"Jestem Łapa Jaguara", czyli fizyczna poniewierka na Men Expert Survival Race [WIDEO]

"Triceps Killer", "Monkey Bar", elektryczne pastuchy, kąpiel w lodowatym kontenerze i atak rozwścieczonych Wikingów - tak wyglądała trasa Men Expert Survival Race, ekstremalnego biegu z przeszkodami na 10 km we Wrocławiu.

Kierując się zdrowym rozsądkiem, jako biegacz typowo "uliczny", powinienem raczej unikać tego typu wyścigów, na których kontuzja czyha na każdym kroku. Mimo to chęć ponownego przeżycia ekstremalnej przygody, zaaplikowania porządnej dawki adrenaliny, okazała się silniejsza.

Dopiero w trakcie pokonywania kolejnych przeszkód, czyli przedzierania się przez pokrzywy, czołgania w błocie pod drutem kolczastym, kąpieli w kontenerze z lodowatą wodą czy przenoszeniu 20 kg worków z piaskiem, zastanawiałem się "Po co ja to robię...?".

Liczy się siła

W Men Expert Survival Race we Wrocławiu gościnnie znalazłem się w 20-osobowej grupie "Legend", która startowała jako pierwsza. Większość moich współzawodników dostała się do elity po przejściu eliminacji lub wygraniu jednego z wcześniejszych zawodów z cyklu Survival Race.

Men Expert Survival Race Fot. Wojtek Dobrogojski

Na rozgrzewce rozejrzałem się tylko po moich konkurentach i od razu zrozumiałem, że dotrzymanie kroku największym harpaganom może być karkołomnym zadaniem. Niektóre osoby, wywodzące się z klimatu crossfitu, pod względem gabarytów zupełnie nie przypominały biegaczy długodystansowych. Tyle że szybkie przebieranie nogami w ekstremalnych zawodach akurat najmniej się liczy. Co innego rozbudowana muskulatura, mocne ręce, ramiona, silne bicepsy, tricepsy i mięśnie pleców. Umiejętność radzenia sobie z obciążeniem własnego ciała, to klucz do zwycięstwa na takich zawodach.

Jak "Łapa Jaguara"

O ile pierwsza przeszkoda, czyli przeskoczenie przez zaporę ze snopów siana, była prosta jak bułka z masłem, tak na kolejnej tzw. Monkey Bar (zwisając na rękach trzeba było przemieścić się po poziomej i wygiętej drabince) nastąpił istny przesiew. Mocniejsi pognali dalej, słabsi wykonywali 20 karnych powtórzeń "burpees" (w skrócie: padnij, powstań).

"Monkey Bar". Fot. WOJTEK DOBROGOJSKI

Kolejne utrudnienia na trasie przeplatały się pod względem trudności. Podczas długiej przeprawy przez las próbowałem nadrabiać niektóre nieudane wyzwania siłowe, więc biegłem ile "fabryka dała". Odgłosy łamiących się gałęzi i pędzących za mną innych zawodników sprawiły, że czułem się niczym "Łapa Jaguara" z "Apocalypto", który uciekał przed wrogim plemieniem. I tak samo jak w arcydziele Mela Gibsona, tak we Wrocławiu, po długim i dzikim sprincie, wyłaniała się jakaś przeszkoda. Wprawdzie na Men Expert Survival Race nie trzeba było ryzykować życiem skacząc z wodospadu, ale też było "hardkorowo". Do takich niespodzianek z pewnością zaliczał się skok do kontenera z lodowatą wodą. Wcześniej trzeba było m.in. przedzierać się przez wraki samochodów (od bagażnika przez przednią szybę) i zmierzyć się z wyzwaniem o nazwie "Triceps Killer". Była to wymagająca przeprawa po poręczach, gdzie znowu największą rolę odgrywała siła rąk i determinacja.

"Booom, booom, booom..."

Jadąc do Wrocławia byłem przygotowany na totalne fizyczne sponiewieranie. Doskonale wiedziałem na co się piszę. Liczyłem się z tym, że na mecie będę przemoczony, ubabrany i poharatany. Nie miałem jednak pojęcia o pewnej przeszkodzie, przed którą po prostu zdębiałem. Pokonując kolejne kilometry trasy, nagle znalazłem się - zupełnie sam - na... polu paintballowym. Trasa prowadziła wzdłuż opuszczonych budynków, drewnianych konstrukcji poplamionych od kolorowych kulek. Cały teren wyglądał, jakby przed chwilą doszło na nim do prawdziwej jatki. Wiedziałem, że na wielu survivalowych zawodach na świecie uczestnicy często służą jako mięso armatnie dla paintballowych snajperów, ale otrzymanie serii strzałów było akurat ostatnią rzeczą, na jaką byłem przygotowany. Nigdzie też nie widziałem kasków do założenia, które są przecież obowiązkowe na tego typu strzelaninach. Zwolniłem. Rozejrzałem się dookoła. Nagle między drzewami dostrzegłem czyhających dwóch snajperów z wymierzonymi w moją stronę markerami. Wystrzeliłem przed siebie, instynktownie zasłaniając oczy. "Booom, booom, booom, booom!" - ten odgłos gonił mnie przez 20 metrów. Najadłem się strachu do tego stopnia, że znalazłem się w leśnym gąszczu, gdzieś poza trasą. Dopiero jeden z paintballowych napastników krzyknął, że już po wszystkim i że zbłądziłem. Miał pusty magazynek. Okazało się, że cała misterna zasadzka była jedynie efekciarsko-hukowym dowcipem. Brawo za kreatywność!

Nordyckie biczowanie

Zbliżając się do mety zostałem na chwilę "King Kongiem". Tak nazywało się wyzwanie, które polegało na przemieszczeniu się po gimnastycznych kółkach. Kolejny wycisk dla rąk. Niestety, ześlizgnąłem się z krążków w ostatnim momencie, tuż przed wyznaczonym miejscem na zeskok. Sędziowie byli bezlitośni. Na pełnym zmęczeniu kazali mi wykonać 20 karnych burpees. Wycieńczony miałem już wszystkiego dosyć, a czekały mnie jeszcze dwie nietypowe przeszkody.

Pierwsza z nich "Elektrofaza", klatka ze zwisającymi pastuchami pod napięciem. Spokojnie, nie telepało mną. Z bólu też się nie skręcałem. Po dotknięciu drutu, czułem jedynie łagodne szczypanie.

Drugą przeszkodę stanowili Wikingowie. Pięciu mężczyzn przebranych za nordyckich wojowników, uzbrojonych w gąbkowe miecze i tarcze, tłukli zmęczonych uczestników. Nie oszczędzali nikogo, mi też się dostało. Próbowałem ich jakoś ominąć, sprytnie czmychnąć na czworakach między nakręconymi oprawcami, ale nie był to najlepszy pomysł. Na pozór sprytna taktyka tylko ich zezłościła. Jeszcze bardziej zaczęli się wyżywać, okładając mnie po całym ciele i głowie. Niektórzy Wikingowie chyba za bardzo wczuli się w rolę i momentami bez opamiętania obijali na oślep również startujące kobiety. Widziałem, że nie wszystkim to się podobało.

Survival Race "King Kong". Fot. Wojtek Dobrogojski

Dla kogo?

Start w Men Expert Survival Race we Wrocławiu z pewnością zapamiętam na długo. Dostałem mocno w kość. To był mój trzeci bieg w ekstremalnych zawodach z przeszkodami. Wcześniej brałem udział w Hunt Runie w Bałtowie (woj. świętokrzyskie) i Runmageddonie w Warszawie.

Tego typu imprezy są na pewno świetną okazją na spędzenie odjechanego weekendu. Mogą służyć jako doskonały przerywnik w treningach biegowych i sprawnościowe wyzwanie.

Decydując się na start w survivalowych zawodach trzeba jednak zdawać sobie sprawę z ryzyka. Przeznaczmy trochę czasu na ogólne przygotowanie, potrenujmy na siłowni. Warto wzmocnić ręce, ramiona, mięśnie brzucha i grzbietu. Po regularnym treningu i przygotowaniu, na trasie będziemy się świetnie bawić, a na metę dotrzemy w dobrym zdrowiu. W przeciwnym razie może nas spotkać fizyczne piekło, z którego nie będziemy mieć zbyt miłych wspomnień.

Kolejne biegi z cyklu Men Expert Survival Race: w Krakowie (7.06), Warszawie (21.06), Katowicach (6.09), Poznaniu (27.09) i Trójmieście (11.10).

Damian Bąbol

Śledź autora na: twitterze oraz instagramie