Sport.pl

Czy mafia sponsorowała koszykarzy z Pruszkowa? "Masa": Na mistrzostwo też daliśmy kasę

- Zapewniliśmy odpowiednie finansowanie i zespół mógł zatrudnić najlepszych wtedy zawodników w Polsce - mówi o koszykarskim klubie z Pruszkowa z połowy lat 90. Jarosław Sokołowski, "Masa", w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". - Pan Jarosław zawsze miał duże poczucie humoru - komentuje Janusz Wierzbowski, ówczesny szef klubu.
Ale czy w latach 90. był w Pruszkowie ktoś, kto wsparcie mafii otwarcie by odrzucił?

Od kilku tygodni zbieram materiały do tekstu o Mazowszance Pruszków z sezonu 1994/95. Mija dokładnie 20 lat od momentu, w którym młodzieżowy klub z podwarszawskiego miasta nagle przeobraził się w krajową potęgę. A nawet dream team, bo przecież tak też nazywano szalenie efektowny, pierwszy "latający" zespół w Polsce - mistrzowską drużynę z Keithem Williamsem, Markiem Sobczyńskim, Tyrice'em Walkerem, Adamem Wójcikiem, Jerzym Binkowskim, Krzysztofem Dryją zapamiętano na lata. Nie tylko w Pruszkowie.

Kontakty z mafią? Były oczywiste

O gangsterów i ich związki z klubem pytam koszykarzy, trenerów, działaczy, kibiców. To temat naturalny, bo zanim było głośno o Mazowszance, o Pruszkowie mówiono tylko w kontekście mafii. Gdy w połowie sierpnia 1994 roku klub podpisywał kontrakt z Adamem Wójcikiem, "Wyborcza" na pierwszej stronie grzmiała tytułem "Powstrzymać gangsterów" i publikowała reportaże ze Starówki, gdzie gangi - a pruszkowski był największym - wymuszały haracze.

Mafiosi bywali na meczach - kibice z Pruszkowa pamiętają, gdzie były wydzielone miejsca. Ludzie "z miasta" w mig odzyskali skradzionego Williamsowi poloneza - wspominają trenerzy Mazowszanki. Gangsterzy ćwiczyli z drużyną w klubowej, najlepiej wówczas wyposażonej siłowni w mieście - mówią koszykarze. Wójcik w swojej książce opisuje wizyty w domu ze śladami po kulach w ścianach, przejażdżki podziurawionym golfem jednego z "żołnierzy" mafii, imprezy z gangsterami w zamkniętych lokalach.

- Prywatne kontakty z koszykarzami? Mieliśmy, oczywiście. Walkera i Masseya [Jeffa, który grał w Pruszkowie w mistrzowskim sezonie 1996/97] wiele razy gościłem u siebie, nawet nie w knajpie, tylko w domu. Po wygranym meczu lubili się wygodnie rozsiąść w fotelach, lała się błękitna whisky - mówi w piątkowym "Przeglądzie Sportowym" Jarosław Sokołowski, czyli "Masa". Były gangster z Pruszkowa, obecnie świadek koronny.

"Masa" zapewniał finansowanie?

Jaki wpływ mafia miała na to, że drużyna z Pruszkowa dwukrotnie została mistrzem Polski? - Taki, że Januszowi Wierzbowskiemu [szef klubu w jego najlepszych czasach] zapewniliśmy odpowiednie finansowanie i mógł zatrudnić najlepszych wtedy zawodników w Polsce - mówi "Masa", który od lat opowiada w książkach i kolejnych wywiadach o układach z politykami, hazardzie, dziełach sztuki, pieniądzach i kobietach mafii... - Chcę pokazać prawdę lat 90. - powtarza. Sąd wykorzystuje jego zeznania w procesach, my kupujemy książki i oglądamy filmy.

- Wszystko, a mówię o pieniądzach, co wówczas było tam w obrocie, stanowiło dla nas - tak naprawdę - drobne kwoty - mówi Sokołowski. - Bo przecież nie miało żadnego wpływu na moją kondycję finansową to, że sypnąłem miesięcznie pięć tysięcy dolarów, za które grał Tyrice Walker, jeden z najlepszych koszykarzy w naszej lidze - tłumaczy "Masa". Dodaje też, że razem ze wspólnikami dawali pieniądze na zespół już kilka lat wcześniej, gdy MKS MOS grał w niższych ligach.

"Bzdury. Jeśli już, to..."

W czwartek, zanim ukazał się wywiad z "Masą", rozmawiałem z Wierzbowskim. Także o mafii i jej ewentualnych związkach w klubem. Jego odpowiedzi łatwo było przewidzieć. - Słuchaliśmy o nich w całej Polsce, gdziekolwiek nie pojechaliśmy. Ale to jest totalna bzdura. Przeszkadzało nam to w rozmowach ze sponsorami, byliśmy ciągle prześwietlani... Bzdura, totalna - powtarzał. W sierpniu 1994 roku, gdy gazety pisały o pruszkowskiej mafii, Wierzbowski mówił krótko: - Nasz klub nie ma z tym nic wspólnego.

W piątek, po przeczytaniu rozmowy, były prezes klubu z Pruszkowa, dodał: - Pan Jarosław zawsze miał duże poczucie humoru, jego wypowiedzi mnie ubawiły. Nie przypominam sobie, by dawał pieniądze na klub. Jeśli coś zawodnikom przekazywał, to były to jego prywatne pieniądze w formie nagród lub premii po wygranych meczach. Innych możliwości nie było - stwierdził Wierzbowski.

Szalone lata 90.

Czy mistrzostwa, sukcesy koszykarzy z Pruszkowa zostały zbudowane na pieniądzach mafii? W połowie latach 90. klub trafił w moment, gdy w kryzys popadły wielkie kluby utrzymywane przez zakłady lub resorty, a "nowe" firmy jeszcze nie zaczęły łożyć ogromnych kwot na sport. Za sukcesami klubu stały Mazowszanka (wówczas trzecia marka wśród producentów napojów w kraju po Coca-Coli i Pepsi), którą do sponsorowania klubu zachęcili pruszkowscy hurtownicy, oraz Pekaes, którego prezes Jerzy Pocheć był sąsiadem jednego z koszykarzy i kibicem.

To były szalone czasy - gdy w 1994 roku Wierzbowski i drugi trener Krzysztof Żolik jechali do Wrocławia negocjować z prezesem Aspro wykupienie Wójcika, pierwszy miał pieniądze obwiązane wokół pasa, drugi miał je w torbie z gazetami. Raz, że za koszykarza trzeba było zapłacić, a dwa, że należało pokazać, że pieniądze na pensje nie są wirtualne. To gotówka w ręku oznaczała, że jesteś wypłacalny. Przelewy, bankowość elektroniczna? To miało dopiero nadejść.

Z drugiej strony 10 lat gry klubu z Pruszkowa w ekstraklasie - szybki wzrost, a potem nieco wolniejszy upadek - nakładają się na podobny wzór działalności mafii. Złośliwi zauważą, że trofea i medale Mazowszanki, Pekaesu, potem Hoopu, kończą się wraz z zatrzymaniem "Masy" w 1999 roku, a gdy zeznania nowego świadka koronnego zaczęły pogrążać byłych wspólników, klub z Pruszkowa po prostu upadł. Inni stwierdzą, że na początku XXI wieku koszykarze spod Warszawy zaczęli po prostu przegrywać rywalizację z klubami finansowanymi przez wielkie koncerny - Zeptera, Ideę, Anwil, Prokom...

Sponsorowanie w przypływie emocji

Trudno uwierzyć w to, że mafia wymyślała, planowała i budowała krótkotrwałą potęgę koszykarzy z Pruszkowa. Skok po złoto rozpoczęli miejscowi trenerzy i zawodnicy, którzy wślizgnęli się do ekstraklasy w 1993 roku, w nagrodę otrzymując - jak wspominają teraz - telewizory Thomsona. Potem klub miał swoje pięć minut na szczycie dzięki pieniądzom firm zachęconych do sponsorowania drużyny przez lokalnych biznesmenów. Ale oczywiście ten ostatni termin jest bardzo pojemny - pieniądze dawała Mazowszanka, dawali je jej lokalni hurtownicy, w przypływie emocji dawali je kibice. Pamiętam, jak jeszcze w drugiej lidze w przerwie meczu ogłaszano, że jeśli pruszkowianie przekroczą granicę 100 punktów, to pan X ufunduje im premię.

Kilka lat później to "Masa" i jego wspólnicy mogli dawać koszykarzom bonusy w dolarach. A szepty, które słyszał i o których pisze Wójcik - te, które mówiły, że nie wszyscy lokalni sponsorzy drużyny są "zwykłymi biznesmenami" - mogły być prawdziwe.

- Ja naprawdę czułem się mocno zaangażowany, mocno kibicowałem tej drużynie, bo cieszyło mnie, że taki Pruszków ma mistrzostwo kraju w dyscyplinie, którą po prostu lubię - mówi "Masa".

I czy w latach 90. był w Pruszkowie ktoś, kto jego wsparcie otwarcie by odrzucił?

O interesach polskiej mafii przeczytaj w książkach Jarosława "Masy" Sokołowskiego >>



Więcej o: