Orlando Sá: Legia to trampolina. Na Cyprze i w Portugalii dziwili się, że przechodzę do mistrza Polski [ROZMOWA]

- Na sprawę trzeba też spojrzeć strategicznie. Gdybym teraz wybrał lepszy klub niż Legia, to za dwa, trzy sezony mogłoby się okazać, że straciłem ważne lata, siedząc na ławce. Wtedy w wieku 28 lat mógłbym przyjść najwyżej do polskiej ligi, ale już nie trafiłbym do lepszych rozgrywek. A tak dzięki grze w Legii za jakiś czas mogę przeskoczyć wyżej - mówi w rozmowie z warszawa.sport.pl nowy napastnik Legii Orlando Sá. 26-letni Portugalczyk w piątek podpisał 3,5-letni kontrakt z warszawskim klubem.


Przemysław Zych: Łatwo było najlepszemu strzelcowi ligi cypryjskiej obecnego sezonu zdecydować się na Legię?

Orlando Sá: Jestem całkowicie zadowolony z tego transferu. Moje ambicje i Legii się pokrywają. Wiem, że najbliższe dwa, trzy lata będą dobre dla warszawskiego klubu. W cypryjskich i portugalskich mediach czytałem natomiast różne opinie, tam wyrażano zdziwienie, że przechodzę do Legii.

Nie zastanawia cię to?

- Na sprawę trzeba też spojrzeć strategicznie. Gdybym teraz wybrał lepszy klub niż Legia, to za dwa, trzy sezony mogłoby się okazać, że straciłem ważne lata, siedząc na ławce. Wtedy w wieku 28 lat mógłbym przyjść najwyżej do polskiej ligi, ale już nie trafiłbym do lepszych rozgrywek. A tak dzięki grze w Legii za jakiś czas mogę przeskoczyć wyżej. Z kolei, gdybym zmarnował najbliższe dwa, trzy lata i trafił do Legii w wieku 28 lat, byłbym już za stary, żeby ekstraklasa mogła być dla mnie trampoliną. To ważny moment w mojej karierze.

Kim masz być dla Legii?

- Nie muszę grać każdego meczu po 90 minut, ale chcę, żeby dawano mi znać, że jestem ważnym zawodnikiem dla tego klubu.

Jak przygotowałeś się do polskiej ligi? Rozmawiałeś z innymi piłkarzami Legii, którzy grali na Cyprze, Dossą Juniorem albo Helio Pinto?

- Rozmawiałem z Dossą, z którym grałem w Limassolu. Jego rekomendacja była jasna: "Przyjeżdżaj. Jeśli dobrze grałeś na Cyprze, to poradzisz sobie też w Polsce. To dobrze zorganizowany klub".

Czego Henning Berg oczekuje od ciebie? Wiesz, że to jego zawahanie spowodowało, iż nie trafiłeś do Legii miesiąc temu. Rozmawiałeś z nim zanim doszło do transferu?

- Mój transfer rozstrzygnął się w ciągu jednego czy dwóch dni, więc na takie rozmowy nie było wcześniej czasu. Wiem, że chciał mnie poprzedni trener, który został w międzyczasie zwolniony, a nowemu podjęcie decyzji zajęło chwilę. To jednak normalne, nie znał mnie, musiał mi się przyjrzeć. Z trenerem Bergiem porozmawiałem już po moim transferze. Powiedział mi, żebym spokojnie wprowadzał się do drużyny, najpierw znalazł dom, przyzwyczaił się do Polski. Jeszcze nie rozmawialiśmy o tym, jak ma grać Legia i kim mam być w jego drużynie. Ale na pewno wie, jakim jestem piłkarzem. Nie lubię stać w polu karnym i czekać aż mi ktoś piłkę poda albo wrzuci na głowę. Lubię grać w piłkę, cofać się, zdarzało się przecież, że grałem bliżej lewej strony boiska.

Wiesz, że polska liga bywa brutalna i chociaż bliżej jej do gry zręcznościowej Flipper, gdzie kulka chaotycznie obija ścianki, niż do Premier League, to jest też dość szybka. Na pewno szybsza niż liga cypryjska.

- Słyszałem o tym. Ale to dobrze, gdy jest fizyczna walka, lubię ostrą grę. Widziałem, że Legia przegrała sześć meczów w tym sezonie, różnice punktowe nie są więc tak duże jak na Cyprze czy w Portugalii. To oznacza, że walka jest wyrównana.

Żaden portugalski klub nie był tobą zainteresowany? Latem 2013 roku pojawiła się informacja o zainteresowaniu Sportingu Lizbona, gdy w Limassol chcieli ci obniżyć kontrakt.

- To prawda, badali sytuację, ale na tym się skończyło. Z kolei gdy rok wcześniej, latem 2012, opuszczałem Fulham [Sá rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron - przyp. red.] pojawiło się zainteresowanie z dwóch klubów angielskiej Championship. Niespecjalnie chciałem jednak grać w drugiej lidze, a że Limassol właśnie wygrał tytuł na Cyprze, miał plany awansu do Ligi Mistrzów, to spróbowałem.

W Portugalii wciąż o tobie pamiętają, bo zapowiadałeś się na dobrego napastnika, tymczasem tamtejsze kluby nie produkują zbyt wielu przyzwoitych zawodników na tej pozycji. Od 1996 roku żaden Portugalczyk w swojej lidze nie został królem strzelców, w ostatnim sezonie najlepszy Portugalczyk był piąty. Andrzej Juskowiak, były polski napastnik Sportingu, tłumaczy to zjawisko tak: gdy w Polsce dzieciaki chcą strzelać, to w Portugalii panuje kult dryblingu.

- W moim kraju trudno znaleźć piłkarza, który nie miałby dobrej techniki, a bardzo ciężko dostrzec wysokich mężczyzn. Raczej w tym upatrywałbym braku zawodników światowej klasy na tej pozycji w Portugalii. Od czasów Eusebio nie mieliśmy napastnika klasy międzynarodowej. Obecnie jedynym wysokim snajperem jest Hugo Almeida, nawet Helderowi Postidze brakuje centymetrów. W Anglii czy Niemczech rodzi się z kolei zbyt wielu wysokich mężczyzn, więc na tej pozycji nie ma problemu.

Skrzydłowy Manchesteru United, Nani, identycznie tłumaczy ten problem. Ale Juskowiak dodaje, że generalnie nie potraficie zachować zimnej krwi pod bramką rywala. Kiedy portugalski napastnik biegnie w kierunku bramkarza za często dotyka piłkę, a w polu karnym zachowujecie się podobnie jak w innych strefach boiska.

- Nie generalizowałbym, ale prawda jest taka, że mamy wielu skrzydłowych, bo gramy w systemie 4-3-3. I zbyt wielu rozgrywających, napastników niezłej klasy jest może dziesięciu.

Łącznie dwa lata spędziłeś w FC Porto i Fulham. W Londynie trenowałeś z Clintem Dempseyem, w Porto z Radamelem Falcao.

- Falcao jest niewiarygodny w polu karnym. Zawsze skrada się, szuka miejsca dla siebie, jest bardzo szybki. Rywalizowałem z naturalnie utalentowanymi napastnikami. Nie zmarnowałem czasu, w Fulham byli jeszcze Bobby Zamora, Andy Johnson, Pavel Pogrebniak. Nabyłem doświadczenia, potrafię porównać kraje, trenerów, to pomaga w życiu. W tej chwili Legia przypomina mi klub angielski, z jej trenerem, który trzyma się pewnego schematu.

Twój bilans w Premier League to siedem meczów i jeden gol. Jaką lekcję wyciągnąłeś z Anglii? Podobno te rozgrywki były za szybkie i zbyt fizyczne dla ciebie.

- Miałem tam też przyzwoite mecze, z Norwich strzeliłem gola, który został wybrany jako jeden z dziesięciu najładniejszych w sezonie 2011/12. Zagrałem dobry mecz w podstawowym składzie przeciw Chelsea [80 minut, 1:1]. Czułem się coraz lepiej, ale może byłem po prostu za młody? Przeszkadzały mi też kontuzje. Jedną z nich odniosłem... w Polsce. Graliśmy z Wisłą w fazie grupowej Ligi Europy. Na stadionie w Krakowie zgasło światło, mieliśmy przerwę, było zimno. Próbowaliśmy się rozgrzewać, ale nie wszystkim to pomogło. Mnie nie, niedługo po wznowieniu gry doznałem kontuzji, jednej z dwóch w trakcie tego jednego sezonu w Premier League. Anglia to była zbyt głęboka woda jak na 23-letniego chłopaka bez doświadczenia. Teraz chcę się wspinać powoli.

Obserwuj autora i dyskutuj na Twitterze - @PrzemZych