To już rok!

Czy tylko nam wydaje się, jakbyśmy wraz z Ikerem ocierały łzy wzruszenia zaledwie wczoraj?

Wstałyśmy dzisiaj rano jak każdego innego dnia, pocałowałyśmy wiszący nad łóżkiem plakat Fernando Torresa jak każdego innego dnia, strzeliłyśmy trochę biczfejsów z nudów jak każdego innego dnia  i dopiero kiedy spojrzałyśmy na wiszący nad redakcyjnym biurkiem kalendarz, zapatrzyłyśmy się na datę 11 lipca, która wyglądała jakoś dziwnie znajomo, wyjątkowo odświętnie na tle innych cyferek, trochę jakby chcąc nam o czymś ważnym przypomnieć i wtedy...doznałyśmy olśnienia - dzisiaj nie jest dzień jak każdy inny. Ani trochę.

Dokładnie dzisiaj mija okrągły rok odkąd na oczach całego świata Sepp Blatter przekazał na ręce Ikera lśniący w promieniach reflektorów stadionu w Johannesburgu Puchar Świata, a ten wzniósł go dumnie do góry zatapiając się w morzu kolorowego confetti, dzikiej euforii i wraz z całą reprezentacją Hiszpanii przeszedł do historii jako zwycięzca Mistrzostw Świata AD 2010. Ciachoredaktorki piły do upadłego łkały ze wzruszenia, jedne ciachoczytelniczki deklamowały miłość aż po grób do, inne tańczyły dziki tanie radości na wzór Ramosa i już nic nigdy nie było takie jak kiedyś.

I choć wielu światłych psychologów twierdzi, że doświadczenie tak silnych i zróżnicowanych emocji może zamazywać wspomnienia z przeszłości, my wszystko pamiętamy jakby to było zaledwie wczoraj. Nie próbującego ukryć łez Casillasa,  nie mniej szklisty wzrok Pikusia, złoto Pucharu na tle piegów Torresa, rękę w spodniach Faberagasa, mikrofon lądujący w oku Davida podczas samolotowej fiesty, wielki show Pepe Reiny na placu w Madrycie, nawet Sergio Ramosa w najgorszym wykonaniu "Wavin the flag" jakie kiedykolwiek słyszałyśmy i wiele,wiele innych. Teraz z perspektywy czasu już nawet wypalone żywcem na naszym ciele "C" przez panią Sarę C. nie wydaje się już bolesne, bardziej rozrzewniającym wspomnieniem, które wywołuje nawet uśmiech.

I chyba w tym momencie po prostu zaprosimy Was do naszej galerii i na kilka sentymentalnych seansów, zanim wzruszenie już całkowicie ściśnie nam gardło, a redaktorka Marina całkowicie zaleje swoją klawiaturę potokiem łez.

 

 

 

 

 

Ach, to były piękne dni....Będziemy opowiadać je swoim dzieciom, jak już jakiś Hiszpan wreszcie zdecyduje się je z nami spłodzić.

 

Marina