Ukraiński skrzydłowy Polonii Warszawa: Na tle innych nasz zespół wygląda dużo lepiej, niż świadczą o tym wyniki

- Patrzę, a na boisku stoi obok mnie chłopak z wielkim brzuchem, który nie przypomina sportowca. Zdarza się, że wielki chłop zastraszy któregoś z naszych młodych graczy swoją posturą - o wrażeniach z gry w IV lidze i w Polsce opowiada ukraiński skrzydłowy Polonii Nazar Litun.


W lwowskim ośrodku szkolenia piłkarzy trenował przez rok z byłym zawodnikiem Barcelony, jednym z najdroższych obrońców w historii Dymytro Czyhrynskim. Nie poszedł jednak jego drogą.

Grał w niższych ligach, najpierw na Ukrainie, potem w Polsce, miał też czas, by skończyć studia. W sierpniu podpisał kontrakt z IV-ligową Polonią, którą znalazł mu jego przyjaciel mieszkający w Puławach, pisarz i scenarzysta Zbigniew Masternak. Literacka rekomendacja okazała się skuteczna. W rundzie jesiennej Litun strzelił gola, zaliczył cztery asysty, a byłoby ich więcej, gdyby koledzy z drużyny wykorzystywali precyzyjne podania ze skrzydła.

Olgierd Kwiatkowski: Grasz już w Polsce kilka lat, ale nigdy w IV lidze. Odczuwasz, że wszedłeś na tak niski poziom, skoro wasze mecze ogląda kilka tysięcy widzów?

Nazar Litun: Pod względem organizacyjnym, podejścia trenerów i działaczy do pracy i zajęć z klubem związanych Polonia jest klubem z innej, wyższej ligi. Wszystko jest poukładane profesjonalnie. To jedyny polski klub, a miałem ich już kilka, który regularnie i na czas płaci mi pensję. I do tego kibice. Gram na lewym skrzydle, kiedy biegam obok trybuny, na której siedzi tyle ludzi i cały czas nas dopinguje, to nie sposób nie starać się na maksa. Czuję, że biegam o jedno, dwa tempa szybciej.

A pod względem umiejętności piłkarskich, w której Polonia jest lidze?

- Niestety, w czwartej i to nawet nie na pierwszym miejscu. Ale na tle innych nasz zespół wygląda dużo lepiej, niż świadczą o tym wyniki. Nie udało się zostać liderem w tej rundzie, ale przewyższamy rywali. Gramy w piłkę, próbujemy zakombinować, nie wybijamy piłki bezmyślnie do przodu. Takie mamy wytyczne od trenera. Owszem, nie zawsze nam się to udaje, czasami na boisku sami zmieniamy koncepcję, bo przeciwnik narzuca inny styl i wtedy od nas zależy, jak dostosujemy się do sytuacji.

Jesteście może za delikatni na IV ligę?

- Trochę tak. Mamy w drużynie sporo młodych chłopaków, którzy dopiero teraz złapali pierwszy kontakt z dorosłym, męskim futbolem. W IV lidze jest dużo walki, mniej grania w piłkę. Tu trzeba grać raz ładnie, a raz twardo, po męsku.

Kibice większości innych klubów z IV ligi nie lubią Polonii i słychać to na trybunach zwłaszcza podczas meczów wyjazdowych. Jak jest z piłkarzami drużyn przeciwnych?

- Nie zdarzyło się, by rywale nas obrażali. Gdyby ktoś zrobił coś takiego przy mnie, zaraz bym mu udowodnił w sportowej walce, w ramach przepisów, że jestem lepszy. Trochę może byśmy się poprzepychali, ale obyłoby się bez chamstwa.

Czasami nie udało się wam wygrać meczu z drużynami, w których zawodnicy mieli brzuch większy od piłki.

- Paru takich rzeczywiście na naszej drodze się pojawiło. Wychodzę na mecz i patrzę, że obok mnie na boisku stoi chłopak, który.... no, w niczym nie przypomina sportowca, z brzuchem. Robię wtedy wszystko, żeby to on za mną ganiał, ale zdarza się, że taki wielki chłop postraszy swoją posturą któregoś z naszych młodych zawodników. Przepcha się, zastawi i nie pozwoli sobie odebrać piłki. Mimo wszystko to wstyd, kiedy tak się dzieje.

Ty jednak masz sportową sylwetkę.

- W niższych ligach gra wielu piłkarzy, którzy pracują lub studiują. Ja już zakończyłem edukację. Skończyłem Narodowy Uniwersytet Agrarny we Lwowie, jestem magistrem ekologii. Po przeprowadzce do Warszawy szukałem pracy, ale chyba za słabo szukałem, bo nie znalazłem. Ale może to i lepiej? Gdybym pracował, to raczej nie byłbym dość skoncentrowany i zmotywowany na treningach, a potem na meczach. To trudne tak sobie wszystko poukładać, żeby we wszystkim być dobrym. Kopię więc w piłkę, chodzę na siłownię, czasami potrenuję indywidualnie, a do tego dochodzi codzienna praca z zespołem.

W Polonii znalazłeś się z naboru?

- Można tak powiedzieć. Przyjaźnię się z pisarzem Zbigniewem Masternakiem. To człowiek, który kocha piłkę. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, on mnie cały czas namawiał, że jestem za dobry i żebym spróbował. Starał mi się pomóc. Dowiedział się o naborze do Polonii, więc wysłałem życiorys. Dużo mi opowiadał o tym klubie. Nie bardzo wierzyłem, że tu się dostanę, ale przyjechałem i od pierwszego treningu czułem, że to jest coś, co mi odpowiada. Polonia mnie oczarowała. Poczułem wielką sympatię do trenerów, oni też traktowali mnie bardzo życzliwie.

A gdzie grałeś do tej pory?

- Pochodzę ze Lwowa, jestem wychowankiem Karpat. Grałem tam w różnych rocznikach juniorskich, zdobyłem brązowy medal mistrzostw Ukrainy w swojej kategorii wiekowej. Raz dostałem powołanie do kadry Ukrainy do lat 15. Trenowałem też w lwowskim ośrodku szkolenia piłkarzy, do którego wybierali najzdolniejszych chłopaków z kraju. Byłem w jednej drużynie z Dymytro Czyhrynskim, który później trafił do Szachtara Donieck i Barcelony. Mogłem tam zostać, ale nie zrobiłem tego, bo chciałem szybciej spróbować dorosłej piłki. Wróciłem do II-ligowych Karpat. Po roku mnie odrzucili. Na Ukrainie, jeśli się nie przebijesz w rok do pierwszego składu, to rezygnują z ciebie. Selekcja jest bardzo ostra.

Rozmawiałeś później z Czyhrynskim, dlaczego nie wyszło mu w Hiszpanii. Barcelona kupiła go za 25 milionów euro.

- Nie każdy może się przecież sprawdzić w takim klubie jak Barcelona. Od zawsze miał problemy ze zdrowiem, łapał wiele kontuzji. Tutaj trzeba szukać odpowiedzi.

Ty wyjechałeś do Polski i grałeś w niższych ligach. Czy odpowiadało to twoim ambicjom?

- Szukałem swojej szansy, chciałem robić postęp. Grałem też w I lidze Ukrainy - w Enerhetyku Bursztyn, w Polsce w II lidze w Motorze Lublin. Trafiałem zawsze na kluby, które przeżywały kłopoty organizacyjne, nie płaciły na czas. Miałem pecha, dopiero teraz w Warszawie, w Polonii znalazłem miejsce, gdzie większość rzeczy mi odpowiada.

Obserwuj autora na Twitterze