Synowiec: Niesprawiedliwie ograbiony ze złota Zmarzlik idzie w ślady mistrzów ze Stali

Srebrny medal indywidualnych mistrzostw Polski na żużlu wywalczony w ostatnią niedzielę przez gorzowskiego juniora Bartosza Zmarzlika jest niewątpliwym sukcesem i gdyby nie dziwaczny regulamin - najlepszy w turnieju ma swoją najlepszość potwierdzić w dodatkowym wyścigu - to Bartek byłby mistrzem, tak jak to bywało przez kilkadziesiąt lat.
Gorzów.sport.pl i dziennikarze Gazety bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku!

Szkoda jedynie, że finał mistrzostw Polski, który niegdyś był najważniejszą żużlową imprezą sezonu, teraz tak bardzo stracił na znaczeniu, co widać rok w rok na pustawych trybunach stadionów. Warto może przypomnieć jak to niegdyś z tymi finałami bywało.

Otóż po raz pierwszy gorzowianin, a był nim Bronisław Rogal, pojechał w finale w 1960 roku i wypadł w nim nieźle, bo zdobył 8 punktów. Cztery lata później Andrzej Pogorzelski stanął na najniższym stopniu podium, a potem powtórzył ten sukces w dwóch kolejnych latach. W 1968 roku swój pierwszy, brązowy medal zdobył Edward Jancarz, a Edmund Migoś był wtedy drugi.

W 1970 roku po raz pierwszy finał odbył się na stadionie Stali, oczywiście w nagrodę za historyczne zwycięstwo w lidze. Przy nadkomplecie publiczności pierwsze złoto dla Gorzowa w porywającym stylu wywalczył Edmund Migoś.

Dwa lata później finał rozgrywano w Bydgoszczy, gdzie absolutnym faworytem był zawodnik miejscowej Polonii Henryk Glucklich. Niespodziewanie złoto zdobył jednak 19-letni junior Stali Zenon Plech, a Glucklich był dopiero trzeci. "Super Zenon" szybko sięgnął po kolejne złoto, bo już w 1974 roku w Gorzowie (drugi był Jancarz).

W 1975 roku doszło do zdarzenia w polskim żużlu bez precedensu i nie do powtórzenia. W częstochowskim finale wystartowało aż siedmiu zawodników Stali Gorzów, a najlepszy okazał się Edward Jancarz, zdobywając komplet 15 punktów. Zresztą lata siedemdziesiąte to były najlepsze lata gorzowskiego żużla, a medale stalowców w finałach IMP stały się regułą, zaś niespodzianki były wtedy, kiedy nie zdobywali oni złota, tak jak to się stało na przykład w 1976 r. Na naszym torze wygrał Zdzisław Dobrucki z Leszna, ale tylko dlatego, że w tym samym 14. biegu defekty mieli i Jerzy Rembas (zdobył ostatecznie srebro) i Edward Jancarz (brąz), a wspomniany wyścig wygrał właśnie Dobrucki. Rok potem na torze w Gorzowie złoto zdobył Bogusław Nowak, a w 1979 r., w deszczowym, trwającym wiele godzin finale, gorzowska widownia na stojąco oglądała baraż o złoty medal pomiędzy Mieczysławem Woźniakiem, a reprezentującym wówczas już barwy gdańskiego Wybrzeża Zenonem Plechem. Ku rozpaczy gorzowian wygrał niestety Plech, a Woźniak miał srebro, co i tak było gigantycznym sukcesem tego zawodnika, który zawsze stał przecież w cieniu innych.

Świetna passa gorzowian zakończyła się właściwie na ponownym złocie Jancarza, zdobytym w Gdańsku w 1983 r. Potem przyszły lata chude. Dopiero dziesięć lat później swój pierwszy medal - brąz - zdobył Piotr Świst, któremu nigdy nie było dane zdobyć złota, choć najbliżej tego był dwa lata później - w 1995 roku we Wrocławiu, w barażu o złoto jechał z Tomaszem Gollobem, mając za sobą wszystkich kibiców i kciuki całej reszty finalistów, bo Gollob nie był wtedy zbytnio lubiany w żużlowym światku. Niestety Gollob okazał się lepszy, pozostawiając dla Piotrka srebro. Jeszcze tylko w 1998 r. blisko medalu był kolejny wychowanek Stali Mariusz Staszewski (wtedy w barwach Częstochowy), który jednak przegrał baraż o brązowy medal i musiał się zadowolić najgorszym z miejsc, bo czwartym.

O erze, która nastąpiła potem może napiszę innym razem, bo w XXI wieku medale dla Gorzowa zdobywali jeźdźcy kontraktowi, którzy nie byli z naszym miastem związani emocjonalnie, a sama impreza systematycznie traciła na znaczeniu. I tak doszliśmy do punktu wyjścia, czyli do Bartka Zmarzlika, który - mam nadzieję - jeszcze sporo medali dla Gorzowa zdobędzie.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny