Widzew Łódź. O czterech takich, co uratują klub

Gdy Ludwik Sobolewski zaczynał budowę wielkiego Widzewa, miał gorzej, bo przejął klub bez kibiców. My mamy ogromne wsparcie od ludzi z całej Polski - mówią założyciele nowego Widzewa
Przez lata Widzew był jednym z symboli Łodzi. Zdobywał mistrzostwa Polski, wychowywał reprezentantów, medalistów mistrzostw świata, zdobywców najbardziej prestiżowych trofeów. Zbigniewa Bońka, Włodzimierza Smolarka, Józefa Młynarczyka, Władysława Żmudy znali kibice na całym świecie. Z Widzewem liczyli się najwięksi w Europie.



Prezes nad prezesami

Marcin Ferdzyn i Rafał Krakus prezesi nowego Widzewa

- Wielki Widzew też powstawał praktycznie z niczego - podkreśla Marcin Ferdzyn, prezes stowarzyszenia o nazwie Reaktywacja Tradycji Sportowych Widzew Łódź. Tak musi nazywać się nowy klub, bo prawa do używania nazwy Robotnicze Towarzystwo Sportowe Widzew i herb należą do bankrutującej spółki. Nikt nie ma wątpliwości, że uda się odkupić je od syndyka, a obecna nazwa jest tylko tymczasowa. PZPN pozwolił, by drużyna odbudowywała się od IV ligi. - Co roku chcemy awansować wyżej, w czym pomoże nam nowy stadion - deklarują założyciele nowego RTS.

40 lat temu Widzew po raz drugi w swojej historii awansował do ekstraklasy. Od sześciu lat klubem rządził Ludwik Sobolewski. Warszawiak, były żołnierz AK i - jak się później okazało - piłkarski wizjoner. Sukcesy przyszły szybciej niż się spodziewano. W 1977 roku drużyna zadebiutowała w europejskich pucharach. I to jak! Wyeliminowała słynny Manchester City, a dwa gole w zremisowanym 2:2 meczu w Anglii strzelił Boniek, wynaleziony przez Sobolewskiego i jego współpracowników w Zawiszy Bydgoszcz.

Słynny prezes tworzył drużynę spokojnie, na początku z zawodników niechcianych w innych klubach. Nie miał takich argumentów jak jego rywale, kopalń oferujących wielkie zarobki i przywileje górnicze, etatów w wojsku czy milicji. Mimo to dwa razy cieszył się z mistrzostwa Polski, a o sile Widzewa przekonały się takie tuzy jak Manchester United, Juventus Turyn i wreszcie Liverpool w ćwierćfinale Pucharu Europy, najważniejszego z pucharów.

Gdy w 1981 roku Widzew po raz pierwszy sięgał po mistrzostwo Polski, Rafał Krakus razem z kolegami z osiedla zaczynał chodzić na mecze. - Wtedy dzieci wpuszczano za darmo, ale pod opieką dorosłych - wspomina. - Zawsze udawało się znaleźć kogoś, kto nas wprowadził przez bramę. A przy takich sukcesach, jakich byłem świadkiem, musiałem zostać kibicem na zawsze.

Później chodził do XXIII liceum, naprzeciw stadionu. - Na wagarach chodziliśmy oglądać treningi. Przeganiali nas z trybun, ale jakoś sobie radziliśmy. Miałem też najbliżej po bilety, o które wcale nie było łatwo. Jako przyszły historyk kolekcjonowałem je, wklejając do zeszytów. Zbierałem też autografy piłkarzy. Pamiętam taki mecz Stary Widzew kontra Nowy, zakończony wynikiem 5:3. Próbowałem się przecisnąć do największej gwiazdy, dzisiejszego prezesa PZPN. Tłum był jednak tak wielki, że się nie dopchałem.

Kiedy za wielkie pieniądze Widzew sprzedał do Włoch Bońka i Żmudę, na stadionie pojawiło się sztuczne oświetlenie, a do zespołu dołączyli kupieni za miliony złotych Dariusz Dziekanowski czy Jerzy Wijas. Sobolewski nie ukrywał, ile zapłacił za gwiazdy, co w PRL wywołało skandal i kosztowało go utratę stanowiska. A Widzew spadek do II ligi. Legendarny prezes wrócił na przełomie lat 80. i 90., kiedy państwowy przemysł, dotychczas finansujący kluby sportowe, wchodził już w fazę agonii. Wielki prezes namówił do sponsorowania najbogatszych łodzian, co było w Polsce czymś zupełnie nowym.

Kolejne sukcesy Widzew odnosił już bez Ludwika Sobolewskiego, ale klub prowadzili ludzie przez niego ściągnięci i namaszczeni: Andrzej Pawelec, Ismat Koussan i Andrzej Grajewski. Także z sukcesami, bo drużyna dwukrotnie cieszyła się z mistrzostwa Polski, awansowała również do Ligi Mistrzów.

Skazany na Widzew

Trening nowego RTS Widzew Łódź

Marcina Ferdzyna na stadion Widzewa zabrał tata, znany architekt, który zaprojektował budowany właśnie przy al. Piłsudskiego obiekt. - Założył mi na szyję szalik, a ja nawet nie zdawałem sobie sprawy po co - wspomina.

Dodaje zaraz, że był skazany na kibicowanie Widzewowi. - Mieszkaliśmy w Koluszkach, gdzie wszyscy byli za Widzewem, więc ze mną nie mogło być inaczej. Wielokrotnie mówiłem rodzicom, że idę na mecz KKS, a jechaliśmy z kolegami do Łodzi na mecz - wspomina.

Stanisław Syguła zawsze był kibicem i - jak mówi - lokalnym patriotą. Podkreśla, że był dumny z tego, jak łódzkie kluby dominują w kraju. Z Widzewem był do końca, choć nie mógł znieść tego, w jaki sposób klub był zarządzany. - Miłość do piłki jest jak miłość do pracy. Bo piłka to ciężka praca. Kiedyś w Sokole Aleksandrów spędzałem 150 godzin miesięcznie, chodziłem na wszystkie treningi, jeździłem na wyjazdy - wspomina. Ubolewa, że w Widzewie Cacka tego nie widział. Doświadczony biznesmen próbował rozmawiać z właścicielem Widzewa, z prezesami, ale - co podkreśla - nigdy nie mieli dla niego czasu.

Wszyscy pamiętają, jak na początku XXI wieku klub popadał w ruinę. - Dla mnie, młodego chłopaka, tragedią był już spadek do II ligi w 1990 roku - tłumaczy Ferdzyn. Ale 14 lat później wydawało się, że Widzewa nic już nie uratuje. Odsiecz przyszła z Rzymu, gdzie mieszkał najsłynniejszy z widzewiaków. Boniek i pomagający mu Władysław Puchalski oraz Tadeusz Gapiński dokonali cudu, stawiając klub na nogi. Wtedy Widzew narodził się ponownie. Gdy Boniek i jego współpracownicy sprzedawali spółkę Sylwestrowi Cackowi, jednemu z najbogatszych Polaków, na koncie było półtora miliona złotych. Po ośmiu latach rządów biznesmena z Piaseczna i jego doradców, klub zmienił się w ruinę, brakowało pieniędzy na wszystko...

Ani Ferdzyn, ani Krakus, ani Syguła w najczarniejszych snach nie przypuszczali, że za kilka lat będą musieli sami ratować swój ukochany klub, który znalazł się w największym kryzysie w całej swojej historii. Z planów podboju Europy zostały zgliszcza. Drużyna, która przez lata samą nazwą paraliżowała rywali, teraz wywoływała litość w Chojnicach, Byczynie, Świnoujściu czy Legnicy. Kibice przestali przychodzić na mecze, a gdy zburzono stadion, właściciel postanowił wynieść zespół do Byczyny koło Poddębic, co jeszcze przyspieszyło katastrofę.

Boniek oficjalnie pomóc nie mógł, choć PZPN wyciągał rękę do Widzewa, rzucając mu koło ratunkowe. Trzeba było tylko znaleźć kilkaset tysięcy złotych. Szefowie klubu z tego nie skorzystali i upadek stał się faktem. Wtedy jednak okazało się, że czterokrotny mistrz Polski może liczyć na swoich kibiców. - A jest ich dużo, bo przecież urodziliśmy się w czasach wyżu demograficznego - śmieje się Ferdzyn. Rocznik 1979.

Sposobem na uratowanie klubu było założenie nowego. Tak zrobili wcześniej w Lechii Gdańsk, Pogoni Szczecin, Polonii Warszawa czy ŁKS-ie.

Fani Widzewa skrzyknęli się, gdy była jeszcze teoretyczna szansa na drugoligową licencję. Na pierwsze spotkanie przyszło pięć osób. Za mało, żeby założyć nowe stowarzyszenie, bo do tego potrzeba co najmniej 15 osób. Nikt jednak nie zamierzał rezygnować i dzień później kworum zostało nawet przekroczone. - Zaprosiliśmy stowarzyszenia kibiców, byłych piłkarzy. Znaliśmy się z trybun - wyjaśnia Ferdzyn.

- W przyszłym roku Widzew będzie miał nowy stadion. Zależy mi, żeby nowy obiekt nie stał pusty. Żeby te 18-tysięczne trybuny wypełniły się. Na IV ligę tylu kibiców nie przyjdzie. Ale jeśli w przyszłym roku będzie awans, a musi być, to na trzecią ligę przyjdzie 10 tys. ludzi - uważa Stanisław Syguła, jeden z dwóch wiceprezesów.

Szalony widzewiak

Nowy RTS Widzew

Nowy Widzew powstał na Chojnach, w hotelu Ambasador. Ustalono, że prezesem zostanie Ferdzyn, jego zastępcami Krakus i Syguła, a skarbnikiem Andrzej Możejko, były piłkarz z czasów największych sukcesów. - W młodości chciałem grać jak moi widzewscy idole, ale nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że stanę na czele mojego klubu - szczerze przyznaje Ferdzyn.

Cały zarząd podkreśla jednak, że szalony plan nie udałby się, gdyby nie inny widzewiak. Kibice go znają, ponieważ jego nazwisko pojawiało się zawsze, gdy klub miał problemy. Gdy Cacek mimo obietnic nie chciał zapłacić za transfer Eduardsa Visnakovsa, kilkaset tysięcy złotych wyjął Grzegorz Waranecki, łódzki biznesmen. Tak samo, gdy zabrakło na jedną z rat układu z wierzycielami. - Zrzekłem się pieniędzy przysługujących mi z transferu Visnakovsa do Ruchu Chorzów - opowiada. W końcu wszystkie swoje widzewskie wierzytelności zamienił na akcje. Dziś bez żadnej wartości.

- Nie mogłem dopuścić, by Widzew zniknął, albo żeby za jego odbudowę wzięli się ludzie, którzy nie są nawet kibicami - tłumaczy. Chodzi o współpracowników Cacka i biznesmena z Warszawy, który chciał ratować Widzew za pieniądze łódzkich przedsiębiorców. Pomysł mieli podobny: zacząć od zera i poprosić PZPN o czwartą ligę.

Waranecki na początek skontaktował się z Ferdzynem, który też szukał sojuszników. Kiedy brakowało ludzi do założenia stowarzyszenia, namówił swoich znajomych. - Do mnie też zadzwonił - potwierdza Syguła. Do zarządu jednak nie wszedł. - Wolę się trzymać w cieniu - dodaje Waranecki. To m.in. efekt afery, jaka rozpętała się, gdy zaproponował Cackowi odkupienie akcji za symboliczną złotówkę. Krytykował go za to nie tylko właściciel, lecz także duża grupa kibiców.

Waranecki nie zrezygnował. - Dzwonił do ludzi, namawiał, załatwiał większość rzeczy w urzędach - opowiadają członkowie nowego stowarzyszenia. - Bez Grzegorza nie udałoby się zarejestrować nowego stowarzyszenia w trzy dni - podkreślają jego koledzy.

Gdy Widzew został już przyjęty do Polskiego Związku Piłki Nożnej, Waranecki pojechał na wakacje. - Ale w tajemnicy przed żoną dzwoni albo wysyła SMS-y z pytaniami o Widzew - śmieją się jego koledzy.

- Prawie się popłakałem ze szczęścia, gdy dowiedziałem się, że PZPN dał nam IV ligę - napisał we wtorek w SMS-ie.

Prezesem został Ferdzyn. Jeszcze dwa tygodnie temu to nazwisko kojarzyło się z Jackiem, architektem, który zaprojektował nowy stadion. - Byłem naprawdę zaniepokojony tym, co dzieje się w Widzewie. Kolejny raz, bo wcześniej podobnie było, gdy padała poprzednia spółka. Teraz czułem, że to już może być koniec. Poprosiłem ojca, żeby zadzwonił do swojego znajomego i zapytał, jak można pomóc. Później skontaktowałem się z Grześkiem Waraneckim i wszystko ruszyło jak kula śnieżna. I toczy się do dziś, zagarniając wszystko po drodze. Jestem pewien, że nam się uda, bo przy takim poparciu nie może być inaczej.

Ferdzyn codziennie odbiera telefony od kibiców. - Jedni dzwonią, oferując pomoc, inni dziękują za ratowanie klubu. Regularnie rozmawiam z ludźmi z Chełma i Garwolina, nawet zapisałem sobie ich numery. Raz o czwartej nad ranem obudził mnie dzwonek od człowieka mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. Większość zapowiada, że będzie przyjeżdżać na mecze w czwartej lidze.

Rafał Krakus był z Widzewem do ostatnich dni. - O mnie proszę pisać na samym końcu, bo każdemu według zasług... - mówi skromnie. - Przez 35 lat chodziłem na mecze. W ostatnim sezonie kilkakrotnie wybrałem się nawet do Byczyny, choć żal było na to patrzeć - wspomina. Na pierwsze spotkanie organizacyjne zabrał brata, także kibica. Dlaczego zdecydował się zostać wiceprezesem? - Sytuacja w sali była jak na zebraniach: jeden patrzył na drugiego... Powiedziałem więc, że mam trochę czasu, dlatego mogę pomóc... Widzew to przecież mój klub. Gdy były sukcesy, cieszyłem się, gdy ma problemy, chcę pomóc.

Pozytywnie nastawieni

Szybkość, z jaką powstał nowy Widzew, jest niesamowita. Cztery dni po pierwszym spotkaniu stowarzyszenie zostało zarejestrowane w sądzie i zgłoszone w urzędzie miasta. W następnym tygodniu Łódzki Związek Piłki Nożnej przyjął je na swojego członka i przydzielił do A-klasy. We wtorek PZPN uznał, że nowy RTS jest sukcesorem starego i pozwolił mu zacząć odbudowę od IV ligi. W poniedziałek w salonie Citroena należącym do Stanisława Syguły zorganizowano spotkanie z piłkarzami, w większości wychowankami Widzewa, w środę drużyna po raz pierwszy trenowała. To na pewno rekord Polski, a może i świata.

- Wszyscy jesteśmy pozytywnie nastawieni i to przynosi efekty - tłumaczy Ferdzyn. Nie ukrywa, że odbija się to na jego pracy zawodowej i rodzinie. - Żona już lepiej do tego podchodzi, bo się przyzwyczaiła - zdradza. - Dobrze wie, że jestem emocjonalnie związany z Widzewem. Nawet jak byłem na wakacjach w Kenii, to urywałem się, by sprawdzić w internecie, co dzieje się w Widzewie.

Większość z założycieli nowego Widzewa to ludzie niezależni finansowo. Prezes jest deweloperem, zajmuje się rewitalizacją łódzkich kamienic. Jego zastępcami są znany diler samochodowy i posiadacz firmy handlowej. Waranecki sprzedaje biżuterię. Wśród założycieli jest m.in. Piotr Gusta z firmy Gust-Pol. Kamil Pietrasik jest komornikiem, Piotr Baranowski prawnikiem, Rafał Markwant - radnym itd. Są też ludzie, którzy nie chcą się ujawniać, choć zaangażowali się nie mniej niż członkowie zarządu. Większość zadeklarowała, że będzie pomagać nowemu Widzewowi finansowo. - My tu nie przyszliśmy zarabiać, dlatego założyliśmy stowarzyszenie non profit - zaznacza prezes. - Sam zamierzam kupić karnet na nasze mecze - dodaje. Nie powtórzy się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy prezes głosił, że "nie sztuka napić się i najeść za swoje".

- Gdy wtedy w niedzielę spotkałem się z ludźmi zakładającymi klub, przekonałem się, że to ma szanse. Mieli w sobie tyle pasji. To nie są przypadkowi kibice. Oni chcą zrobić coś wielkiego dla Widzewa i dla Łodzi - twierdzi Syguła, najstarszy z założycieli nowego Widzewa.

- Może taki bodziec był potrzebny, by ludzie zaczęli walczyć o nasze wspólne dobro? - zastanawia się Rafał Krakus.

Pierwszy mecz w IV lidze Widzew rozegra w połowie sierpnia. Najprawdopodobniej na stadionie SMS przy ul. Milionowej.

RTS WIDZEW

Jeden z najbardziej utytułowanych i rozpoznawalnych polskich klubów. Cztery razy był mistrzem kraju (1981, 1982, 1996, 1997), siedmiokrotnie zajmował drugie miejsce, raz zdobył Puchar Polski (1985). Wielką popularność przyniosły mu występy w europejskich pucharach, wyeliminowanie Manchesteru City, Manchesteru United, Juventusu Turyn, Rapidu Wiedeń, Borussii Mönchengladbach. Największy sukces odniósł w sezonie 1982/1983, kiedy doszedł aż do półfinału Pucharu Europy, odpowiednika dzisiejszej Ligi Mistrzów, pokonując m.in. dominujący wówczas w Europie Liverpool. Jako ostatnia polska drużyna awansował w 1996 roku do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Zawodnicy Widzewa - Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek i Władysław Żmuda - grali w reprezentacji Polski, która zajęła trzecią pozycję w mistrzostwach świata w 1982 roku, a Boniek zajął trzecie miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza Europy francuskiej gazety "France Football". Dziesięć lat później Tomasz Łapiński i Marek Bajor zostali w Barcelonie wicemistrzami olimpijskimi.

Najwięcej goli w ekstraklasie strzelili Marek Koniarek (63), Smolarek (61) i Boniek (50). Widzew jest jedną z dwóch drużyn w historii polskiej ligi, które w całym sezonie nie przegrały meczu. Dokonał tego w rozgrywkach 1995/1996 (27 zwycięstw i siedem remisów).