46-letni szczypiornista pożegnał się z ekstraklasą [WIDEO]

Trudno znaleźć w naszym kraju - i nie tylko - zawodowego sportowca występującego w najwyższej klasie rozgrywkowej w tym wieku. Mówią na niego ?Dziadek?, ale pseudonim jest mylący, bo Sławomir Donosewicz z Gwardii Opole energii w bramce ma więcej niż niejeden nastolatek.
Koszulka z numerem 16, z którym występował bramkarz, zawiśnie w Galerii Sław Gwardii, a numer został zastrzeżony, by nikt w klubie już z nim nie występował. W minioną sobotę - przy okazji ostatniego spotkania sezonu w Opolu - Donosewicz został oficjalnie pożegnany.

Opolskiej bramki bronił przez osiem lat, i to jak bronił! Rozegrał setki spotkań i zapracował sobie na miano jednego z symboli naszego klubu, czego ukoronowaniem był awans do PGNiG Superligi w poprzednim sezonie - przy jego ogromnym udziale.



W elicie grał niewiele, ale miał jednak okazję wystąpić m.in. przeciwko wielkiemu Vive Targi Kielce.

Rozmowa ze Sławomirem Donosewiczem:

Łukasz Baliński: Miły gest z koszulką i numerem. Po sobotnim pożegnaniu nie przyszło do głowy, żeby jeszcze poczekać z rezygnacją?

Sławomir Donosewicz: Niesamowicie miły gest. Spodziewałem się co prawda jakiejś zaskakującej niespodzianki, ale czegoś takiego to zupełnie nie.

Dla mnie ten sezon i okres gry w Gwardii już się zakończył, zdaję sobie sprawę, że pozostali bramkarze są ode mnie znacznie młodsi i klub bardziej stawia na nich. Z piłką ręczną jednak jeszcze nie zamierzam się ostatecznie rozstawać.

Myśli pan o trenerce czy raczej grze w niższej lidze?

- Zobaczymy, może coś się wyklaruje i jeszcze o mnie usłyszycie (śmiech ). Na razie to jednak tylko plany. Jeśli miałbym gdzieś jeszcze grać, to zdecydowanie bliżej Tarnowskich Gór, gdzie mieszkam, bo w ciągu tych wszystkich lat nie przeniosłem się na stałe do Opola. A dojeżdżanie na treningi i mecze w moim wieku na takiej trasie jest bardzo uciążliwe.

Czyli decyzji pan nie zmieni?

- Nie mówię, że nie (śmiech ). Jeżeli zarząd stwierdzi, że jeszcze bym się przydał, to wówczas mogę rozważyć taką sytuację. Ale raczej wszystko skłania się ku temu, że nie będzie takiej potrzeby i nadszedł czas rozbratu z Opolem.

W mijającym sezonie można mówić o niedosycie. Po formie, jaką prezentował pan w I lidze, i częstotliwości gry można było liczyć na więcej występów niż trzy w Superlidze.

- Fakt, spodziewałem się, że nie będę grał tyle, ile bym chciał, by podjąć rękawicę, by pokazać, że potrafię, ale i tak myślałem, że będzie tego więcej. W trakcie sezonu straciłem jednak jakąkolwiek nadzieję, gdy zakontraktowano kolejnego bramkarza Vladimira Bozica. Wszystko skłaniało się ku temu, że znacznie młodsi będą występować, a ja jestem raczej głęboką rezerwą. I tak też się stało.

Na treningi jeszcze pan chodzi?

- Do końca tego sezonu jestem zobowiązany do wypełnienia zadań kontraktowych, ale grać już nie będę... to więcej niż pewne. Tym bardziej że Bozić i Adam Malcher wypełniają swoje zadania na tyle dobrze, że nie ma potrzeby, by mnie wypuszczać na parkiet. A jest jeszcze przecież trzeci bramkarz, Łukasz Romatowski, który umiejętnościami wcale nie odbiega.

To co pan zapamięta najbardziej z tego okresu występów w Gwardii?

- Zazwyczaj nie cieszę się drobnymi rzeczami, na zasadzie jakiegoś świetnego meczu czy pojedynczej obrony. Okres spędzony w klubie uważam za bardzo dobry, bo mój poziom grania przez cały ten czas nie odbiegał od pewnej normy - zarówno w pierwszym, jak i ostatnim sezonie - i wydaje mi się, że byłem w miarę silną stroną zespołu. Nigdy raczej nie zawiodłem i to mnie bardziej cieszy niż jakieś poszczególne sytuacje czy zdarzenie.

A jak przez te osiem lat zmieniała się Gwardia?

- W sumie to najbardziej radykalna zmiana nastąpiła w tym ostatnim sezonie, może dwóch. Wcześniej wyglądało to w miarę podobnie. Przed awansem do Superligi trzeba jednak było podnieść poziom kadry, by sobie poradzić w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dlatego zarząd zdecydował się na zakontraktowanie kilku graczy z doświadczeniem w elicie, żeby coś w niej osiągnąć. Wcześniej, niestety, bywały sezony, że byliśmy faworytami, ale nie spełnialiśmy oczekiwań i traciliśmy swoje szanse na awans. Dlatego krok zarządu był taki, a nie inny. Nie ukrywam, że chciałbym wejść do Superligi z wszystkimi chłopakami, z którymi grałem w Opolu przez tyle lat, ale taka jest kolei rzeczy. Słabszy odchodzi, by przyszedł mocniejszy i zrobił wynik.

Jest pan znany z poczucia humoru i takim na pewno zapamiętają pana koledzy i kibice. A jaka śmieszna sytuacja z Opola utkwiła panu w głowie?

- Ciężko powiedzieć, bo tego było naprawdę wiele, a najczęściej to ja byłem w roli tego rozśmieszającego (śmiech ). Kiedyś sam zresztą powiedziałem, że drugi zawód, jaki chciałbym wykonywać, to komik. Czasami bywały wygłupy nastolatka i raczej trzeba byłoby zapytać chłopaków z drużyny, czym ich rozśmieszałem.

Szczególnie pamiętam jednak zdarzenie, gdy Robert Wasilewski [trener bramkarzy, członek bractwa rycerskiego - przyp. red.] przyniósł zbroję rycerską na halę, a ja ją ubrałem i próbowałem bronić. W ogóle się nie dało, bo blokowała ruchy, ale przypomniałem sobie o tym dopiero w bramce. Można jednak powiedzieć, że wprowadzałem dobrą atmosferę do zespołu.

Jak pan widzi z boku to, co się dzieje w tym sezonie?

- Niestety, za mało było bardzo dobrej gry. Cały czas wychodził jednak brak zgrania. Nowi zawodnicy, którzy do nas przychodzili przed i w trakcie rozgrywek, musieli się wpisać w drużynę, ale nie do końca to im wychodziło. Nieźle radzili sobie bramkarze. Na plus też ten styczniowy zaciąg z Bałkanów. Warto jednak pamiętać, że trzeba pracować wspólnie dłużej niż niecały sezon, by mieć drużynę, która potrafiłaby grać na równym poziomie w Superlidze, bez nerwówki o utrzymanie. Czasem brakowało nam też determinacji w obronie.

Wystarczy spojrzeć choćby na ostatni mecz. Defensywa trzymała się nieźle, ale tylko zrywami, przeciwnicy mieli problemy z przejściem, ale tylko przez 15-20 minut, a gdyby było tak dwa razy dłużej, to każdy mecz wyglądałby całkiem inaczej.

W piątek ostatnie spotkanie w Piotrkowie Trybunalskim. Gwardii do wywalczenia baraży o utrzymanie wystarczy remis, ale w piłce ręcznej na taki wynik się nie gra. Gwardia wygra?

- Wydaje mi się, że koledzy powinni dać sobie radę. Jeżeli dyspozycja Malchera będzie taka jak w ostatnim meczu, a w ofensywie chłopaki zagrają skuteczniej, to mogę spokojnie powiedzieć, iż mamy zwycięstwo w kieszeni. Rzucić bramkę nie jest tak ciężko, gdy ma się dobrą obronę, bo wtedy w ataku zawsze coś można "wykombinować".

***

34 lata na parkiecie!

Swoją przygodę z piłką ręczną Sławomir Donosewicz rozpoczynał ponad trzy dekady temu, w czwartej klasie szkoły podstawowej. Zawodowo grał blisko ćwierć wieku, a jedyną przerwę miał... gdy był w wojsku. Pseudonim "Dziadek" początkowo nieco go denerwował, teraz nie wyobraża sobie innego, a każdy kibic w Opolu na hasło "Dziadek" od razu wie, o kim mowa.

Szczypiorniaka zaczął trenować w Śląsku Tarnowskie Góry, potem trafił do II-ligowego Naprzodu Bytom, a po dwóch latach, gdy zespół się rozpadł, chciał nawet skończyć z graniem. Za namową kolegi trafił do Olimpii Piekary Śląskie, by w niej spędzić aż 14 lat i zostać ikoną klubu. Z Olimpią przeżywał wzloty i upadki: awans do I ligi, potem ekstraklasy, a później spadek i kolejny awans, po którym klub na dłużej zagościł w gronie najlepszych. Osiem lat temu przeszedł do Opola i od razu został podstawowym zawodnikiem. Przez ten czas występował z Gwardią w I lidze, a w ubiegłym sezonie w końcu ponownie awansował do ekstraklasy.