Sport.pl

Wyjechani na weekend. Trener Wiesław Kryszyłowicz: Konie śnią mi się po nocach

- W życiu pojechałem może trzy wyścigi. Mam 168 centymetrów. W tamtych czasach ważyłem 64 kilogramy. Do gonitwy musiałem zrzucać osiem kilo. Robiłem to w dwa tygodnie, ale nie miałem siły chodzić. Zostałem trenerem - mówi Wiesław Kryszyłowicz, który pracuje przy Wrocławskim Torze Wyścigów Konnych.
W ramach akcji "Wyjechani na weekend", podczas której razem z firmą Continental przedstawiamy pomysły na spędzenie wolnego czasu, udaliśmy się do Wrocławia, żeby zobaczyć Partynice. Na Wrocławski Tor Wyścigów Konnych trafiliśmy w sobotę, o 7 rano. W stajni był już trener Wiesław Kryszyłowicz.



Dominik Szczepański, Piotr Wesołowicz: Ile lat zajmuje się pan końmi?

Wiesław Kryszyłowicz: Będzie ze 40. Urodziłem się w Mścicach, wiosce pod Koszalinem. Jako dziecko trafiłem do klubu jeździeckiego, który założono przy POHZ [Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej - przyp. red]. To był przypadek. Bawiliśmy się z kolegami i nagle zauważyłem konia. Poszedłem się zapisać do szkółki, ale trener mnie odesłał. Kazał przyjść za rok, bo miałem 9 lat i byłem za młody.

Jak działał wtedy taki klub?

- Znacznie łatwiej było zacząć karierę, bo wszystko finansowało państwo, a konie to drogi sport. Wysyłano nas na zawody, a ja, jako obiecujący zawodnik, dostałem obiady na stołówce. Wystarczyło mieć trochę talentu i korzystać z niego.

Podstaw nauczył mnie Wacław Pruchniewicz. Tłumaczył, jak siedzieć na koniu, jak poprawnie używać pomocy jeździeckich, czyli jak wpływać na zwierzę. Jeśli to jest dobrze nauczone, to dalsza nauka idzie szybciej.

Dziś wiele osób uczy się samemu.

- I niestety, często robią to źle. Potem trudno wyeliminować błędy, bo człowiek łatwo się do czegoś przyzwyczaja.

Pruchniewicz był człowiekiem bardzo pobudliwym, nerwowym. Jak w domu miał sprzeczkę z żoną, to wiedzieliśmy, że na treningu będzie ciężko (śmiech). Narzekaliśmy wtedy, że jest katem, że się na nas wyżywa, ale gdy go zabrakło, wszyscy to odczuliśmy. To była ciężka szkoła, ale bardzo potrzebna. Szkoda, że po dwóch latach odszedł z klubu. Po nim trenerzy byli bardzo różni. Zdarzało się, że ja, już nawet jako młody chłopak, miałem większe umiejętności niż oni.

W domu panu nie mówili: "po co ty idziesz na te konie, z tego pieniędzy nie będzie?".

- Ojciec, kierownik służby rolnej, powtarzał, że końmi na chleb nie zarobię. Chciał, żebym poszukał jakiejś normalnej pracy. Ale mnie do koni ciągnęło. Kiedyś posprzeczałem się z jednym trenerem i na rok odszedłem z klubu. Śniło mi się wtedy nocami, że jeżdżę. Jak raz się wejdzie w koński świat, to już nie ma szans się z niego wydostać. Po drodze było wojsko, ale konie zostały.

Potem w prywatnym klubie w Kołobrzegu spotkałem Polaków, którzy wyjechali pracować do Niemiec. Po pewnym czasie zadzwonili i zaproponowali mi pracę przy koniach wyścigowych. Miałem 24 lata. Jeździłem na wyścigi do Holandii, Szwecji, Austrii czy Szwajcarii.

Został pan dżokejem?

- Nie. W życiu przejechałem może ze trzy wyścigi.

Dlaczego?

- Byłem za ciężki. Jeśli się nie ma predyspozycji fizycznych, to głodówka jest bez sensu. Jestem za wysoki na dżokeja. Żeby jeździć wyścigi, trzeba mieć siłę, a jak się człowiek głoduje, to skąd je brać? Idealny dżokej nie powinien mieć więcej niż 160 cm przy wadze pięćdziesięciu kilku kilogramów. Ja mam 168 centymetrów. W tamtych czasach ważyłem 64 kilogramy. Do wyścigu musiałem zrzucać osiem kilogramów. Robiłem to w dwa tygodnie, ale nie miałem siły chodzić.

Jak zrzucić tyle kilogramów w tak krótkim czasie?

- Opowiem panom, co zrobił kiedyś mój były pracownik. Miał prawie 180 centymetrów wzrostu, był szczupły, ale i tak zbyt ciężki. Chciał jeździć wyścigi skakane. Mama poradziła mu, żeby wypił trochę soku z kapusty, na przeczyszczenie. Wypił dwa litry, ale przeczyszczenia nie było. W efekcie zamiast schudnąć, przytył dwa kilogramy.

Jaki musi być więc dżokej?

- Bardzo sprawny fizycznie, potrafiący szybko myśleć. Gonitwę przegrywa się jedną złą decyzją, którą podejmuje się w ułamku sekundy. Trzeba być też silnym. Dżokej w trakcie wyścigu odpycha szyję konia, wtedy zwierzę przyspiesza. To odpychanie wymaga krzepy. Zawodnik musi wiedzieć, kiedy to zrobić, bo jeśli koń utrzymuje dobrą prędkość, to czasem lepiej jest poczekać na sam finisz. Są też konie, które nie potrafią przyspieszać, ale przez cały wyścig są w stanie biec dość szybko i "zajechać" przeciwników. Dżokej wszystko to musi wiedzieć i tę wiedzę zyskuje stopniowo. Ale są też młodzi dżokeje z ogromnym talentem, jak 20-letni Szczepan Mazur.

A co musi wiedzieć trener?

- Bardzo dużo o treningu koni dowiedziałem się za granicą, ale to nie są wielkie tajemnice. Nie ma magicznej różdżki, która sprawi, że koń zacznie wygrywać. Przede wszystkim trzeba obserwować. Codziennie widzę, jak konie reagują na pracę. Na podstawie tych obserwacji wyciągam wnioski i zmieniam trening. Trener jest też pierwszym weterynarzem w stajni. Tego wszystkiego nie można nauczyć się szybko, to praca, której uczymy się całe życie. W Polsce nie ma nas wielu, może kilkudziesięciu.

Skąd wiadomo, czy młody koń nadaje się do wyścigów?

- Podstawa to pochodzenie. Sprawdza się, jaką karierę mieli rodzice. Potem sprawdza się budowę, czy koń jest prosty. Zdarza się, że konie z wadami potrafią dobrze biegać, ale są też bardziej narażone na kontuzje.

Jak wyglądają przygotowania do sezonu?

- Młode konie trzeba poskromić. Dostają po raz pierwszy ogłowie, siodło. Trzeba uważać, żeby nie zrazić go już na samym początku, bo później jest trudniej. Konie są pamiętliwe i mądre. Jeśli widzą, że nie dzieje się im krzywda, to potem chętnie współpracują.

Kiedy koń jest zdyscyplinowany, nie burzy się pod siodłem, nie próbuje zrzucić jeźdźca, to wykonujemy kolejny krok i pracujemy nad kondycją. A potem nad szybkością.

Co panu daje satysfakcję po tych wszystkich latach?

- Lubię, gdy udaje mi się doprowadzić do sukcesu konia z trudnym charakterem. Taką klaczą była ostatnio np. Zinedine, bardzo pobudliwa kobyłka, trudna w treningu.

Każdy wyścig wywołuje we mnie emocje. Gdy biegnie mój koń, to zawsze się denerwuję. Nie wyobrażam sobie, żeby po latach zabrakło mi tych uczuć. Wtedy nie byłoby sensu dalej pracować.

Zresztą, w domu tych emocji jest więcej, bo moja żona jest dżokejką. Poznaliśmy się w Warszawie. Przyjechałem wtedy z Niemiec na wyścigi, na Nagrodę Europy. Rok później pojechałem z niemieckimi arabami trenować do Wrocławia. I ona też tam była. Pomogłem naprawić jej malucha i tak się zaczęło. Teraz razem pracujemy, wychowujemy dzieci, hodujemy konie w domu. Uzupełniamy się wiedzą, bo ja znam się lepiej na treningu, a ona na jeździe. To bardzo cenne.

Jakim zwierzęciem jest koń?

- Inteligentnym, pięknym. Wymagającym szacunku, bo wtedy odda go człowiekowi i bieganie nie będzie dla niego przymusem, a przyjemnością.