Wayne Rooney spotkał bar, a w nim karaoke

I dzięki temu odnalazł swoje delikatne, liryczne "Ja".


Historia zaczyna się jak setki innych. Angielski piłkarz, wakacje, Karaiby, bar... Wszyscy wiemy jak to się mogło skończyć. A tu niespodzianka! Wayne zamiast nad kuflami, zasiadł za fortepianem i... nie, nie zaczął grać. Gdyby zaczął zmieniłybyśmy nazwę serwisu na waynerooneyisawesome.net. Zamiast tego Wayne zaśpiewał. I to jak zaśpiewał, drogie panie, wsłuchajcie się w jego głos, a niczym marynarze greckich mórz po spotkaniu syren zapomnicie o Pikusiu, Messilli, Bojanie i Cescu rzucicie się w prosto w fale.

Zaczynamy powoli podejrzewać, że Sir Wayne zatrudnił speców od wizerunku. Najpierw przeszczep włosów, teraz to. Z barbarzyńcy rozbijającego się po murawach stadionów Premiership Rooney przemienia się w słodkiego i spokojnego chłopca. A może to po prostu muzyka łagodzi obyczaje? Ale spójrzcie:

Wayne Rooney

Jakie skupienie, powaga, jaka głębia uczuć. I już koledzy z reprezentacji deklarują masowo, że już nigdy nikogo nie zdradzą, nie pobiją i przestaną upijać się nocami, a Sir Alex Ferguson publicznie przysięga, że uda się na terapię leczenia uzależnień od żucia gumy. "Yesterday" nigdy nie wzruszało tak bardzo. A przynajmniej jedna z nas uważa, że gdyby zamiast tej piosenki, Wayne zaśpiewał "Imagine", mógłby zaprowadzić na świecie wieczny pokój i braterstwo wszystkich ludzi, a także innych stworzeń dużych i małych (może oprócz komarów). I roślin też.

I nawet fani Manchesteru wybaczyliby mu, że wybrał sobie do śpiewania piosenkę kojarzonych z Liverpoolem Beatlesów, oraz "Wonderwall" grupy Oasis, który to utwór śpiewają przed meczami fani Manchesteru City. Ciekawe, prawda?

queenerica