FC Basel - Lech Poznań. Bazylea spokojna przed meczem z Lechem Poznań

Jeśli Lech chce pozostać w grze o Ligę Mistrzów, musi dokonać niemal niemożliwego. W Bazylei nikt nie wierzy w to, że odrobi stratę z pierwszego meczu, przegranego 1:3.
Gdy przylatuje się do Bazylei, pierwsze kroki po wyjściu z samolotu stawia się we... Francji. Lotnisko znajduje się bowiem w Saint-Louis w Alzacji. Gdybyśmy chcieli pojechać gdzieś pociągiem z ostatniego peronu, to znajduje się on już na terytorium Niemiec.

Unikatowość Bazylei polega nie tylko na tym, że położona jest na granicy trzech państw, ale przede wszystkim na tym, że łącząc wiele kultur i narodowości, potrafi stworzyć rodzinny klimat. Życie toczy się tu niezwykle spokojnie. Mieszkańcy pokonują kolejne ulice na rowerach, zaś turyści głównie spacerują między kolejnymi muzeami, których w Bazylei jest bez liku. A jednak emocjonujący futbol zajmuje ważne miejsce w życiu bazylejczyków.

- Czy ludzie w Bazylei interesują się futbolem? - pytam kelnera w tutejszej restauracji. W Poznaniu moje pytanie zostałoby skwitowane pobłażliwym uśmiechem, ale tu jest jak najbardziej uzasadnione. Mija trzecia godzina mojego pobytu w Bazylei, a nie zauważyłam nic, co choć trochę kojarzyłoby się z FC Basel. Żadnych ludzi w barwach ulubionego klubu, reklam, napisów na budynkach. Nikt nie rozmawia o zbliżającym się meczu z Lechem.

- Tu wszyscy kibicują FC Basel, ale Szwajcarzy są po prostu dosyć powściągliwi - zapewnia kelner i podaje mi wtorkowe wydanie dziennika "Basler Zeitung". Rzut okiem na okładkę i wiem, że rywal "Kolejorza" ma "Neuzugang" - nowego zawodnika. Na stronach sportowych jest praktycznie tylko futbol, ale o meczu z Lechem - jedynie malutkie wzmianki o kibicach, których ma być na stadionie raptem 15 tysięcy. - Normalnie przychodzi po 25-30 tysięcy, ale wynik tego pierwszego meczu ich zniechęcił. No i są wakacje, ludzie wolą popływać w rzece - stara się bronić bazylejczyków dziennikarz "Basler Zeitung" Tilman Pauls. Tłumy ludzi pływających w Renie rzucają się tu w oczy. Mieszkańcy pakują rzeczy w specjalne, plastikowe torby i płyną wpław, na drugi brzeg. - To bardzo szybka forma podróżowania po Bazylei, w dodatku jaka przyjemna - zachęca Pauls.

We wtorkowym wydaniu "Basler Zeitung" można było też przeczytać o inauguracji futbolowej ligi do lat 21 i potędze rocznika 1997 w FC Basel. To w tym roku urodził się niezwykle utalentowany i najskuteczniejszy w drużynie mistrzów Szwajcarii Breel Embolo. Ma stanowić wzór dla całej rzeszy utalentowanej młodzieży w klubie z Bazylei.

Akademia jest wciąż jednym z filarów klubu, również budżetu. Coraz ważniejszą rolę w szwajcarskim potentacie, którego za wzór stawia sobie właśnie Lech Poznań, jest dział skautingu. W Bazylei zrozumiano też, że żeby zarabiać pieniądze, trzeba je też wydawać. Gdy w 2012 roku ściągano Egipcjanina Mohameda Salaha, zapłacono za niego jedynie 500 tys. euro. Dwa lata później na Derlisa Gonzaleza z Paragwaju FC Basel wydało już 3,5 mln euro. Rzecz w tym, że właśnie sprzedano go do Dynama Kijów za 10 milionów euro. Piąta część zarobionych pieniędzy, czyli 2 miliony jeszcze tego samego dnia poszła na sprowadzenie w jego miejsce Holendra Jeana-Paula Boetiusa.

Co sprawia jednak, że tacy zawodnicy chcą grać w nie najsilniejszej przecież lidze szwajcarskiej i mieszkać w zaledwie 180-tysięcznej Bazylei, w której jest więcej muzeów niż klubów rozrywkowych? - Po pierwsze wiedzą, że tutaj dostaną szansę, że mogą się wybić - mówi mi Tilman Pauls z "Basler Zeitung". Po drugie w Bazylei jest klimat do grania w piłkę. - Tutaj panuje spokojna, rodzinna atmosfera. Na tyle, że Walter Samuel przyznał, że żałował, iż wcześniej nie przyszedł tu grać. Podobało mu się, że choć był gwiazdą, mógł swobodnie w mieście wypić z kimś kawę - tłumaczy szwajcarski dziennikarz.

Klub zwraca też uwagę, żeby być blisko kibiców. To między innymi za złamanie tej zasady pracę stracił poprzedni trener Paolo Sousa, mimo że miał wyniki. - Władzom klubu nie podobało się, że chciał mieć na wszystko wpływ i nie respektował pracy skautingu, ale także zamykał wszystkie treningi. To tutaj niedopuszczalne, my chcemy być blisko kibiców - wyjaśnia Pauls.

Jeśli Lech rzeczywiście chce wzorować się na FC Basel, to ma się czego uczyć. Trener Maciej Skorża głównie zazdrości Szwajcarom szerokiego i wyrównanego składu.

Lech takiego komfortu nie ma, ale zapewnia, że spróbuje odrobić dwubramkową stratę z pierwszego spotkania. Żeby awansować do kolejnej rundy, mistrz Polski musi strzelić jednak przynajmniej trzy bramki, przy założeniu, że nie straci żadnej. - W piłce niemożliwe nie istnieje, dlatego wciąż tli się w nas iskierka nadziei - zapewnia Skorża.

Mecz Lecha Poznań z FC Basel w środę o 20.15