Kibice - bez nich nie byłoby awansu koszykarzy. W piątek stworzyli niezapomnianą atmosferę

Ponad tysiąc osób oglądało z trybun finałowy mecz koszykarzy Legii, a wolnych miejsc brakowało już godzinę przed jego początkiem. Kibice siadali na schodkach, podłodze, a nawet na ławce rezerwowych gości. Takiego zainteresowania koszykówką nie było w Warszawie od dawna.


W piątek Legia wygrała najważniejszy mecz sezonu i kończy tułaczkę po niższych, pół amatorskich ligach. W nadchodzących rozgrywkach wstąpi do innego, lepszego świata. Występy na zapleczu Tauron Basket Ligi to większy prestiż, mocniejsi przeciwnicy, wyższy poziom. To krok do odrodzenia potęgi.

Nie byłoby jednak tego sukcesu gdyby nie kibice. Podkreślają to trenerzy i zawodnicy, i nie jest to bynajmniej tylko kurtuazja. Koszykarze bronili swoich fanów, kiedy ci podczas derbów na Torwarze obrzucali zawodników Polonii serpentynami, mówili o nich, że są szóstym graczem, po meczach zawsze przybijali im piątki, śpiewali razem z nimi, że "Warszawa musi panować", rozmawiali, dziękowali za doping.

Kibice w piątek odwdzięczyli im się w sposób najlepszy z możliwych. Stworzyli atmosferę niezapomnianą, niemal równoległe do boiskowego widowisko, które na rywalu - widać było to po twarzach rezerwowych, czy lekko oszołomionych kibicach z Inowrocławia - zrobiło ogromne wrażenie.

Hala na Bemowie zaczęła zapełniać się już godzinę przed meczem. Co ciekawe - głównie na trybunie zajmowanej przez "normalsów", czyli kibiców, którzy bardziej niż na dopingu koncentrują się na oglądaniu koszykówki.

Wśród nich znalazło się wielu reprezentantów środowiska stołecznego basketu - koszykarzy, sędziów, zawodników rywalizujących w amatorskich ligach, ale nie tylko. Na trybunie za ławką Noteci zasiedli ich fani. Z Inowrocławia przyjechało ich nie mniej niż dziesięcioro. Z kolei za rezerwowymi Legii zasiadły rodziny legionistów, sponsorzy, oficjele PZKosz i kilku ważnych gości, m.in. prezes Legii Bogusław Leśnodorski.

Pół godziny przed meczem szukanie wolnego krzesełka graniczyło z szaleństwem. Kibice ustawiali się za koszem, siadali na schodkach między rzędami, na podłodze, a dwóch śmiałków usadowiło się nawet na ławce rezerwowych Noteci (musiał upomnieć ich komisarz zawodów).

Ale prawdziwe szaleństwo toczyło się na trybunie najzagorzalszych fanów Legii. Doping poprowadził kibicowski przywódca znany z piłkarskiego stadionu, czyli "Staruch". Grały bębny, a oklaski i krzyk kibiców sprawiały, że niewielka salka przy Obrońców Tobruku zamieniła się w kocioł (dosłownie, na hali było parno, a kibice chłodzili się oblewając zimną wodą).

Podczas prezentacji obu drużyn, kibice rozciągnęli wzdłuż trybuny transparent z napisem "Dajcie z siebie wszystko, cel jest tak blisko". Chwilę później podnieśli szaliki nad głowy i odśpiewali "Sen o Warszawie". Na fanach Noteci, przy których miałem okazję siedzieć, zrobiło to piorunujące wrażenie. Jedni zdążyli wyciągnąć aparaty i nagrać filmik, drudzy z wrażenia zaniemówili. Przez ciało przechodziły dreszcze.

Kibice wspierali zespół przez cały mecz - w drugiej kwarcie, gdy kontuzji doznał Paweł Podobas, najpierw wsparli go oklaskami, a za chwilę śpiewem, który sprawiał, że hala drżała w posadach, dodawali otuchy podłamanym dramatem swojego kapitana graczom Legii.

Ci z kolei dobrą grą sprawili, że w czwartej kwarcie kibice mogli odśpiewać "Awans jest nasz". Jakby delektując się tymi słowami, nie ustawali w tej przyśpiewce przez dobre pięć minut. Po ostatnim gwizdku wbiegli na boisko wyściskując swoich zawodników. Wystrzeliły szampany.



I choć kibice Legii nie dopingują w stylu, który znamy z koszykarskich parkietów, czyli reagując na wydarzenia boiskowe (choć widać, że uczą się także i tego), to są - chyba nie przesadzę - jednym z fundamentów odrodzenia potęgi. Oby towarzyszyli zespołowi także w lepszym, pierwszoligowym świecie.