Eliminacje LM. Czy Legia zrobiła wszystko, by awansować do Ligi Mistrzów?

Nasz futbol klubowy tkwi w tak głębokim dołku - warszawianie usiłują się z niego wygramolić - że łatwo sobie wyobrazić scenariusz, w którym wyeliminowany przez Steauę klub wyciska ze swoich możliwości maksimum, ale i tak w kwalifikacjach przepada. Niestety, obejrzeliśmy zupełnie inną historię
Legia Extra - zamów newsletter o najlepszej polskiej drużynie

Po pierwsze, zubożenie ataku

Prezes Bogusław Leśnodorski natychmiast po objęciu urzędu postanowił pozbyć się największej gwiazdy drużyny Danijela Ljuboi, co hałaśliwie manifestował. Nie wiadomo, czy wpłynął tym na słabnącą formę Serba, przez półtora sezonu najbardziej twórczego gracza w całej legijnej ofensywie, ale wiadomo, że nie zastąpił go napastnikiem na zbliżonym poziomie i zbliżonej charakterystyce. Wziął Wladimera Dwaliszwilego, czyli lepszą - w zamiarze lepszą - wersję Marka Saganowskiego. Zubożył atak o niezmierzone pokłady gry kombinacyjnej i błyskotliwość, natomiast niczym jej nie wzbogacił.

I rewanż ze Steauą legioniści spędzili właściwie bez środkowego napastnika. 35-letni Saganowski - niski, w środę zagubiony między drągalowatymi bukareszteńskimi stoperami - to materiał w najlepszym razie na rezerwowego. Nie dostał ani jednego podania od obu skrzydłowych. I ani jednego od Dominika Furmana, teoretycznie bardziej kreatywnego w duecie defensywnych pomocników. Dotykał piłki rzadziej niż napastnik gości Piovaccari, choć to Rumuni większość czasu przestali na własnej połowie.

Po drugie, bezrozegranie

Być może Saganowski, mimo wszystko swoich ograniczeń, miałby czym oddychać, gdyby tlenu dostarczał mu Hélio Pinto. To miał być fundamentalny zakup dla walki o Ligę Mistrzów - głęboko ustawiony rozgrywający przyzwyczajony do wysokiej stawki i pressingu agresywniejszego niż w tzw. ekstraklasie, zdolny poreżyserować grę z Radoviciem, uspokajający i czyniący lepszymi piłkarzami otaczających go partnerów. Niestety, bohater transferu, który miał wynieść Legię z poziomu krajowego na międzynarodowy, nie zmieścił się w szerokiej kadrze na rozstrzygający wieczór. Katastrofa.

Klęski transferowej na razie ogłaszać nie wolno. Niewykluczone, że Pinto wreszcie odpali i weźmie władzę w środku boiska w Lidze Europejskiej, w sensie technicznym niczego mu nie brakuje. Jeśli uzupełniasz drużynę na newralgicznej pozycji na kilka tygodni przed rozstrzygającymi meczami, to ryzykujesz na tym poziomie cenowym szanse, że się uda, nie przekraczają pewnie 20 proc. Czyżby odpowiednika Hélio Pinto Legia powinna była nająć już zimą?

Słabości personalne można zakryć precyzyjnym planem gry, organizacją ataku opartą na intensywnym ruchu bez piłki całej drużyny. Niestety, to jak dotąd zadanie ponad możliwości Urbana.

Po trzecie, nierzuty wolne i rożne

Trenerowi trzeba też wytknąć beznadzieję stałych fragmentów gry, w nowoczesnym futbolu niezbędnych do zwyciężania, przesądzających o wynikach wielu wyrównanych bitew (Legia stale remisowała!). W eliminacyjnych meczach legioniści wykonywali 46 rzutów rożnych, ale Furman, Tomasz Brzyski czy Daniel Łukasik nie potrafili wymierzyć piłką w głowę Dossy J niora, Ivicy Vrdoljaka czy Tomasza Jodłowca, by ci mogli uderzyć na bramkę. Bardziej wyrafinowanych sposobów, by oszukać defensywę rywala, warszawianie nie mieli. W środę jedyna próba krótkiego rozegrania z Koseckim skończyła się stratą i kontratakiem.

Rzuty wolne też sprowadzały się do oddawania piłki. Po żadnym Legia nie oddała celnego strzału. Dlatego Rumuni mogli faulować beztrosko - gdzie chcą i kiedy chcą. Poniewierali zwłaszcza Koseckiego, także przy swoim polu karnym, bo czuli się całkowicie bezkarnie, nawet cztery żółte kartki za ataki na skrzydłowego zostaną anulowane przed fazą grupową LM.

Legioniści ćwiczyli je na zgrupowaniu w Austrii, ale najwyraźniej niewiele się nauczyli. - Dla Furmana to był wielki wieczór, być może dlatego drżała mu noga. Mieliśmy do niego pretensje - mówił Urban. W niedawnym meczu polskiej młodzieżówki z Turcją Furman kopał z rzutów wolnych z sensem...

Po czwarte, swoboda Burceanu

Kapitan Steauy zademonstrował Vrdoljakowi, do czego zobowiązuje opaska kapitana. Biegał od pola karnego do pola karnego jak nakręcony. Dwoma wślizgami z rzędu dwukrotnie przerywał to samo natarcie Legii, tyle że pruł przez trawę w innym miejscu. Potrafił rzucić się w kilkudziesięciometrowy sprint, by ratować Steauę faulem tuż przed jej polem karnym, obejrzeć żółtą kartkę, a potem nawrzeszczeć na trzech czy czterech kolegów za brak zaangażowania. Rugał ich notorycznie, recenzując niemal każde zaniedbanie.

Rozgrywający 40. mecz w europejskich pucharach Alexandre Burceanu uczestniczył też w niemal każdej akcji ofensywnej. Tak jak w Bukareszcie panował nad środkiem pola. Trener Urban albo nie zauważył doniosłej roli rumuńskiego kapitana, albo nie posłuchali go piłkarze, bowiem nie osaczyli go, nie próbowali odciąć od gry, nie przedsięwzięli żadnego specjalnego planu, by zniszczyć główny procesor Steauy. Słowem, mistrzowie Rumunii mieli swojego Hélio Pinto, a mistrzowie Polski pozwolili mu dyrygować grą w pełnej swobodzie.

Po piąte, lęki startowe

Legioniści wychodzili z szatni śnięci i w walijskim Wrexham, i w norweskim Molde, i w Bukareszcie. Ostrzeżenia nie podziałały, w Warszawie przebili wszystkie swoje poprzednie osiągnięcia - obaj defensywni pomocnicy, operujący w najbardziej wrażliwej na straty części boiska, już po dziewięciu minutach sprawili, że rywale nie musieli wykazać żadnej inicjatywy, by odrobić "straty" z pierwszego meczu. Zaczęli rozedrgani? Przerażeni? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że chorują od dawna. W minionym sezonie ligowym aż siedem razy zdarzyło im się przegrywać, by ostatecznie nie przegrać (pięć zwycięstw, dwa remisy). U nas wracać do życia łatwiej.

Czy tamta łatwość wychodzenia z tarapatów ich demoralizowała? Dlaczego sytuacja się powtarza? Trener Urban, jeśli wierzyć jego publicznym wypowiedziom, też nie bardzo rozumie, co się dzieje. Oby nie ujawniał nam całej prawdy. Jeśli nie rozumie, gdzie tkwi problem, to go nie rozwiąże.