Tak źle jak oni nie gra w Warszawie nikt. Nikt. Ale Czerwone Smoki robią coś twórczego

- Panie trenerze, dziś nie było źle, prawda? Pan nas teraz nie zostawi? Niech pan powie burmistrzowi, że my walczymy dalej! Potrenujemy i będzie dobrze. Musi być! - poklepywali się po plecach piłkarze Czerwonych Smoków Brwinów po porażce 1:6 z rezerwami Świtu Warszawa. W rundzie jesiennej przegrali wszystkie 11 meczów. Bilans bramkowy? 6-115.
Sobotni mecz kończył rundę jesienną warszawskiej trzeciej grupy klasy B - ósmego, ostatniego poziomu rozgrywek na Mazowszu. Czerwone Smoki są najgorszą ze 158 drużyn w Warszawie i jej najbliższych okolicach. Zdaniem serwisu Kartofliska.pl - choć ten poinformował o tym dopiero po meczu ze Świtem - także najgorszą w skali całego kraju.

Na mecz do Brwinowa wybrałem się, by przekonać się, co to znaczy, że gorzej być nie może.

***

Stadion Miejski w Brwinowie mieści się 100 metrów od stacji kolejowej. Z niewielkich trybun widać przejeżdżające pociągi. Wystarczy przejść przez tory, przejść kawałeczek wzdłuż ogrodzenia, skręcić w ulicę Turystyczną, minąć kilka domostw. Dalej poprowadzą nas drogowskazy. Zresztą - nie trafić na stadion to sztuka. Każdy w Brwinowie wie, gdzie grają tutaj w piłkę. Ludzie pokażą, pokierują. O, tu, przez targ, zaraz za cmentarzem.

W chłodny listopadowy poranek ręce kostnieją na mrozie. Jest tuż przed 11, na brwinowskim targu rozstawionych ledwie kilka stoisk, handel dopiero rusza, zjeżdżają się pierwsze samochody dostawcze ze świeżym mięsem, warzywami, słodyczami i ubraniami.

A na stadionie od rana poruszenie. Trwają przygotowania do ostatniego meczu rundy. W swojej grupie Czerwone Smoki zajmują ostatnie miejsce. Nie zdobyły choćby punktu. Świętem jest strzelenie gola - do tej pory udało się uciułać pięć. A stracić? Szkoda gadać... 109. Średnio ponad dziesięć na mecz.

Ale dziś jest niezła okazja, by słaby bilans poprawić. Do Brwinowa przyjeżdżają rezerwy Świtu Warszawa, druga od końca drużyna w lidze, niewiele lepsza od Czerwonych Smoków, choć zdobyła już cztery punkty i łatwym rywalem nie będzie.

Trener Czerwonych Smoków Mikołaj Sobczak rozwiesza w bramkach siatki, w rogach boiska wbija chorągiewki. Wiąże się z nimi zabawna historia. Chorągiewki pochodzą z brwinowskiej rekonstrukcji Bitwy pod Wiedniem. Organizowała ją swego czasu miejscowa szkoła, a brwinowska husaria króla Jana III Sobieskiego była efektownie przebrana w czerwono-żółte płachty. Po całej zabawie miałyby pójść do kosza? - Ja te płachty wziąłem, pół nocy przy kominku je szyłem. No i mamy teraz chorągiewki, nic się u nas nie zmarnuje - mówi Sobczak. - A siatki? Pożyczone. Na razie nie musimy oddawać, cieszymy się i korzystamy - dodaje.

Siatki rozwieszone, chorągiewki rozstawione, a miejscowi już rozgrzewają się na murawie. Wymieniają podania, zrywają się do sprintów, by choć trochę rozgrzać się na przejmującym zimnie. Świt przyjechał na mecz spóźniony, ale walkowera nikt tutaj nie chciał. W Brwinowie - choć na murawie marzli - na rywali poczekali, sędziowie wstrzymali się z pierwszym gwizdkiem prawie pół godziny, ale w końcu, chwilę przed południem, wystartowali. Świt na błękitno-niebiesko, Czerwone Smoki na zielono.

Na trybunach pojawili się kibice. Sześć osób. - Grupa nieliczna, ale śliczna - śmiał się przechodzący obok starszy pan. To koledzy grających w Czerwonych Smokach chłopaków. Zimno ich nie wystraszyło. Mają ze sobą coś do wypicia, do pochrupania. Śmieją się, głównie z boiskowych wydarzeń, pokrzykują na grających chłopaków. Koloryt.

***

Jak to się stało, że w niewielkim, ledwie 12-tysięcznym Brwinowie, gdzie gra już A-klasowy Naprzód, powstał kolejny zespół? Czy miasto potrzebuje dwóch konkurujących ze sobą drużyn?

Wygląda na to, że tak. Mikołaj Sobczak tłumaczy: - Pół roku temu okazało się, że jest taka - mówiąc górnolotnie - potrzeba społeczna. Ci chłopcy, w większości 17-, 18-latkowie, sami się do mnie zgłosili. Nie widzieli się w innych lokalnych drużynach. Tam zresztą też nikt ich nie widział. Skrzyknęli się i przyszli do mnie z prośbą, czy bym nie chciał ich trenować i stworzyć z nich drużyny. Uznałem, że trzeba spróbować - mówi.

- Ale samymi młodzikami nie dalibyśmy rady - to byłoby wręcz niebezpieczne dla samych chłopaków, wszyscy wiemy, jak czasem wyglądają mecze w B klasie - dodaje trener. - Dlatego poprosiłem, by do drużyny dołączyło kilku starszych zawodników. Oni nie mają już szans na wielkie kariery, a u nas mogą chociaż pomóc tym młodym. Jestem im za to wdzięczny.

W ten sposób przed kilkoma miesiącami Czerwone Smoki rozpoczęły swoją przygodę z dorosłym, choć tylko B-klasowym, futbolem. Na razie raczej niefortunnie. O meczach z Wrzosem Międzyborów (0:20) czy Jeziorkami Prażmów (1:16) lepiej jak najszybciej zapomnieć. Ale przed drużyną Sobczaka cała runda rewanżowa. No i ostatni jesienny mecz ze Świtem.

***

Ten dla Czerwonych Smoków zaczął się nieźle. Gospodarze często wymieniali podania na połowie rywala, uderzyli parę razy na bramkę, stworzyli kilka zespołowych akcji. Trener nie musiał nawet na swoich zawodników pokrzykiwać, był zadowolony. Czego brakowało? Precyzji, trochę techniki, może łutu szczęścia - wszystkiego, oczywiście, na poziomie B klasy. A oprócz tego wszystkiego zabrakło także jednego z najlepszych zawodników. Ten nie grał już w kilku ostatnich meczach. Rodzice za słabe oceny w szkole dali mu szlaban na piłkę... I z takimi kłopotami muszą zmagać się Czerwone Smoki.

Ale szczęścia nie mieli też rywale. W jednej z akcji napastnik Świtu miał przed sobą tylko bramkarza, ale nie wiedzieć czemu kopnął hen, od bramki. - Chłopie, popatrz, podnieś głowę! - krzyczał na niego kolega z drużyny, który akurat robił za liniowego (w B klasie na linii sędziuje akurat ten, kto się nawinie). - Daj mi spokój, rok w piłkę nie grałem, sił zabrakło - odpowiedział ten pierwszy.

Przed przerwą Świt zdołał jednak strzelić dwa gole. Jednego wcale ładnego, niby na pustą bramkę (bramkarz Czerwonych Smoków zgubił się w polu), ale z 30 metrów, pod samą poprzeczkę. Po 45 minutach zziębnięci zawodnicy zeszli się ogrzać do szatni.

***

Kiedy Sobczak próbuje zachęcić swoich piłkarzy do walki w drugiej połowie, zastanawiam się, dlaczego i jak egzotyczne Czerwone Smoki osiedliły się w Brwinowie. Kim jest ich trener? Czemu akurat do niego przyszli młodzi piłkarze z Brwinowa? Czemu uznali, że tylko on będzie potrafił wstawić się za nich u burmistrza, wyprosić go o dzierżawę stadionu miejskiego, zorganizować piłki, koszulki, całą tę ligową otoczkę?

Kiedy kilka godzin później rozmawiam z trenerem w miejscowym Domu Kultury, proponuję mu określenie "społecznik", ale niechętnie kręci głową. A więc jak? Aktywista, pasjonat, miłośnik sportu, pedagog?

- Zaczęło się pięć lat temu - opowiada o początkach Smoków Sobczak. - Mój syn skończył pięć lat, okazało się, że potrzebuje gier zespołowych, a żaden z okolicznych klubów nie szkolił i nie chciał szkolić tak młodych zawodników. Zebrałem więc grupę dzieci chętną do gry. Na koszykówkę, którą ja trenowałem i która jest moją pierwszą miłością, moi pierwsi zawodnicy byli jeszcze za mali. Pomyślałem więc, że może trzeba założyć szkółkę piłkarską.

- Nazwa Czerwone Smoki to pomysł mojego syna. Miały być Dinozaury, ale większość opowiedziała się za Smokami. Znalazło się sporo chętnych, biliśmy wszystkie lokalne drużyny. Teraz się to trochę posypało - kilku chłopców podebrał nam Pruszków, część poszła do Milanówka, z Legią już nawet nie konkurujemy. Może stąd wzięła się chęć, by wystartować z seniorami? - zastanawia się Sobczak.

Dzieciaki z Czerwonych Smoków się cieszyły, ale żeby nazywać tak drużynę, w której grają nastolatkowie i już niemal mężczyźni? - Pomału się przyzwyczajają. Kiedy przyszli do mnie z pomysłem stworzenia dorosłej drużyny, zaproponowałem, byśmy nie zmieniali nazwy i zostali Czerwonymi Smokami. Uznałem, że może ta nazwa jest najbardziej adekwatna do tego, co teraz robimy. Biorąc pod uwagę porażki 0:20, nawet lepiej czuć się Czerwonym Smokiem niż nazywać się Jasna Błyskawica, Siła czy Falanga z Brwinowa. Jak będą grać jak gromy z jasnego nieba - zmienimy nazwę na Gromy z Jasnego Nieba, nie ma problemu - mówi Sobczak.

***

Druga połowa zaczęła się dla Czerwonych Smoków fantastycznie. Chłopcy Sobczaka strzelili kontaktowego gola, uwierzyli w pierwsze w sezonie punkty. Ruszyli do ataku, ale trochę nieporadnie, szans na dorwanie rywala nie wykorzystali. A ten, wzmocniony świetnym napastnikiem z ławki (tym, co to w pierwszej połowie robił za liniowego), ruszył do ataku. I strzelał - jeden gol, drugi, trzeci. A jeszcze na koniec Czerwone Smoki wbiły sobie samobója.

1:6 sędzia gwizdnął po raz ostatni i zziębnięty uciekł do szatni, rywale też szybko przebrali się, wsiedli w samochody i wrócili do Warszawy. Były jeszcze śmiechy kibiców i drwiny tatusiów młodych piłkarzy z Naprzodu, którzy mieli grać na tym samym boisku po Czerwonych Smokach. Trochę smutno skończyła się runda wiosenna w Brwinowie.

Tak w każdym razie myślałem, gdy po meczu podszedłem do trenera i jego zawodników. Myślałem, że zobaczę wkurzonych, zrezygnowanych chłopaków, która najchętniej rzuciliby to wszystko w diabły, trenera zirytowanego i wrzeszczącego na swoich piłkarzy...

Nic z tych rzeczy.

Zobaczyłem ekscytację. Radość po dobrym meczu. Dyskusję, co można było zrobić lepiej. - Widział pan, jaką bramkę strzeliliśmy? - spytał mnie jeden z chłopaków. - Mogliśmy powalczyć, ale co ten nasz bramkarz wyprawiał... No i obrona. Obrona do poprawy. Ale już nie było źle, prawda? Panie trenerze, pan nas teraz nie zostawi? Niech pan powie burmistrzowi, że my walczymy dalej! Zbierzemy się i w następnej rundzie wystąpimy. Dokupimy parę piłek, potrenujemy i będzie dobrze. Musi być!

***

- Magia futbolu, prawda? - zagadnął mnie Sobczak, gdy samochodem wracaliśmy z meczu. - To kwestia wiary. Oni zaczynają wierzyć. Wierzą, że coś im się uda. Być może zdarzą się jeszcze porażki po 0:20 i oni z czasem się zniechęcą, będą mieli dosyć. Przegraliśmy ze Świtem, ale sam pan słyszał w ich głosie euforię. Oni mają cel: grają, żyją tym, przychodzą na zajęcia. Choć nie wszyscy. Ale każdy kolejny chłopak na treningu to jest sukces. Najważniejsze, że oni byli z siebie zadowoleni. Cel został osiągnięty.

- Nasza młodzież nie ma zbyt wielu szans na to, by zrobić coś, co sama uważa za ważne - dzielił się tajemnicami drużyny Sobczak. - Nie czują się naukowcami, nie zajmują się modelarstwem, nie piszą książek. Ale młodzieży w ich wieku, która nie znalazła jeszcze w swoim życiu prawdziwej pasji, jest całe mnóstwo. A oni pomału zaczynają czuć, że w kilkanaście osób mogą zrobić coś, co ma znaczenie.

- Ja zebrałem grupę młodych ludzi, którzy zamiast narzekać na świat, jaki jest wokół nich, naprawdę robią coś twórczego. Bo zorganizowanie meczu to JEST coś twórczego - mówi dobitnie, a ja czuję, że to "jest" trzeba napisać wielkimi literami.

- Chłopcy tym żyją - myślą o meczu, analizują swoją grę, kontaktują się między sobą, przygotowują się mentalnie. To, że nie siedzą w tym czasie przy piwie i nie narzekają, to sukces. To nie jest łatwe, ale na razie nam się udaje - tłumaczy Sobczak.

Kolejny mecz dopiero w kwietniu. Chłopaki z Brwinowa niedługo spotkają się, by podsumować rundę, podobno już kombinują, jak będą trenować zimą, organizują łopaty do odśnieżania boiska. W następnej rundzie będzie lepiej. Musi być.

O stołecznym sporcie podyskutuj z autorem na jego Twitterze.