze byli chłopcy, którzy oddadzą za ten klub serce.

Presja miasta, kibiców jest ogromna. Jak nie będzie awansu w tym roku, to nie będzie już w klubie trenera Nowaka...

- ...i prezesa Leszcza też nie będzie. To jest kwestia nie presji, tylko odpowiedzialności za to, co się robi. Cel jest jasno określony. To nie może być klub trzecioligowy. Muszę jednak rozpatrywać różne scenariusze. Przecież nie wiem, jakimi budżetami operują nasi rywale. Możemy wygrać ligę w cuglach, ale potkniemy się w dwumeczu barażowym.

Sam awans do II ligi to jednak dopiero pierwszy krok. Trener Nowak wspomina o ekstraklasie.

- Nie da się wejść do ekstraklasy, nie wszedłszy wcześniej do II ligi. Zróbmy ten krok. Wierzę, że jeśli nadal będzie takie duże wsparcie miasta i innych głównych partnerów, to pójdziemy dalej. Jesteśmy skazani na klub co najmniej pierwszoligowy. Infrastruktura, wielkość miasta, jakość szkolenia młodzieży są już u nas na poziomie między I ligą a ekstraklasą. To się rozbija o szczegóły finansowe. Najpierw wykonajmy pracę i później zbierajmy tego owoce. Już w grudniu będziemy musieli myśleć o tym, jak wzmocnić ten zespół, żeby zawodnicy dawali nam jakość już w wyższej lidze. Ale nie może być to zespół papierowy, a takich było w Motorze już kilka, tylko stworzony w boju.

Wizerunek Motoru przez lata był niszczony. Sporo błota musicie zrzucić ze swoich barków.

- Mam pomysł na to, żeby stworzyć modę na Motor. Żeby całe rodziny przychodziły na mecze, a lubelscy przedsiębiorcy nie wahali się go wspierać. Stworzyliśmy Klub Biznesu Motoru Lublin i już ponad 20 firm nam pomaga. Od małych do dużych. Zamierzamy nadal iść w tym kierunku, chcemy, żeby dawali nam drugie tyle, co miasto. Trzeba pamiętać, że budżet klubu II-ligowego to 4-5 mln zł, żeby móc dalej iść, musimy już teraz zabezpieczać środki, aby spokojnie funkcjonować na wyższym szczeblu.

Zrobiliśmy wiele rzeczy, których ktoś z boku nie dostrzega. Przenieśliśmy mecze na Arenę, stworzyliśmy system internetowej sprzedaży biletów przez własny portal, a to normalnie kosztuje kilkaset tysięcy złotych. Wprowadziliśmy elektroniczne karty kibica i wprowadzamy program lojalnościowy dla wszystkich partnerów i kibiców.

Najbardziej fanatyczni kibice nigdy nie należeli do aniołków.

- Środowiska kibicowskie są specyficzne na całym świecie i musimy się nauczyć z nimi rozmawiać. W tej chwil nasza współpraca jest ułożona. Mamy jeszcze kilka aspektów do poprawy, ale pełny stadion jest celem zarówno ich, jak i naszym. Kibice wiedzą, czego od nich wymagamy, wiedzą też, jaką pomoc dla nas stanowią. Nie ma mowy o odcięciu się klubu od kibiców. Ale nasza współpraca musi być transparentna. Oni już wiele robią, żeby zaprosić fanów na mecze. Na Arenie jest fantastyczna atmosfera. Jest bezpiecznie. Średnią frekwencję mamy na poziomie pierwszej ligi. Jakość obsługi na stadionie poprawia się z każdym tygodniem. Wiadomo, że jak jakiś kibic raz się wygłupi, to jest to momentalnie nagłośnione i to ludzi odstrasza. Natomiast z informacjami o wspaniałej atmosferze nie zawsze udaje się przebić.

DYSKUTUJ Z NAMI O LUBELSKIM SPORCIE NA FACEBOOKU