London's calling, czyli co słychać na Wimbledonie

Na razie nie pada... przynajmniej deszcz. Gdyż łzy rzęsiste polały się strumieniami, łzy fanek Rogera Federera.

Ale po kolei. Do tej pory relacji z londyńskich kortów było mało, wszystko dlatego, że albo padało, albo faworyci wygrywali jedną ręką. Owszem pisałyśmy trochę o Kubocie, ale raczej czekałyśmy na finał, zaintrygowane jak będą wyglądały rewanże za Roland Garros. W półfinałach Murray miał się odgryźć Nadalowi, a Novak udowodnić, że zapomniał już o przerywającej serie i kosztującej pierwsze miejsce rankingu porażce z Federerem.

I co? I owszem, Andy jest w formie, pomścił naszego Kubota - Feliciano Lopez nie ugrał w ćwierćfinale nawet seta. Dobrze mu tak. Łukasz pewnie by powalczył. Nadal nie kazał mu na siebie długo czekać, najpierw pokonał Juana Martina del Potro (znów, chlip, chlip), później Mardy'ego Fisha. Co sądzimy na ten temat? Zdjęcie powie więcej niż tysiąc słów.

Rafael Nadal

Biedny Andy. Biedne my...

Po drugiej stronie drabinki było więcej emocji. Część zapewnił nam pewien młody Australijczyk, Bernard Tomic. Zapamiętajcie to nazwisko. Chłopak ma 18 lat, na razie zajmuje 158 miejsce w rankingu ATP, ale naszym zdaniem może być jedną z gwiazd jutra. W tym turnieju pokonał między innymi Nikołaja Dawidienkę i Robina Soderlinga (rozstawionego z nr 5!), a Novak miał z nim w ćwierćfinale bardzo ciężką przeprawę. No i kto wie, kto wie, na razie Bernard wydaje się być ciut delikatniutki, ale może za kilka lat będzie z niego ciacho jak malowanie? Co na ten temat sądzicie?

LONDON, ENGLAND - JUNE 29:  Bernard Tomic of Australia tightens his headband during his quarterfinal round match against Novak Djokovic of Serbia on Day Nine of the Wimbledon Lawn Tennis Championships at the All England Lawn Tennis and Croquet Club on June 29, 2011 in London, England.  (Photo by Clive Mason/Getty Images)

Australia's Bernard Tomic, who was defeated in four sets last night by Gilles Muller of Luxembourg.

A jednak prawdziwą gwiazdą był wczoraj Jo-Wilfried Tsonga. Tak, tak. Jest nam trochę smutno, trochę wstyd, że nie doceniłyśmy Francuza. Ale FEDERER MIAŁ WYGRAĆ!!! Po prostu wszyscy tak mówili, miał pobić rekordy, miał być królem trawy, a my w to wierzyłyśmy i płakałyśmy. Bo to by była taka piękna historia, gdyby się Rogerowi udało wrócić na szczyt, wygrać, choć ten jeden jedyny raz. A jednak. Jo-Wilfried Tsonga. Jo-Wilfried Tsonga. Ale czyż można się gniewać na człowieka, który potrafi się tak pięknie cieszyć?

Jo-Wilfried Tsonga

France's Jo-Wilfried Tsonga reacts after defeating Switzerland's Roger Federer in their match at the All England Lawn Tennis Championships at Wimbledon, Wednesday, June 29, 2011. (AP Photo/Kirsty Wigglesworth)

No nic, możemy się smucić, ale prawda jest taka, że w jutrzejszych półfinałach zmierzą się Andy Murray z Rafaelem Nadalem, oraz Novak Djokovic, z Jo-Wilfriedem Tsongą. Za to dziś, u Pań, nowa miłość naszych kolegów z redakcji sportowej - Sabine Lisicki (czy jak tam niektórzy wolą - Sabina Lisicka) za gra z Marią Szarapową, a Wiktoria Azarenka zmierzy się z Petrą Kvitovą. I tak, bez sióstr Williams, zastępów Serbek, Agnieszki Radwańskiej, ale i Karoliny Woźniackiej (może gdyby przestała z nami walczyć, udałoby się jej wreszcie coś wygrać) turniej zmierza ku końcowi.

A jak donosi nasza nieoceniona ditsik, Sabine Lisicki ledwo zdążyła coś wygrać, już zaczyna się lansować. Coś niebezpiecznie zaczyna nam to pachnieć Karo... Sabinko, nie idź tą drogą.

Sabine Lisicki i Lewis Hamilton

queenerica