Grzegorz Lech z kontraktem: W Stomilu czuję się najlepiej

- Z wyjazdu do Gdyni wyciągnąłem odpowiednie wnioski, ale jedno jest pewne. Dał mi bardzo dużo - mówi Grzegorz Lech, nowy stary pomocnik Stomilu. Na początku tygodnia 32-letni piłkarz podpisał kontrakt z olsztyńskim klubem.
Letnia przerwa od rozgrywek upływa pod znakiem powrotów do Olsztyna. Oprócz Łukasza Suchockiego, który po raz ostatni grał w OKS dwa sezony temu, w biało-niebieskich barwach po rocznej przerwie, znów wystąpi Grzegorz Lech. 32-letniego wychowanka tutejszej drużyny, kibicom nie trzeba przedstawiać. Jest autorem ostatniej bramki zdobytej przez Stomil w ekstraklasie (z Widzewem Łódź 1:4 - 2002 r.). Na najwyższym szczeblu rozgrywek grał także w Koronie Kielce (2009-2013). W minionym sezonie próbował zaś szczęścia w Arce Gdynia, ale w nowym zespole nie był pierwszoplanową postacią (20 meczów, 1 bramka). Teraz ponownie założy biało-niebieską koszulkę, a jak sam podkreśla, w Olsztynie czuje się najlepiej.

Rozmowa z Grzegorzem Lechem

Waldemar Bargiel: Związał się pan ze Stomilem dwuletnią umową. Jest pan zadowolony z takiego rozwiązania?

Grzegorz Lech, pomocnik Stomilu: - Nigdy nie ukrywałem, że gra w Olsztynie zawsze była dla mnie priorytetem. Cieszę się, że znów mogę dołączyć do klubu, w którym przecież się wychowywałem. Zdaję jednak sobie sprawę, że sprzyja mi sytuacja związana z zakazem transferowym nałożonym na Stomil [OKS może pozyskiwać wyłącznie graczy, którzy w danej chwili są bez kontraktów, a ich miesięczne zarobki nie mogą przekraczać 5 tys. zł - red.]. Zarząd klubu zmuszony był do zastosowania pewnego rodzaju polityki oszczędnościowej. Dobrze wiedział, że trudno będzie ściągnąć zawodnika spoza regionu Warmii i Mazur.

Pana transfer doszedł do skutku tylko dlatego, że Stomil stoi pod ścianą?

- W klubie z Olsztyna dawno nie było spokoju i normalności. My piłkarze musimy patrzeć na to wszystko chłodnym okiem i po prostu robić swoje. Są dwie recepty na zażegnanie wszystkich problemów. Mam tu na myśli czas i ciężką pracę.

W ubiegłym sezonie, kiedy był pan zawodnikiem Arki Gdynia, nie grał pan regularnie. Ile czasu zajmie panu powrót do dawnej formy?

- Przez cały ten czas pozostawałem w dobrym i mocnym treningu. To prawda, że nie występowałem na ligowych boiskach tak często, jakbym chciał. Zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym nastawiałem się na to, że latem zmienię klub. Byłem skupiony na walce o to, by w kolejnym sezonie i nowej drużynie zagościć w podstawowym składzie.

W czwartek rozpoczynacie kilkunastodniowe zgrupowanie w Jarocinie. Jak ocenia pan sparingpartnerów, z którymi się zmierzycie?

- Warta Poznań i Jarota Jarocin [z trzecioligowcami zagrają kolejno 14 i 16 lipca - red.] to solidne zespoły. Największe zainteresowanie towarzyszy jednak naszemu meczowi z aktualnym mistrzem Polski, czyli Lechem [sobota, godz. 13 - red.]. Wiadomo, że przeciwko nam nie zagra "jedenastka", która jest powszechnie znana z pierwszych stron gazet, ale na boisko na pewno wybiegną równie wartościowi piłkarze. Zapewniam, że nie podejdziemy do tego spotkania ulgowo. Bo wprawdzie przeciwnik na papierze jest od nas dużo silniejszy, to zamierzamy z nim powalczyć.

Nie brakuje kibiców, którzy obawiają się, że po odejściu ze Stomilu większości ukraińskich piłkarzy (z pięciu został tylko Irakli Meschia) rozsypie się cała gra zespołu. To uzasadnione obawy?

- Nie chciałbym na ten temat dywagować, ponieważ życie pisze różne scenariusze. Trzeba podkreślić, że przed przyjściem do Olsztyna graczy z Ukrainy, Stomil wcale nie spisywał się tak źle. Nie twierdzę, że ci zagraniczni piłkarze nie są dobrymi zawodnikami. Tym bardziej że umiejętnie wkomponowali się do drużyny pod względem przygotowania fizycznego, ale także charakteru. Nie zapominajmy jednak o tym, że następny sezon przyniesie wiele przetasowań. Ekipy, które dotychczas walczyły o awans, teraz mogą bronić się przed spadkiem i na odwrót.

OKS z powodu problemów finansowych, dawno nie był na żadnym obozie treningowym. Bez takiego wyjazdu dobre przygotowanie do sezonu jest w ogóle możliwe?

- Zawsze można polegać na tym, co wypracowało się w Olsztynie i na własnej woli walki. Chłopaki ze Stomilu właśnie tak musieli robić zimą. Chylę przed nimi czoła, ponieważ byli bez pieniędzy i bez dobrych przygotowań, a na koniec i tak zajęli wysokie siódme miejsce w tabeli. Tej ambicji i przywiązania do klubu wielu może im pozazdrościć.

Słyszałem, że w Olsztynie oprócz roli zawodnika będzie pan pełnił jeszcze jedną funkcję. Może pan o niej opowiedzieć?

- Jest pomysł, żebym pracował z grupami młodych piłkarzy. Obecnie w tej kwestii dogrywane są szczegóły. Myślę, że powinny być znane za kilkanaście dni. Wiadomo, jak to w Olsztynie, wszystko rozbija się o bazę treningową i jej dostępność. W tym projekcie mam uczestniczyć nie tylko ja, ale także inni trenerzy.

Planuje pan zostać tu na stałe? Tym bardziej że dobrą lekcją była przeprowadzka do Trójmiasta...

- Od czasu, gdy tu wróciłem, i pierwszego treningu w Stomilu, wiedziałem, że nie chcę się nigdzie ruszać. Opuściłem Olsztyn po to, aby się rozwinąć i uważam, że wyszło mi to na dobre. Poznałem inne sytuacje życiowe i zdobyłem trochę doświadczenia. Z wyjazdu do Gdyni wyciągnąłem odpowiednie wnioski, ale jedno jest pewne. Dał mi bardzo dużo.

Rozmawiał pan już z Mirosławem Jabłońskim. Jakie są pierwsze wrażenia na temat trenera OKS?

- Nie wiem, czy zaraz po powrocie do Stomilu, wypada mi komentować jego osobę. Odnoszę jednak wrażenie, że potrafi się dobrze dostosować do sytuacji. W poprzednim sezonie, gdy sytuacja kadrowa w drużynie była zła, a wielu zawodników narzekało na urazy, on umiał sobie poradzić. Co więcej, myślę, że potrafi przenieść na drużynę swoją postawę polegającą na cierpliwości i optymizmie.

Więcej o piłkarzach Stomilu czytaj na olsztyn.sport.pl.