Warsaw Eagles od podszewki. Jak działają, co planują, gdzie jest ich miejsce w Warszawie?

- Wynagradzanie zawodników praktycznie nie istnieje, pod tym względem jesteśmy klubem amatorskim. Ale cała organizacja spółki, struktury zarządzania i sztabu szkoleniowego oraz liczba świadczeń, które gwarantujemy zawodnikom - opieki medycznej, transportu, noclegów hotelowych itp. - skłaniają ku stwierdzeniu, że działamy profesjonalnie, że jesteśmy klubem zawodowym - mówi menedżer Warsaw Eagles Jacek Śledziński.


W niedzielę o 14 na obiekcie OSiR Bemowo przy ul. Obrońców Tobruku 11, Eagles - futbolowi wicemistrzowie Polski - zainaugurują sezon Topligi meczem z Zagłębiem Steelers. Ich celem jest, tradycyjnie, mistrzostwo. Ale z Jackiem Śledzińskim, menedżerem klubu, o sporcie nie rozmawiamy.

Łukasz Cegliński: Legia, Polonia, AZS Politechnika, Warszawianka, AZS AWF, Hutnik... Gdzie w tej wyliczance warszawskich klubów są Eagles?

Jacek Śledziński: Nigdy nie próbowaliśmy się porównywać do innych klubów czy dyscyplin. Ale fakty są takie, że w Warszawie mamy czwartą średnią frekwencję na meczach - spotkania Eagles w minionym sezonie oglądało po 1,5 tys. osób, czyli byliśmy tylko za Legią, Polonią i Politechniką. Czasami, przy naszym maksymalnym wyniku, a słabszej frekwencji u siatkarzy - nawet na trzeciej. I to nas bardzo cieszy, bo popularność Eagles na rynku warszawskim rośnie i jest coraz większa. Badania porównującego naszą rozpoznawalność w stosunku do innych klubów nie robiliśmy, być może na to jest jeszcze za wcześnie. Ale pomyślimy o tym, bo to może być dla nas argument w rozmowach z miejskimi Biurem Sportu i Rekreacji lub Biurem Promocji, z których na razie nie mamy żadnego finansowania.

A staracie się o nie?

- Liga prowadziła takie działania, i to z dobrym skutkiem, jeśli chodzi o finały na Stadionie Narodowym. My, jako klub, startujemy na razie w konkursach dzielnicowych i tu muszę podkreślić, że świetnie współpracuje nam się z dzielnicą Bemowo, gdzie graliśmy przez trzy lata i rozegramy też pierwszy mecz tego sezonu. W konkursach o dofinansowanie z miasta jeszcze nie startowaliśmy, więc absolutnie nie narzekam na jego brak. Mamy taką zasadę, że najpierw chcemy coś pozytywnego zrobić, a dopiero potem się pokazać, reklamować, starać o dofinansowanie.

Co wam się udało zrobić przez ostatnie trzy lata?

- Pracę w roli menedżera Eagles rozpocząłem na początku 2011 roku i to wtedy zaczęliśmy budować ten produkt na poważnie. Klub od kilku miesięcy finansowo wspierał już Paul Kuśmierz, ale dopiero wtedy powstał biznesplan. Założyliśmy spółkę, wprowadziliśmy zasady biznesowe do prowadzenia organizacji, przyjęliśmy plany rozwoju, trzyletni i pięcioletni, zajęliśmy się marketingiem sportowym. Po trzech latach muszę stwierdzić, że jesteśmy w dobrym miejscu. Główne założenie, posiadanie silnej drużyny sportowej, spełniliśmy, choć nie w 100 proc., bo wiadomo, że wicemistrzostwo nas nie zadowala. Ale dwa Superfinały na Stadionie Narodowym to nie najgorsze osiągnięcie.

Inny cel - ugruntowanie naszej pozycji na rynku warszawskim, jako organizatora sportowych pikników rodzinnych - też został zrealizowany. Na pierwszy mecz na Bemowie ściągnęliśmy Diabelski Młyn, mieliśmy 1,5 tys. osób na meczu. Przyrost publiczności był ogromny, zrozumieliśmy wtedy, że to ma sens. Bo w Polsce, w Warszawie, jest zapotrzebowanie na imprezę sportową, na którą można przyjść z całą rodziną i mieć gwarancję, że obejdzie się bez stresu, a każdy będzie się dobrze bawił.

Prezes ligi Jędrzej Stęszewski powiedział kilka miesięcy temu, że Topliga jest ligą amatorską, ale nie amatorszczyzną.

- To celne określenie. Jako cała dyscyplina wpisujemy się w Polsce w definicję sportu amatorskiego. Główny wyznacznik - wynagrodzenie zawodników, w polskim futbolu nie istnieje, choć z wyjątkiem zawodników z zagranicy, którzy u nas grają. Polscy zawodnicy nie zarabiają i myślę, że jeszcze jakiś czas taka sytuacja się utrzyma. Ale jeśli chodzi o Eagles, to cała organizacja spółki czy klubu, struktury zarządzania i sztabu szkoleniowego, liczba świadczeń, które gwarantujemy zawodnikom - opieki medycznej, transportu, noclegów hotelowych itp. - skłaniają ku stwierdzeniu, że działamy profesjonalnie, że jesteśmy klubem zawodowym.

Profesjonalne, w miarę możliwości, jest też zaangażowanie zawodników. Ich pracę, którą wkładają w treningi futbolowe, ale także indywidualne, trzeba docenić. Eagles trenują trzy razy w tygodniu, ale do tego dochodzi siłownia, na którą niektórzy chodzą cztery czy nawet pięć razy w tygodniu. I to wszystko przy pracy zawodowej lub nauce. Poświęcenie zawodników jest na najwyższym poziomie. Dlatego w pewnym sensie możemy się czuć zespołem profesjonalnym, grając w amatorskiej lidze.

Ile osób pracuje w Eagles?

- Z zewnątrz mogłoby się wydawać, że jesteśmy potężną maszyną, ale na dobrą sprawę Eagles pcha do przodu garstka ludzi. W pionie sportowym mamy trenera głównego Jacka Walluscha, dyrektora sportowego Phillipa Dillona oraz czterech asystentów pozycyjnych.

Każdy z nich dostaje pensję czy praca w Eagles to zajęcie dodatkowe?

- Trener główny, który dojeżdża z Poznania, gdzie jest wykładowcą, i dyrektor sportowy dostają wynagrodzenie. Pozostała czwórka pracuje za zwrot kosztów.

Trener Wallusch dojeżdża z Poznania na każdy trening?

- Mamy w Warszawie wynajęty dom, w którym mieszkają nasi Amerykanie, a także trener, jeśli akurat jest w mieście. Trener przyjeżdża we wtorek, zespół trenuje we wtorek, środę i czwartek, więc Jacek zostaje w Warszawie na trzy dni, potem wraca do Poznania. W trakcie sezonu będzie to jednak zorganizowane inaczej.

Co z resztą pracowników Eagles?

- Mamy trzyosobowy zarząd, w którym są Roman Iwański i Sev Zakrzewski oraz ja. Niedawno, w roli konsultanta, dołączył do nas Ulrich Kramer - Niemiec, który będzie nas wspierał biznesowo. Naszą rolą jest podejmowanie decyzji, a na placu boju zostają dwie osoby, które sprawiają, że organizacja działa. Pierwsza z nich to Tomek Kawiarowski, który odpowiada za wszelkie kwestie logistyczne i techniczne związane z drużyną, wyjazdami itp. Tomek dużo jeździ, załatwia, organizuje. A druga osoba to ja - nie chcę się nad tym rozwodzić, ale jestem odpowiedzialny za wszystko. Planowanie, budżet, marketing, a nawet social media. Obaj z Tomkiem pracujemy w Eagles w pełnym wymiarze czasowym.

Macie też wielu wolontariuszy.

- Realizujemy dwa programy - wolontariatu i praktyk studenckich. Pierwszy jest oparty na wolontariacie sportowym, a praca wolontariuszy ograniczona jest do meczów. Pomagają w przygotowaniach, podczas spotkań. Natomiast w ramach praktyk studenckich przychodzą do nas studenci różnych uczelni, m.in. z Ośrodkiem Studiów Amerykańskich UW, z którym mamy podpisaną umowę. Studenci mają dyżury w trakcie tygodnia oraz podczas meczów - wykonują najróżniejsze zadania. Ciekawostką jest fakt, że przychodzą do nas studenci, którzy praktyki mają już zaliczone. Nie potrzebują podpisu na papierku, ale chcą się czegoś nauczyć. I mogą, bo - w odróżnieniu od innych praktyk - czynnie uczestniczą w funkcjonowaniu klubu. Studenci mają informacje z pierwszej ręki, uczestniczą w planowaniu czy procesie przygotowania dokumentów i zgłaszania imprezy masowej. Jeśli ktoś się angażuje, to może się wiele nauczyć, a my - jako klub - z zaangażowania studentów korzystamy, bo w dwie osoby trudno byłoby nam zapanować nad wszystkim.

Klub jest spółką z o.o. Jak wygląda jego struktura właścicielska?

- 75 proc. udziałów w spółce prowadzi Master Management Group, czyli spółka Paula Kuśmierza. 10 proc. udziałów ma stowarzyszenie Warsaw Eagles, czyli zawodnicy, 9 proc. posiadam ja i 5 proc. posiada Sev Zakrzewski.

Czy Paul Kuśmierz to człowiek, który tchnął w Eagles coś nowego? Który sprawił, że zaczęliście pracować w oparciu o zasady, o których mówiłeś?

- Paul na pewno jest wizjonerem. Gdyby nie to, że wierzy w idee w życiu, w biznesie, w sporcie, to ciężko byłoby nam zrobić taki postęp. Paul kocha futbol i rozwój klubu możliwy jest w dużej mierze jego inwestycji finansowej i zaangażowania. Bez tego nawet najlepsze pomysły nie mogłyby być realizowane.

Załóżmy, teoretycznie, że Kuśmierz z Eagles odchodzi. Z czym zostaje klub?

- Przez trzy lata, w głównej mierze dzięki Paulowi i jego finansom, udało się zmienić Eagles w taki produkt, który w razie czarnego scenariusza, moim zdaniem byłby w stanie się utrzymać na rynku sportowym w Warszawie. Choć może nie z takim rozmachem, z jakim działamy w tym momencie. My zresztą do tego dążymy - założenie naszych planów z 2011 roku było takie, że inwestycja Paula w pewnym momencie się skończy, klub będzie wychodził na zero, a z czasem nakłady zaczną się zwracać.

Ten moment nadchodzi?

- Zbliżamy się do niego, choć jeszcze tam nie jesteśmy.

Średni budżet drużyny z czołówki Topligi znawcy tematu szacują na 200-300 tys. złotych rocznie. Jak to wygląda w Eagles, także jeśli chodzi o dywersyfikację budżetu?

- Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć. Przyjęliśmy w naszej spółce, że wszystkie tego typu informacje są poufne. Powiem ogólnie - z roku na rok procent przychodów związanych ze sponsorami oraz sprzedażą biletów czy gadżetów, rośnie.

W słabszych drużynach Topligi i w większości klubów w Polsce jest tak, że utrzymują je w dużej mierze zawodnicy - płacą składki, kupują sobie sprzęt itp. Jak to jest w Eagles?

- W tym momencie mamy trzy drużyny - pierwszy, drugi i juniorski. W każdym z nich są trochę inne zasady. Zawodnicy Topligi nie płacą składek, być może wprowadzimy drobną opłatę za opiekę fizjoterapeutyczną. Wszystko to, o czym mówiłem wcześniej - trenerów, obiekty, możliwość ćwiczeń w Warszawskim Centrum Atletyki itp. - oferujemy im za darmo. Jeśli chodzi o sprzęt, to dysponujemy jego pewną pulą, ale zwykle jest tak, że zawodnicy i tak kupują sobie go sami. Chcą mieć albo najlepsze kaski czy ochraniacze lub takie, jakie im najlepiej pasują. Zawodnicy z drugiego zespołu oraz juniorzy składki płacą - 50 zł miesięcznie. Ale nie jest tak, że na tym zarabiamy, to ledwo wystarcza na pokrycie kosztu wynajmu boisk. Natomiast świadczenia te drużyny też mają spore - młodszych zawodników trenują Amerykanie, więc dostęp do bogatej wiedzy futbolowej jest. Juniorzy, dzięki programowi Międzynarodowej Federacji Futbolu Amerykańskiego, otrzymaliśmy 40 kompletów kasków i ochraniaczy, chłopcy dostają sprzęt z klubu.

Ilu zawodników macie zarejestrowanych?

- Możemy mówić o liczbie 130-150 graczy. Ich liczba jest zmienna, ale zamyka się w tym przedziale.

Amerykanie a Polacy w Warsaw Eagles - jak można porównać funkcjonowanie tych dwóch grup zawodników w klubie?

- Wiadomo, że nikt do Polski nie przyleci z USA za darmo, że nie będzie skłonny samemu się tutaj utrzymywać. Amerykanom zapewniamy przelot z USA, ubezpieczenie, mieszkanie, kartę miejską, telefon, siłownię...

Podobno także kieszonkowe do tysiąca euro.

- Tak się mówi, ja tego nie będę potwierdzał, ani zaprzeczał. Ale to nie są wysokie kontrakty, to pieniądze na codzienne funkcjonowanie, bo np. wyżywienie zawodnicy zapewniają sobie sami. Do tego Amerykanie mają obowiązki - mamy ustalenia, że muszą brać udział zarówno w treningach juniorów i drugiego składu, brać udział w akcjach promocyjnych i wizerunkowych. A w czasie wolnym pełnią rolę asystentów trenerów, pomagają przygotowywać się do meczów, opracowują dane statystyczne oglądając mecze - nasze lub przeciwników - na wideo. Znają się na tym świetnie, odwalają kawał dobrej roboty.

A Polacy? Wiadomo, że w Eagles nie zarabiają, a pracują lub studiują.

- Największa różnica między nimi, a zawodnikami z USA jest taka, że Polacy bardzo się poświęcają. Podkreślam to na każdym kroku, bo jest to imponujące, wręcz godne podziwu. Chłopaki mają rodziny, dzieci, a po pracy jadą na trening czy na siłownię. Bez tego poświęcenia futbolu amerykańskiego w Polsce by nie było. Oni kochają ten sport, kilka lat temu pracowali, grali, wykładali po tysiąc czy dwa tysiące złotych rocznie, by móc rywalizować w lidze. W ostatnich trzech latach staraliśmy się im ulżyć. Wiadomo, że to pewnie nie jest to, czego polscy zawodnicy by oczekiwali - zdajemy sobie z tego sprawę i ciężką pracą staramy się realizować ich potrzeby.

W minionym sezonie na wasze mecze na Polonii przychodziło średnio po 1,5 tys. kibiców. Co zrobicie, by ta frekwencja wzrosła?

- Poza pierwszym meczem sezonu, który rozegramy na Bemowie, znów będziemy występować przy Konwiktorskiej. Chcemy rozszerzyć nasze spotkania, meczowe imprezy, o atrakcje, które pozwolą nam przyciągnąć więcej kibiców. Nie urządzimy koncertu wielkiej gwiazdy, koncentrujemy się raczej na niskobudżetowych, ale kreatywnych, pomysłowych rozwiązaniach. Takich, które zainteresują i nakłonią do przyjścia tych, którzy nie mają w planach oglądania meczu futbolu.

Co konkretnie masz na myśli?

- Strategia komunikacji zakłada, by nie ujawniać wszystkiego już teraz, ale będziemy chcieli trafić do miłośników biegania, jazdy na rowerze czy kina. Szczegóły podamy niebawem. Chcemy dotrzeć do jak największych grup ludzi zainteresowanych sportem, którzy chcą spędzać czas na powietrzu wraz z rodzinami. Jaka frekwencja nas ucieszy? Z przedziału 1,5-2 tys. osób będziemy zadowoleni. Pamiętajmy, że na frekwencję na takich imprezach ma wpływ wiele czynników, jak choćby pogoda.

Jaki procent kibiców z tych 1,5 tys. kupuje bilety, a ile osób wchodzi na zaproszenia itp.?

- Myślę, że liczba gości stanowi 10, maksymalnie 15 proc. publiczności na meczach ligowych.

Jakie macie pomysły, by pokazać się "na mieście", by warszawiacy wiedzieli, że Eagles to dobra drużyna futbolu ze stolicy?

- To jest mozolna praca, w której staramy się być konsekwentni. Ambush czy gorilla marketing, czyli najróżniejsze akcje na ulicach miasta, w sezonie się sprawdzają. Zawodnicy robią szum, trenują na patelni przy metrze, prowadzimy kampanie w komunikacji miejskiej, ale także w mediach. Nasi gracze pojawiają się w telewizji, w programach śniadaniowych, w radio itp. Myślę, że to trafia do warszawiaków. W tym sezonie chcielibyśmy jeszcze mocniej współpracować z lokalnymi rozgłośniami i portalami. Wiadomo, że marzą nam się czasy, gdy będziemy dysponowali ogromnym budżetem i będziemy mogli pozwolić sobie na kampanie, dzięki którym Warsaw Eagles będą obecni na billboardach, będą zapraszać z nich na mecze. Ale aktywnością i kreatywnym marketingiem też można sporo osiągnąć.

Na warszawskiej scenie jesteście raczej nową marką, odróżniacie się od tych tradycyjnych klubów - Hutnika, Polonii, Warszawianki itd. Czy w rozmowach z urzędnikami - miejskimi lub dzielnicowymi - wyczuwacie, że jesteście w jakimś sensie traktowani inaczej?

- Relatywnie nowy klub na początku w dość naturalny sposób spotyka się nie tyle z nieufnością, co z zaciekawieniem drugiej strony. Ale druga strona dość szybko obdarza nas kredytem zaufania, a my bardzo staramy się udowodnić, że działamy profesjonalnie i znamy się na rzeczy. I nie mamy się czego wstydzić, jesteśmy zadowoleni z tego, jak się prezentujemy podczas rozmów czy negocjacji i z tego, co możemy zaoferować. Podczas rozmów z WOSiR czy burmistrzem Bemowa, z którymi współpracujemy wielokrotnie słyszałem, jak fajnie się z nami rozmawia. To nas cieszy, a efekty naszych starać pokazują, że robimy to dobrze.

To może macie przewagę nad klubami, które na mapie Warszawy są od lat, ale nie działają według zasad biznesowych i koncentrują się na narzekaniu?

- Może być w tym trochę racji, choć ja wychodzę z innego założenia. Doświadczenie w działalności z marketingu sportowym pokazuje, że klub nie ma znaczenia - znaczenie mają ludzie. To oni są największą wartością. To, czy reprezentujesz piłkę nożną, koszykówkę, siatkówkę, futbol, nowy czy stary klub, znaną lub nieznaną markę, nie jest najważniejsze. Rozmawiają, negocjują, pomysły przedstawiają ludzie. Ja kocham futbol, uważam, że to najfajniejsza dyscyplina na świecie, ale gdybym miał pracować w klubie karate czy piłki ręcznej, to mój sposób myślenia, działania i pokazywania rozwiązań byłyby takie same. Naszą siłą, siłą Eagles, jest nowe spojrzenie, ale ono jest oparte na profesjonalnych zasadach - wiemy, o czym mówimy i wiemy, co i jak chcemy robić. I to realizujemy. Naszym partnerom to się podoba.

Trener reprezentacji Szwecji mówił mi po meczu reprezentacji w Atlas Arenie, że u nich w kraju po futbolowym boomie przyszło załamanie, kiedy nagle odeszli gracze z jednego pokolenia, a w następnym zabrakło zawodników. Czy Polska do tego momentu się nie zbliża?

- Patrząc na Eagles mogę powiedzieć, że ten proces powoli się zaczyna. Mamy trochę starszych zawodników, którzy już od dwóch lat myślą o zakończeniu kariery. Grają dalej, bo przegraliśmy dwa ostatnie finały o mistrzostwo, a oni bardzo chcą wygrać. Wiemy, że o sile naszej dyscypliny za kilka lat będą świadczyć juniorzy. I zaczynamy ich szkolić. Grant z Międzynarodowej Federacji Futbolu Amerykańskiego, komplety strojów, o których wspominałem, dały kopa do szkolenia młodzieży. Juniorskie zespoły ma wiele klubów w całej Polsce. I muszę przyznać, że największe zaangażowanie, chęć i pasja do trenowania futbolu jest właśnie wśród najmłodszych zawodników.

W jakim oni są wieku?

- Od 14 do 17 lat, choć do Eagles przyjmujemy już 12-latków.

Skąd ich bierzecie?

- Zwykle z naborów - jesiennych i wiosennych. Ale często bywa tak, że chłopak, który przyjdzie na trening, ściąga potem swoich kolegów. W tej chwili mamy około 35 zawodników przez 17. rokiem życia.

Pod koniec 2012 roku mówiłeś, że planujecie wejść do warszawskich szkół. Udało się?

- W wybranych szkołach prowadziliśmy zajęcia, ale w tym temacie jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Dotychczas zbyt wiele nam się w tej kwestii nie udało. Był projekt stworzenia szkolnej ligi futbolu flagowego, gdzie kluby miały brać pod opiekę szkoły z danych dzielnic. Ale to nie wyszło. Inwestujemy w programy juniorskie, ale to musi być robione na szerszą skalę.

Myślisz, że jest szansa, by wejść do szkół? Podstawowa różnica pomiędzy futbolem, a tradycyjnymi dyscyplinami jest taka, że je dość łatwo i naturalnie uprawia się na WF. By grać w futbol, trzeba pracy - m.in. przy szkoleniu nauczycieli.

- Projektów rozwoju futbolu czy Eagles, które mam w głowie, jest cała masa. Problem jest jeden - brak czasu, ludzi, czyli pieniędzy. Rozkręcić można wszystko, tylko ktoś to musi robić. Projekt ligi dla dzieciaków nie jest rentowny, trzeba znaleźć sponsora itd. A na pół gwizdka nie ma sensu tego robić. Ale abstrahując od tego, uważam, że futbol flagowy na lekcji WF byłby rewelacyjną odmianą dla tradycyjnych dyscyplin. To trochę jak zabawa w berka z piłką, zasady są naprawdę proste - nie było pokazu czy pikniku, na którym podczas prezentacji futbolu flagowego ktoś by się źle bawił. Frajda jest wielka.

W Warszawie jest w tej chwili pięć futbolowych klubów licząc z dziewczynami z Sirens - to dużo, ale wycofanie się Spartans z Topligi i ich fuzja z Królewskimi pokazały, że przeskoczyć pewien poziom organizacyjny jest bardzo trudno. Czego, oczywiście poza pieniędzmi, potrzeba?

- Jeśli chodzi o różnice sportowe, o tę przepaść między PLFA I i Topligą, to pieniądze nie mają większego znaczenia. Wiele osób może się ze mną nie zgodzić i powiedzieć, że jesteśmy lepsi dlatego, że mamy pięciu amerykańskich zawodników w składzie, ale zeszłoroczne derby ze Spartans, w których wystawiliśmy tylko polskich graczy i z łatwością wygraliśmy wysoko, dobitnie pokazał, jak wielka jest różnica między naszymi polskimi zawodnikami, a ówczesnymi Spartans.

To czego potrzebują Sharks, by za kilka lat rywalizować z wami jak równy z równym?

- Zacznę od tego, co powtarzam od zawsze - w Warszawie nie ma miejsca na dwa kluby futbolu. Powinien być jedna, silna organizacja. Ten kierunek pokazał Wrocław, gdzie Giants i Devils połączyli się w Panthers. Ten dynamiczny rozwój futbolu w Polsce obrazowany wzrostem liczby drużyn w całym kraju, moim zdaniem powoli się kończy. Liczba klubów będzie spadać, co nie będzie znaczyło, że popularność futbolu maleje. Teraz liczyć będzie się jakość, a nie ilość. Pod względem sportowym, marketingowym i organizacyjnym jedna silna drużyna w Warszawie, w której grają najlepsi zawodnicy z miasta i której kibicują wszyscy zainteresowani futbolem, byłaby najlepszym rozwiązaniem. Derby mnie nie przekonują, choć rozumiem, że ktoś ma inne zdanie.

Ale czego brakuje Sharks? Wielu dobrych trenerów. I zawodników amerykańskich, którzy - wbrew opiniom tych, którzy ich w składzie nie mają - nie są najemnikami do grania, tylko, jak mówiłem wcześniej, uczestniczą w procesie szkoleniowym. Ich doświadczenie jest bezcenne, dzięki niemu poziom drużyny rośnie. Ważne jest też przygotowanie fizyczne - rzecz niby oczywista, ale szalenie ważna, bo na pewnym poziomie bez niego nie da się grać.

Wiele się Eagles udało, ale jakie macie problemy?

- Po pierwsze: czekający nas proces odchodzenia starszych zawodników i stopniowe zastępowanie ich młodszymi graczami, o czym już mówiliśmy. Z dnia na dzień nie da się tego przeprowadzić, to nie będzie łatwy okres. Po drugie, kwestie finansowe, które zawsze trzeba mieć na uwadze. Szczególnie w przypadku dość młodych klubów czy dyscypliny i faktu, że budżety na reklamę i marketing w różnych firmach wciąż nie są największe. I po trzecie, niedostateczne zaangażowanie się w promocję futbolu wśród najmłodszych, w szkołach. Tutaj mamy jeszcze duże pole do popisu.